Ten biznes dobrze się składa

Duch przedsiębiorczości, wizja i konsekwencja w działaniu Roberta Podlesia sprawiły, że dziś jego firma Cobi znajduje się w ścisłej czołówce europejskich producentów klocków konstrukcyjnych. Historia Cobi to podróż zaczynająca się od czterech form wtryskowych, które z czasem przemieniły się w wielką fabrykę, wykorzystującą najnowsze technologie i trendy światowego rynku zabawek.

Cobi, jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek klocków konstrukcyjnych, z rocznymi obrotami rzędu 100 mln zł, siecią sprzedaży w 40 krajach świata, od wielu lat konsekwentnie budowała swoja pozycję na rynku. Dziś jako producent klocków konstrukcyjnych jest numerem 1 w Polsce i w Europie Środkowej oraz w ścisłej czołówce producentów światowych. Cobi miało szczęście. Poza drobnymi niepowodzeniami, jej rozwój to duże skoki, od jednych kluczowych dat i wydarzeń, do kolejnych. Klockowe imperium rozwija się dalej, z jednej strony śmiało sięgając po najnowsze technologie w procesach produkcyjnych, z drugiej szykując się do „szerokiego” pójścia w świat, na inne, nie eksplorowane dotychczas rynki, przy jednoczesnym głębszym penetrowaniu tych, na których już istnieje. Są tam w większości dystrybutorzy, których w niedalekiej przyszłości Cobi może zastąpić własnymi biurami, przynajmniej częściowo obsługiwanymi z Polski. Śmiało można powiedzieć o Cobi, że staje się globalnym graczem. A wszystko zaczęło się dawno temu w garażu dziadka…

Od estrady do galanterii

Robert Podleś, założyciel Cobi, przygodę z przedsiębiorczością zaczął jeszcze w szkole średniej, w stanie wojennym. Przez pięć dni w tygodniu uczył się, weekendy spędzał handlując na słynnym warszawskim Wolumenie, gdzie można było wszystko kupić i sprzedać. W nocy dorabiał pracując w piekarni. –„To był ciężki czas, trzeba było sobie radzić. Kraj był szary, zaniedbany, nie widać było przyszłości ani dla młodych, ani dla starszych Polaków” – wspomina Robert Podleś. Wkrótce w jego życiu pojawił się nowy sposób zarobkowania – po wybuchu stanu wojennego chodził „na pociągi”. Z Budapesztu przyjeżdżał nocny pociąg, w którego wagonie restauracyjnym były dobra niedostępne dla przeciętnego obywatela Polski – czekolady (prawdziwe), coca-cola, słodycze. Młody uczeń kupował od obsługi cenny towar, następnie sprzedawał z zyskiem warszawskim lokalom gastronomicznym. Po szkole średniej stanął na rozdrożu. – „Miałem dwa wyjścia. Albo próbować dostać się za granicę i tam budować sobie życie, albo robić coś w Polsce. Robić, a nie egzystować. Zdecydowałem się zostać.” – wspomina prezes Cobi. –

Miałem dwa wyjścia. Albo próbować dostać się za granicę i tam budować sobie życie, albo robić coś w Polsce. Robić, a nie egzystować. Zdecydowałem się zostać.

Pracując na etacie jednocześnie wymyśliłem, że będę prowadził salony gier zręcznościowych. Można było się wówczas zrzeszyć w przedsiębiorstwie państwowym Stołeczna Estrada i jako agent, będąc zgodnie z przepisami pół rzemieślnikiem, pół artystą, zajmować się grami zręcznościowymi. W różnych klubach miałem swoje automaty, barakowozy, które w wakacje jeździły w miejsca odwiedzane przez turystów. Po kilku latach takiej działalności „estradowej” stwierdziłem, że dalszy rozwój nie jest możliwy, że trzeba zacząć coś samemu produkować” – wspomina. By jednak rozpocząć produkcję w zakładzie rzemieślniczym, należało posiadać papiery czeladnicze. –„Ja takowych nie miałem, ale na szczęście moja mama skończyła szkołę artystyczną i miała odpowiednie dokumenty jako jubiler. Założyliśmy więc wspólny Zakład Wyrobów Galanterii Papierniczej i Zabawek” – mówi Robert Podleś. Zakład miał produkować puzzle. W tamtym czasie nie było mowy o wolnym dostępie do technologii, wszystko robiło się własnymi siłami. W warsztacie samochodowym wujka, Robert Podleś przerobił prasę ręczną na hydrauliczną i produkcja puzzli ruszyła. Przyszły właściciel Cobi obsługiwał samodzielnie maszynę, zakład zatrudniał jeszcze dwie osoby. Produkcja umiejscowiona była w Wawrze, na przedmieściach Pragi Południe. Przed wojną i tuż po wojnie dziadek pana Roberta miał tam mały zakład masarski, budynek został jednak w latach pięćdziesiątych przekazany nakazem politycznym w użytkowanie bezterminowe spółdzielni inwalidów. Pomieszczeń nie można było w tamtych czasach odzyskać, ale był jeszcze garaż i dom po dziadkach – tam Robert Podleś wytwarzał swoje puzzle. Biznes rozwijał się pomału. Po zniesieniu ograniczeń w zatrudnieniu (warsztat rzemieślniczy mógł mieć maksimum 5 pracowników), zatrudnił 10 osób. Zwiększyły się też moce przerobowe, dzięki dużej, zakupionej z przydziału radzieckiej prasie hydraulicznej. –„Przywieźli ją nam ciężarówką, a ja przez podwórko dwie doby wciągałem ją sam do garażu za pomocą lin i ręcznej wyciągarki” – śmieje się prezes Cobi.

