W poszukiwaniu odpowiedniej równowagi

Od czasów Ricarda i Smitha mitem rozpowszechnionym i prawie nie podważanym jest przekonanie, że popyt, podaż i cena wzajemnie na siebie oddziałują prowadząc do stałego oscylowania wokół ceny równowagi, równocześnie przywracając równowagę w gospodarce. Wiele jednak wskazuje, że to stan nierównowagi jest tym normalnym w gospodarce.

Od czasów Ricarda i Smitha mitem rozpowszechnionym i prawie nie podważanym jest przekonanie, że popyt, podaż i cena wzajemnie na siebie oddziałują prowadząc do stałego oscylowania wokół ceny równowagi, równocześnie przywracając równowagę w gospodarce. Wiele jednak wskazuje, że to stan nierównowagi jest tym normalnym w gospodarce.

Teoria mówi, że rosnący popyt powoduje wzrost ceny, a więc i marży zysku, a to stymuluje producentów do zwiększania produkcji, a tym samym i podaży. W efekcie zwiększenia podaży nie udaje się tak podwyższyć ceny, a zatem i uzyskać spodziewanej marży zysku.

Zobacz również:

Cena spada. Kolejne spadki i wzrosty popytu, kolejne wytrącenia ze stanu równowagi, które dzieją się stale w wyniku zmian preferencji nabywców i cen składników produkcji, powodują, że cena - niczym wańka-wstańka - stale wraca do punktu równowagi.

Rozszerzając ten mechanizm z jednego dobra na całą gospodarkę, trzeba stwierdzić, że gdy w jednej gałęzi produkcji realizowany jest wyższy zysk niż w innych, to powoduje to większy napływ inwestycji do niej. W rezultacie następuje zwiększenie podaży na rynek wytworów danej gałęzi, co przy nie zmienionym popycie skutkuje spadkiem zysków. W efekcie w całej gospodarce następuje wyrównanie się poziomu zysków.

Makroekonomicznie oznacza to wyrównywanie się produktywności kapitału wokół tzw. rentowności przeciętnej. Czciciele "niewidzialnej ręki rynku" rozciągają to rozumowanie na całą planetę: jakby nie było monopoli, duopoli i oligopoli i nie istniałyby ograniczenia wynikłe z działania państw bądź regionalnych czy branżowych organizacji, to nic w gospodarce poprawiać nie byłoby trzeba.

Ale czy to w ogóle prawda

W praktyce od połowy XIX wieku daje się wyraźnie zauważyć, że zmonopolizowania gospodarki oraz ograniczeń wprowadzanych przez państwo nie da się pominąć. Wobec tych faktów zaburzających samoregulujące funkcje rynku skupiona była - i jest - refleksja nad działaniem wyżej opisanego mechanizmu. Ekonomiści różnych orientacji politycznych i szkół ekonomicznych proponują rozwiązania mieszczące się pomiędzy dwoma ekstremami. Pierwsze sprowadza się do tezy, że im mniej państwa i monopoli w gospodarce, tym lepiej dla niej, drugie proponuje zastąpienie samoregulującej czy w ogóle regulującej roli rynku przez światłego i świadomego centralnego planistę, który zapewniłby racjonalny rozwój eliminując niesprawności i ułomności w gospodarce. Innymi słowy, rozważano konsekwencje, gdy zasada jest wdrożona za mało rygorystycznie lub zbyt rygorystycznie, natomiast nie kwestionowano zasady. Nie zastanawiano się, czy dogmat o samoregulującej roli rynku - przywracającej równowagę popytu i podaży - jest w ogóle słuszny. Dopiero węgierski ekonomista Janos Kornai odważył się zwrócić uwagę, że wytworzony raz stan nierównowagi stale się odnawia.

Stan przewagi podaży nad popytem ciągle wytwarza się, poza okresami wojen, w gospodarce rynkowej i ma tendencje do stałego odnawiania się. Znany współczesnym gospodarkom jest również stan permanentnej przewagi popytu nad podażą, który stan nierównowagi raz wytworzony wzmacnia okresowo. Scharakteryzujmy oba rodzaje nierównowagi.

Stan przewagi popytu - powszechnego występowania braków - wytwarza mechanizmy, które braków tych nie likwidują, lecz przesuwają z miejsca na miejsce, w ostatecznym rozrachunku ciągle odnawiają stan nierównowagi. Starania nawet bardzo światłego centralnego planisty na nic się nie zdadzą.

Kornai wyraźnie napisał to w latach 90. Ten stan nierównowagi z przewagą popytu, inaczej zwany stanem ssania w gospodarce (lub economy of shortage), możliwy jest tylko w gospodarce pozbawionej własności prywatnej.

