Wrogie przejęcia

Aby obrona przed wrogim przejęciem Kruk SA przyniosła biznesowy sukces, finałem powinna stać się fuzja trzech spółek. Alma, Vistula&Wólczanka i Kruk chcą stworzyć największą w Europie Środkowej grupę marek ze średniej i wyższej półki.

Aby obrona przed wrogim przejęciem Kruk SA przyniosła biznesowy sukces, finałem powinna stać się fuzja trzech spółek. Alma, Vistula&Wólczanka i Kruk chcą stworzyć największą w Europie Środkowej grupę marek ze średniej i wyższej półki.

W rogich przejęć będzie więcej, także na warszawskiej giełdzie. W coraz mniejszym stopniu takie próby są traktowane jako nieetyczne, choć ich ocena pozostaje niejednoznaczna. Jednak na świecie 20 - 25% transakcji M&A jest odbieranych, przynajmniej początkowo, jako wrogie. Najefektowniejszą obronę przed wrogim przejęciem przeprowadził Wojciech Kruk, współwłaściciel spółki Kruk SA i przewodniczący jej Rady Nadzorczej.

Zobacz również:

Właściciel przejmowanej firmy nagle przejmuje firmę przejmującą. Czy ma Pan wrażenie, że w historii warszawskiej giełdy stało się zdarzenie tak wyjątkowe, że przez wiele lat nie należy spodziewać się równie zaskakującego?

- Co jeszcze może się zdarzyć zaskakującego na warszawskiej giełdzie, trudno przewidzieć. Także w przypadku Vistuli. Proszę pamiętać, że mam tylko 5% akcji tej spółki, więc o przejęciu trudno mówić. Wstawiłem nogę w uchylone drzwi. W Vistuli pojawili się nowi właściciele, mam tu na myśli przede wszystkim pana Mazgaja. Osoby, które zaangażowały w tę firmę własne pieniądze i traktują to jako inwestycje długoterminową. Do tej pory najważniejszymi akcjonariuszami były fundusze, a ich strategia rządzi się innymi prawami. Dla nich są to aktywa w ich zmieniającej się szybko kolekcji. Zarządzanie firmą jest długofalowym procesem, trafność strategii potwierdza się przez kilka lat, a nie poprzez roczną stopę zwrotu z inwestycji. Tego w Vistuli wcześniej brakowało. Firma W. Kruk działa od stu siedemdziesięciu lat, tak, to ewenement nie tylko na polską skalę. Nikt nie oczekuje tak długofalowego myślenia o Vistuli, ale potrzebna jest strategia tworząca wartości firmy w wieloletniej perspektywie i budującą jej pozycję rynkową.

Jako menedżer czuje się Pan zwycięzcą. A jako współwłaściciel kiedyś rodzinnej firmy, a teraz przejętej jednak przez Vistulę?

- Nie ja wywołałem ten cały proces zmian właścicielskich. To było wejście w moją sferę interesów. Analizowałem, czy i jakie jest to dla mnie zagrożenie. Vistula nagle ogłosiła wezwanie na 66% akcji Kruk SA. Nikt do mnie nie zadzwonił. Choć jak się okazało, przez dwa lata przygotowywali przejęcie. Dla mnie to było zaskoczenie, odpowiedziałem reakcją obronną.

Teraz jest Pan współwłaścicielem nie tylko Kruk SA, ale również Vistuli SA. Dlaczego w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" powiedział Pan: "wolałbym, żeby to wszystko się nie zdarzyło"?

- Może za pięć lat przyznam Panu rację, ale teraz mam przed sobą kilka lat niepokoju i ciężkiej pracy, a przecież miałem bardzo uporządkowaną firmę, o wielkich tradycjach. Ktoś pewnie powie, że spółka była zarządzana konserwatywnie, ale ta firma dawała podwojenie zysku na akcje w ciągu trzech lat, co roku wypłacała rosnącą dywidendę. Niewiele było takich spółek na GPW. Miałem więc stabilne źródło rosnących dochodów, a teraz jako akcjonariusz na co najmniej trzy lata muszę się pożegnać z dywidendą.

Spółka prowadziła bardzo solidny biznes jubilerski, na dynamicznie rosnącym rynku, rozwijając się bez spektakularnych fuzji i przejęć, bo zdecydowaliśmy się na istnienie w segmencie premium, w którym istotne są cierpliwość i wytrwałość. Bo szczególnie ważne są świadomość marki i jej budowanie. Każdy z nas jest tylko sobą i aż sobą. Nie stresuję się tym, że Kubica jeździ szybciej samochodem. Ktoś inny lepiej śpiewa czy robi większe interesy. Miałem z tego ogromną satysfakcję. Robiłem swoje i cieszyłem się tym.