Zobacz również:

  • Blockchain premiuje pionierów

Zakład zaczął dostarczać swoje wyroby nie tylko do małych sklepów, ale też do Stołecznego Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego i Składnicy Harcerskiej. Przez organizacje handlowe puzzle trafiły też do sklepów w NRD. –„Po prostu zaczął się z tego robić coraz bardziej ułożony biznes” – zauważa Podleś.

Wojskowa decyzja godna Komandosa

Przełom nastąpił w 1989 roku za sprawą gry planszowej Komandosi. –„Zainwestowałem wówczas w pierwsze 3 reklamy telewizyjne tej gry. Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Pojechałem moją „służbową” nysą wypełnioną grą po brzegi na Międzynarodowe Targi w Poznaniu. W ciągu trzech godzin sprzedałem wszystko, wróciłem do Warszawy, by następnego dnia zawieźć kolejną partię, potem kolejną, i kolejną…” – wspomina. –„Zebraliśmy imponującą liczbę zamówień, które wypełniły nam 100 procent możliwości produkcyjnej na kilka miesięcy do przodu”. Zakład niemalże nie wyrabiał się z produkcją, firma sprzedała blisko 100 tysięcy egzemplarzy gry, która została przez czasopisma „Świat Młodych” oraz „Razem” uznana za Grę Roku.

W 1991 roku powstały pierwsze figurki i kolekcje, które wymagały już instrukcji i pełnej informacji o produkcie. Samochód miał być samochodem, dom zaś domem, a nie luźnym zbiorem klocków.

Robert Podleś, o ile wcześniej mógł się jeszcze wahać co do przyszłości biznesu, podjął wojskową decyzję – ani kroku do tyłu. Wykorzystując wypracowane przez lata kontakty, firma oprócz produkcji utworzyła jeszcze pion handlowy. Z NRD i Czechosłowacji zaczęły przyjeżdżać zabawki do Polski. Na początku lat dziewięćdziesiątych rynek w końcu się otworzył i firma mogła wypłynąć na głębsze wody, importujące zabawki z Zachodniej Europy i Dalekiego Wschodu. W tym czasie szykowała się kolejna, również przełomowa zmiana. –„Skontaktował się z nami przedsiębiorca, który miał zakład produkujący wyroby metalowe. Inny przedsiębiorca zamówił u niego 4 formy wtryskowe na zabawki-klocki, zrezygnował z tego zamówienia, a zakład nie miał pieniędzy by dokończyć inwestycje. Nie zastanawiając się długo uznałem, że to dobry moment by wejść w nową gałąź, wyrobów z tworzyw sztucznych”. To właściwie początek Cobi. Właściciel form został partnerem w nowej spółce, wnosząc do niej urządzenia i wiedzę. W podwarszawskim Józefowie w 1990 roku ruszyła produkcja klocków. W 1991 roku powstały pierwsze figurki i kolekcje, które wymagały już instrukcji i pełnej informacji o produkcie. Samochód miał być samochodem, dom zaś domem, a nie luźnym zbiorem klocków.