Mechanizm tego zjawiska jest dość prosty. Wynika ze starej cechy ludzkiej - egoizmu, czyli dbania tylko o swój interes i wygodę. W warunkach nadwyżki popytu producent nie ma potrzeby podejmowania ryzyka unowocześniania produkcji, dbania o jakość i dotrzymywania parametrów technicznych.

Nabywcy biorą wszystko, poza ewidentnymi bublami. Nie występują koszty promocji, reklamy, ponadstandardowej obsługi klienta, badań i rozwoju, itd. Po cóż więc producent ma pozbywać się tej komfortowej sytuacji?

Zwiększając produkcję naraża się na niebezpieczeństwo utraty luksusu braku konieczności zabiegania o odbiorców swoich towarów.

Makroekonomicznym skutkiem tej stale odnawiającej się sytuacji jest produktywność gospodarki znacznie poniżej możliwości i brak bodźców do kreowania i upowszechniania się postępu technicznego i organizacyjnego.

Spoglądający ze szczytów władzy centralny planista zdaje sobie sprawę z występujących braków. Aby je zlikwidować, forsuje proces inwestycji kosztem konsumpcji. Szybko więc sektory: surowcowy, energetyczny, przemysł maszynowy i dóbr inwestycyjnych zaczynają zgłaszać popyt na swe własne wytwory w stopniu, którego nie są w stanie zaspokoić. A ponieważ nie ma mechanizmu wymuszającego postęp techniczny, nie wprowadzane są też nowe, a zarazem tańsze techniki i technologie, co ugruntowuje zacofanie technologiczne gospodarki.

Na dodatek lobbies związane z tymi sektorami produkcji zdobywają coraz większe wpływy ze względu na swe wpływy u centralnego planisty. I tak stan nierównowagi - w tym przypadku ssania rynku - uzyskuje nowe wzmocnienie.

Odwrotnie jest w gospodarkach opartych o własność prywatną. Ta sama ludzka cecha - egoizm, czyli dbanie głównie o własne interesy - powoduje, że każdy z dostawców na rynek stara się nie tyle utrzymać swoje udziały w nim (i zyski), co je zwiększyć kosztem podaży realizowanej dotąd przez inne - konkurencyjne - podmioty.

Aby to osiągnąć, obniża koszty, wprowadza nowe produkty, próbuje zainteresować potencjalnych klientów poprzez reklamę lub atrakcyjne warunki sprzedaży. Działania te wymuszają zapotrzebowanie na postęp techniczny i organizacyjny. Po stronie "winien" odnotować trzeba koszty tych wszystkich wysiłków. W ujęciu makroekonomicznym są to tak naprawdę koszty postępu i rozwoju.

Ponieważ dominująca większość uczestników rynku wierzy w swój sukces w walce konkurencyjnej, to stan nadwyżki nie zmniejsza się, lecz stale odnawia. Natura przedsiębiorcy, menedżera zawiera potrzebę ekspansji, ryzyka, rozwoju.

Inaczej nie byliby biznesmenami. Zawsze zatem oferować będą rynkowi więcej, niż aktualnie jest on w stanie wchłonąć, wierzą bowiem - na tym polega sens ich działalności - że zdołają wygenerować ten dodatkowy popyt.

Wnioski ku rozwadze

Nadwyżki można ograniczyć jedynie wtedy, gdy dana dziedzina gospodarki opanowana jest przez struktury monopolistyczne lub oligopoliczne.

Są one w stanie zbliżyć podaż do poziomu, w którym mogą maksymalizować swe zyski. Te nadzwyczajne zyski monopolistyczne realizują kosztem słabszych, nie zmobilizowanych sektorów gospodarki, w których faktycznie występuje wolna gra rynkowa.

Co z tego wszystkiego wynika?

Kilka wniosków:

  • stan nierównowagi jest normą i nie ma co nad nim biadolić, choć można zastanowić się, jak go sprowadzić do rozsądnych rozmiarów

  • szczęśliwie mamy obecnie gospodarkę nadwyżek, co oznacza, że występują w Polsce mechanizmy prorozwojowe

  • nierównowaga na korzyść nadwyżek jest warunkiem koniecznym, ale niestety nie jest warunkiem wystarczającym rozwoju. Polityka państwa może sporo popsuć w działaniu tego mechanizmu, np. przez regulacje sprzyjające eksportowi na mało wymagające rynki krajów nisko rozwiniętych oraz importowi dóbr finalnych z krajów najwyżej rozwiniętych. Ogranicza wówczas bodźce prorozwojowe i konserwuje stare techniki i technologie, wprowadzając gospodarkę w pułapkę zacofania.