Złe czasy, dobre czasy

Im więcej się wie o ekonomii i finansach, tym bardziej człowiek zaczyna uważać, że nie ma w nich zjawisk jednoznacznie i bezwarunkowo dobrych lub złych.

Im więcej się wie o ekonomii i finansach, tym bardziej człowiek zaczyna uważać, że nie ma w nich zjawisk jednoznacznie i bezwarunkowo dobrych lub złych.

Wszystko ma swoje dobre i złe strony, przy czym zdarza się, że jedne z nich przeważają. Poza tym znaczenie ma czynnik czasu - to, co jest korzystne w krótkim okresie, w dłuższym horyzoncie może tworzyć problemy i vice versa. W każdym razie nie ma co się dziwić Winstonowi Churchillowi, który po posiedzeniu swych wojennych doradców finansowych pod wodzą ekonomicznego geniusza Johna Maynarda Keynesa wygłosił słynną opinię: "Jeśli zaprosisz do pokoju dwóch ekonomistów, usłyszysz dwie odmienne opinie. Chyba że jednym z nich jest lord Keynes, bo wtedy usłyszysz trzy różne opinie".

Zobacz również:

Co najgorszego może zdarzyć się w gospodarce? Recesja. Tyle że w zgodnej opinii ekonomistów recesja ma również swoje dobre strony. Eliminuje z rynku najmniej efektywne, najgorzej zarządzane firmy, pozwalając przejąć za bezcen ich majątek oraz udziały w rynku tym, którzy umieją lepiej się rozwijać. Stanowi bezlitosny test dla zarządzających - kto potrafi utrzymać się na wodzie w trudnych warunkach, da sobie radę w każdych. Pozwala na rzetelną ocenę stanu finansów i ich uporządkowanie - zarówno w skali całego kraju, gdzie wynikiem recesji jest spadek nierównowagi i presji inflacyjnej, jak i w skali banku lub przedsiębiorstwa, gdzie recesja pozwala odsiać aktywa wątpliwej jakości od tych, których wartość jest oparta na solidnych podstawach. A jednocześnie to właśnie w czasie recesyjnego zaciskania pasa wychodzi na jaw, czy rzeczywiście udało się osiągnąć zadowalająco niski koszt pozyskania kapitału - i czy po stronie pasywów nie tkwią jakieś ukryte, horrendalnie kosztowne, finansowe szaleństwa. Nawet jeśli dochodzi do bankructwa, nie musi to jeszcze wcale oznaczać katastrofy. Efektem bankructwa - zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, ale w pewnej mierze i u nas - może być powstanie nowej lub odnowionej firmy, odchudzonej i przećwiczonej przez życie, ale na nowo zdolnej do rozwoju i ekspansji.

Tak jak z recesją nie wiążą się rzeczy wyłącznie złe, tak z ekspansją nie wiążą się zjawiska wyłącznie korzystne. Kiedy szybko rozwija się rynek, firmy zaczynają żyć pod ciągłą presją. Każdy, kto nie jest w stanie rozwijać się tak szybko jak przeciętna w sektorze, w którym działa, traci udziały w rynku. A stąd już tylko krok do uznania, że zarządzający nie umieją radzić sobie z zarządzaniem. Bo na rosnącym rynku i w rosnącej gospodarce liczy się przede wszystkim ekspansja. A więc to, aby z powiększającego się tortu wyciąć sobie jak największy kawałek. Aż do granic absurdu - stwierdzenia, że wzrost sprzedaży mniejszy od odnotowanej w sektorze średniej to właściwie coś na kształt spadku.

Problem z gwałtowną ekspansją polega na tym, że wiąże się z nią zawsze ryzyko. W procesie tym wskaźniki efektywnościowe zaczynają być spychane na drugi plan przez wskaźniki wzrostu. Przestaje być tak ważny koszt pozyskania kapitału - ważne jest przede wszystkim to, aby nie dać się przelicytować konkurencji i dokonać odpowiednich inwestycji, które pozwolą w pełni skorzystać z boomu. Dochodowość aktywów również przestaje być wielkim zmartwieniem - w końcu jak w gospodarce rośnie wszystko, trudno znaleźć aktywa, których ceny na tym by nie korzystały; a zatem, na papierze, rośnie także ich dochodowość. W okresie ekspansji zaczyna jednak - początkowo w sposób niezauważalny, potem coraz wyraźniejszy - narastać nierównowaga. W całej gospodarce w formie zwiększającej się inflacji i deficytu handlowego, w przedsiębiorstwach w formie spadających wskaźników efektywnościowych, w bankach w postaci pogarszającego się (faktycznie, nawet jeśli na papierze tego jeszcze nie widać) portfela aktywów. Cała prawda o skali tego pogorszenia wychodzi jednak na jaw dopiero wówczas, gdy dynamika sprzedaży zaczyna się zmniejszać - najpierw spadać poniżej planów, potem często spadać także w liczbach bezwzględnych.

No to z jakimi czasami mamy obecnie w Polsce do czynienia, dobrymi czy złymi? Jak zwykle, właściwa odpowiedź brzmi: z trudnymi. Na rynku mamy do czynienia z szybko rosnącym popytem i sądzę, że stan ten będzie utrzymywać się przynajmniej przez najbliższe 2 czy 3 lata. Ale to wcale nie oznacza, że w finansach - i państwa, i firm - nie pojawiają się zjawiska niepokojące, grożące przyszłymi kłopotami. Rosną koszty pracy (i całe koszty produkcji), powoli, ale nieuchronnie zaczynają rosnąć cena pieniądza i koszt pozyskania kapitału. Rozkręcają się inwestycje, a ich obecna dynamika prędzej czy później musi doprowadzić do przeinwestowania - i w skali firm, i w skali kraju. Pogarsza się dochodowość aktywów, rośnie związane z częścią z nich ryzyko.

Nie ma wątpliwości, że w obecnej sytuacji gospodarczej Polski czynniki pozytywne nadal zdecydowanie przeważają. Ale zadaniem osób odpowiedzialnych za finanse firmy jest dbanie o to, by sukcesy nie uśpiły ostrożności i by ekspansja nie wymknęła się spod kontroli.

Autor jest profesorem Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, głównym doradcą ekonomicznym PricewaterhouseCoopers.