Nie oglądam się na innych

Rok później szturm na Cobi przypuścili Duńczycy z LEGO. Do Roberta Podleś trafiły pozwy sądowe za naruszenie ich opatentowanych wzorów klocków. LEGO nie tyle żądało zaprzestania produkcji, domagali się wręcz zniszczenia maszyn, narzędzi oraz zapasów, półproduktów. –„To był trudny czas. Zdaję sobie sprawę, że być może wielu przedsiębiorców zrezygnowałoby z biznesu, sprzedało maszyny, zniszczyło zapasy i narzedzia i posłuchało nakazów duńskiego giganta. Ale ja jestem bardzo konsekwentną osobą. Jeśli powiedziało się w biznesie A, to trzeba powiedzieć B, C i dalej, aż do końca alfabetu. Wielu naszych zagranicznych dystrybutorów przestraszyło się, ponieważ też do nich trafiły listy ostrzegające przed dystrybuowaniem klocków Cobi. Przekonywałem ich, że nie mają się czego bać, że my bierzemy całą odpowiedzialność. Od samego początku produkcji klocków byliśmy w stałym kontakcie z kancelarią patentową, która sprawdzała nam dokładnie każdy kształt i mówiła, co jest zastrzeżone, czego nie możemy robić. To umożliwiło nam doskonałą obronę, ponieważ LEGO, wykorzystując największe polskie kancelarie, nie przedstawiało żadnych konkretnych dowodów przed sądem, że rzeczywiście naruszamy ich prawa. Mogliśmy obalić ich zarzuty” – wyjaśnia Robert Podleś. W Polsce Sąd Najwyższy przyznał rację Cobi, na innych rynkach sprawy sądowe toczyły się jednak znacznie dłużej.

Cobi nigdy nie kopiowała wyrobów innych producentów. Na początku działalności wzory kloców i zestawów opracowywał Robert Podleś, konsultując je z… kilkuletnim wówczas synem.

Jak zaznacza prezes Cobi, firma nigdy nie kopiowała wyrobów innych producentów. Na początku działalności wzory kloców i zestawów opracowywał Robert Podleś, konsultując je z… kilkuletnim wówczas synem. Dziś zajmuje się tym dział projektowy, wspierany przez zewnętrznych projektantów. –„Każdy z nich wie, że nie oglądamy się na innych producentów, nie kopiujemy. Mamy być lepsi. To, że ktoś jest graczem globalnym i ma lepsze wyniki finansowe, nie znaczy dla mnie, że jest lepszy we wszystkim co robi” – mówi.

Nowa odsłona - Mielec

Cobi czekały kolejne zmiany. Spółka cywilna przekształciła się w spółkę z o.o., która zajęła się tylko produkcją klocków, spółka z Józefowa została przekształcona i zajmowała się tylko dostarczaniem i obsługą zaplecza narzędziowego. Zakład przeniesiono do Radości pod Warszawą, ale właściciel firmy już wiedział, że z tą lokalizacją nie uda się wiązać przyszłości. Cobi nie mogło rosnąć w Warszawie ze względu na wysokie koszty produkcji i ograniczenia lokalowe. –„W 1995 roku pojawiły się pierwsze wzmianki o tym, że w Mielcu powstanie pierwsza w Polsce Specjalna Strefa Ekonomiczna. Po zmianie sytuacji polityczno-gospodarczej państwowe zakłady w Mielcu upadły, co spowodowało ogromne bezrobocie w tym sześćdziesięciotysięcznym mieście, które swoją ekonomiczną sytuację opierało na zatrudnieniu w zakładzie lotniczym PZL Mielec. Razem z dyrektorem finansowym pojechaliśmy do Mielca dowiedzieć się, o co chodzi z tą strefą. Wtedy nie było takiego dostępu do informacji jak dziś. Okazało się, że byliśmy jedną z pierwszych firm, która się tym zainteresowała” – opowiada założyciel Cobi. Po analizie uzyskanych tam danych, Robert Podleś zdecydował się na aplikowanie o zezwolenie, po kilku miesiącach Cobi zostało zakwalifikowane do finalnych rozmów. –„Dostaliśmy zezwolenie numer 12. Od tego momentu nasze losy potoczyły się bardzo szybko” – wspomina.

58 procent naszej rocznej sprzedaży generują trzy przedświąteczne miesiące. Właściwie to teraz się te miesiące przesunęły, ponieważ by zdążyć z produkcją świąteczną musimy zwiększyć moce produkcyjne w sierpniu, wrześniu i październiku

W ciągu dwóch dekad obecności w Mielcu zakład rozrósł się do 30000 m.kw i zatrudnienia w sezonie na poziomie 250 pracowników. Sezon to dla grupy Cobi najważniejszy okres roku „58 procent naszej rocznej sprzedaży generują trzy przedświąteczne miesiące. Właściwie to teraz się te miesiące przesunęły, ponieważ by zdążyć z produkcją świąteczną musimy zwiększyć moce produkcyjne w sierpniu, wrześniu i październiku” – mówi Robert Podleś.