Czy ta radość jest teraz mniejsza?

- Czy zawsze lepiej mieć coraz większy tort, gdy się miało mniejszy, ale jakiś jego kawałek można było zjeść z przyjemnością? Oczywiście, interesowałem się możliwościami przejęć innych firm, ale na miarę możliwości spółki Kruk. Bez bujania w obłokach, że mrówka połknie słonia.

Jaki dzień był najważniejszy, najbardziej dramatyczny?

- Najtrudniejsze było znaleźć odpowiedź na pytanie, jak mogę się obronić przed wrogim przejęciem i czy w ogóle to jest możliwe. Byliśmy z prezesem Janem Rosochowiczem pod ogromną presją czasu Po prostu nie znajdowaliśmy odpowiedzi na najważniejsze dla nas pytanie. Okazało się, że musiałem pogodzić się z czymś, co było wbrew mnie samemu, a jednocześnie zrobić coś, czego druga strona absolutnie nie zakładała: musiałem odpowiedzieć na wezwanie Vistuli do sprzedaży akcji Kruka.

Ich założenie było takie, że ja swoich akcji nie sprzedam, co im nie przeszkodzi w przejęciu kontroli nad spółką. Nie zrobię tego, bo jestem zbyt konserwatywny, bo kocham swoją firmę. I nawet spodziewali się, że z tego powodu niektórzy drobni akcjonariusze także nie odpowiedzą na wezwanie.

W piątek ogłosiłem komunikat, że znacząco zmniejszam zaangażowanie kapitałowe w firmę W. Kruk, a we wtorek, gdy już miałem gotówkę, powiedziałem Jasiowi Rosochowiczowi, że 1/3 kwoty chcę zainwestować w akcje Vistuli. Że poczekamy tylko, aż kurs akcji spadnie, gdy rynek dowie się, że Vistula zadłużyła się na 300 mln zł. Pamiętajmy też, że wówczas jeszcze nie wiedziałem (w co nadal nie wszyscy chcą wierzyć), że akcje Vistuli skupuje też Jerzy Mazgaj. Natomiast dla mnie było już oczywiste, że nie kusi mnie bycie rentierem i kupno domu w Hiszpanii, Chorwacji czy na Florydzie.

Co byłoby, gdybym nie odpowiedział na wezwanie Vistuli? Miałbym 28% akcji Kruk SA, wartych teraz po 10 zł, czyli mój majątek stopniałby o 2/3.

Nagłe wezwanie

Nie jest przecież tak, jak napisała "Gazeta Wyborcza" w wywiadzie z Panem, że na polskiej giełdzie nie było wrogich przejęć. Były udane bądź nie. W książce "Nadzór korporacyjny" autorstwa Krzysztofa Lisa i Henryka Sterniczuka jest rozdział, w którym opisano kilkanaście prób wrogich przejęć na GPW, a od jej ukazania się minęło przecież kilka lat. Dla mnie nie tyle zaskakująca była próba przejęcia Kruka, ile fakt, że Pan był tak dalece tym zaskoczony, choć sam finał jest ze wszech miar zadziwiający.

Rzeczywiście, nie przypuszczałem, że ktoś może zaryzykować 300 mln zł na próbę przejęcia innej firmy bez posiadania pewności, ze ludzie w niej pracujący będą chcieli zostać. Jest to szczególnie ważne w branży luksusowej, w której liczą się osobiste kontakty. Tu nie chodzi tylko o mnie, ale o cały personel. Stopień przywiązania pracowników do firmy utożsamianej z moją rodzina jest ogromny.

Jak Pan sądzi, czy gdybym przeznaczył całą pozyskaną z wezwania gotówkę na uruchomienie nowej działalności w tej branży, to odniósłbym sukces czy nie, ludzie poszliby za mną czy pozostali? Czy kontakty handlowe trudno byłoby mi nawiązać? A znalezienie lokalizacji w lawinowo powstających centrach handlowych?

Nawet syn ma na imię Wojciech. Czy nazwa firmy Wojciech Junior Kruk 2008 źle brzmi? Cieszę się, że nie muszę podejmować takich decyzji.