Bez inwestycji nie da rady

Niezależnie od tego, czy zwiększone zyski pojawiają się jesienią, czy inną porą roku, niemal w całości jest reinwestowana. –„Produkcja, w znacznie większym stopniu niż handel, wymaga przecież ciągłych nakładów inwestycyjnych. Maszyny się zużywają, trzeba je wymieniać, a przede wszystkim inwestować w nowe technologie” – mówi prezes. Produkcja klocków konstrukcyjnych, choć wydawać się może rzeczą banalną, to połączenie przemysłu precyzyjnego z obróbką tworzyw sztucznych. Bez innowacji każda organizacja zostanie w tyle za konkurencją. –„Zmieniamy formy wtryskowe, wzory, jakość. Kilka lat temu w całym przetwórstwie tworzyw sztucznych, nastąpił przełom technologiczny, – wprowadzono wtryskarki elektryczne. Niewielu wierzyło, nawet ja, że będzie to lepsze rozwiązanie od wtryskarek hydraulicznych. Muszę przyznać, że pomyliłem się. Nowa technologia jest szybsza, wydajniejsza, dokładniejsza. W tej branży cały czas pojawiają się nowe rozwiązania, na przykład obrabiarki laserowe do tworzenia kształtów. Mamy cyfrowe obrabiarki, które fizycznie kształtują metal, a teraz pojawia się technologia laserowa. Musimy inwestować” – tłumaczy założyciel Cobi. Drukarki 3D to w Cobi chleb powszedni, bez nich konstruktorzy nie wyobrażają już sobie pracy przy prototypach nowych kształtów.

Projekt, który wyprzedził swój czas

Czasem wizja zderza się z rzeczywistością. Tak było na przykład z głośną 2 lata temu innowacją. Dzięki funduszom europejskim Cobi powołało dział badawczo-rozwojowy, który opracował rzecz na rynku zabawek unikalną – elektroniczne zestawy z klocków, które można sterować za pomocą aplikacji smartfonowej. –„Ceny elektroniki były zbyt wysokie, postanowiliśmy więc zrobić samemu, co tylko się da. Zainwestowaliśmy w produkcję form do podzespołów, w silniki, powstał dział elektroniki, wszystko montowaliśmy i programowaliśmy sami. Rozpoczęliśmy produkcję, sprzedaż była dobra, ale by cena detaliczna była akceptowalna przez rynek, musieliśmy zrezygnować z marży.

Dzięki funduszom europejskim Cobi powołało dział badawczo-rozwojowy, który opracował rzecz na rynku zabawek unikalną – elektroniczne zestawy z klocków, które można sterować za pomocą aplikacji smartfonowej.

Były dwa rozwiązania – albo podwyższyć cenę, by produkcja była opłacalna, albo zamknąć projekt. 399 zł za pojazd, z naszą minimalną marżą, to i tak nie jest atrakcyjna cena dla konsumenta” – przyznaje Robert Podleś. –„Podjęliśmy decyzję, że nie możemy podwyższać ceny i wstrzymaliśmy prace nad dalszym rozwojem tego projektu. Wzory, które już opracowaliśmy, dalej produkujemy ale w ograniczonych nakładach. Z czasem wrócimy do projektu, musimy poczekać, aż komponenty stanieją” – dodaje.

Czy to porażka wizjonera? –„Może nie porażka, ale na pewno niespełnienie moich wizji… Widziałem, że zabawki elektroniczne będą mogły z czasem znaleźć miejsce na półce z zabawkami każdego chłopca, ale za dużo jednak jest gier. Stworzyliśmy zabawki, które korzystają ze smartfona, ale przegrywają z samym smartfonem. Jest w nim kilkadziesiąt gier, stworzonych przez światowych gigantów, które kosztują odpowiednio mniej” – mówi.

Działam do końca

Źródłem sukcesu Roberta Podlesia, czyli również i Cobi jest na pewno wytrwałość. –„Od wielu lat biegam, kilka lat temu znajomy mi powiedział, że mogę biegać maratony ultra. Spytałem dlaczego, usłyszałem, że mam taki charakter, że jak coś zacznę, to muszę skończyć, więc spokojnie dam sobie radę. Pierwszy raz jechałem do Anglii pobiec na 100 km, dobiegłem do mety, zająłem 24 miejsce na 1000 startujących. Okazało się, że można przebiec 100 km myśląc w tym czasie o swoim biznesie” – śmieje się prezes Cobi. W październiku wziął udział w Ultra Maratonie Bieszczadzkim, zajął 3 miejsce w swojej kategorii wiekowej. –„Mam taką cechę charakteru, która nie pozwala mi się poddawać. Wielu ludzi zaczyna te ultra maratony i ich nie kończy. Na ten bieszczadzki zapisanych i opłaconych było 1070 osób, niecałe 600 wystartowało, ukończyło mniej niż 500. Nie ma lepszej analogii dla tego, co dzieje się w biznesie. Ilu przedsiębiorców się poddaje w połowie drogi? Ilu nie podejmuje wyzwania? Nie wystarczy chcieć, ale trzeba działać konsekwentnie, do końca i spełniać swoje marzenia” – tłumaczy. –„Mam taką samą konsekwencję w bieganiu i biznesie. Działam, dopóki mogę. Dopóki wystarczy mi silnej woli i siły”.