Pierwszy unicorn z Polski

Phoenix-RTOS – to odpowiednik Androida w świecie Internetu Rzeczy, najpoważniejszy kandydat na pierwszego polskiego unicorna, który w marzeniach Pawła Pisarczyka, wynalazcy, przedsiębiorcy i prezesa Phoenix Systems, pociągnie za sobą globalizację całego sektora polskich firm technologicznych.

Magazyn CEO: Rozmawiamy na świeżo po Pana wizycie na Uniwersytecie Stanforda, gdzie brał Pan udział w spotkaniu o Internecie Rzeczy. Dyskusja dotyczyła tego, czy Polacy mogą coś znaczyć w IoT. Pana zdaniem – oczywiście tak.

Paweł Pisarczyk, CEO Phoenix Systems: Tak, my potrafimy robić wszystko, systemy operacyjne, chipy, ale nie potrafimy przekuć tego na globalny produkt. To spotkanie dotyczyło m.in. przełamania takiej niemocy.

Zobacz również:

Pojawiły się takie znakomitości, jak Janusz Bryzek, który zrobił czujniki montowane w każdym IPhonie, jak Jurek Orkiszewski, który stworzył Cuterę (czołowy producent urządzeń medycznych do chirurgii plastycznej) czy Tad Taube, który wybudował pół Stanford. Pojawili się poważni inwestorzy, byli członkowie zarządu Oracle, pierwsza liga.

Jakie wnioski dla Phoenix Systems?

Potrzebuję pomocy, abyśmy stali się globalni. Z pomocą inwestorów, kapitału mogę uczynić swoje rozwiązaniem standardem światowym. Miałem świetne rozmowy, nie chcę zdradzać szczegółów. Świat, moje życie mogą się zmienić, ale nie chcę zapeszać.

Poczułem wreszcie dawnego ducha Doliny Krzemowej. Od razu po powrocie wrzuciłem dokumentację całego systemu Phoenix-RTOS na GitHuba – otwieramy system operacyjny dla społeczności developerskich.

To sugestia stamtąd?

Tak, brakowało mi impulsu do takiej decyzji. A przecież poleciałem do Krzemowej Doliny zafascynowany procesorem RISC-V, do którego ściągałem sobie narzędzia z GitHub’a, żeby przenieść na niego nasz system… Ale byłem raczej sceptyczny wobec takich społecznościowych przedsięwzięć. Moje rozmowy przeważyły jednak te obiekcje.

Otwarcie kodu źródłowego to szansa dla Phoenix-RTOS?

Nasz system ma być Androidem Internetu Rzeczy, więc nie możemy go trzymać pod korcem. Nie będziemy udowadniać, że Phoenix-RTOS jest najlepszy dopiero po podpisaniu NDA. W tym modelu pozostaniemy właścicielem, będziemy rozwijać core systemu, świadczyć usługi wsparcia, tworzyć, rozwijać i sprzedawać aplikacje na ten system… Ale skalę zapewnią nam zewnętrzni developerzy, społeczności które zbudują aplikacje i usługi do Phoenix-RTOS, albo będą rozwijali klony tego systemu na licencji BSD.

Lawina ruszyła... Czy może dopiero pierwsze kamienie...

Nawet jeśli ten pierwszy kamień utknie, to zbiegnę i będę go dalej spychał. Jestem pełen woli walki, czuję, że jesteśmy w przełomowym momencie.

Jak zatem rysuje się ten moment dziejowy?

Sytuacja na rynku rozwiązań jest klarowna. GNU.Linux nie może być platformą dla urządzeń Internetu Rzeczy. Jest zbyt obszerny i skomplikowany. W kwietniu odpadł potencjalny konkurent dla Phoenixa: Intel sprzedał Wind River, lidera systemów czasu rzeczywistego, dostarczającego rozwiązania do przemysłu lotniczego, które planowano przerobić na system dla IoT. To jest jedna z tych przesłanek, że jest to właśnie najlepszy czas dla Phoenix Systems. Decyzja o sprzedaży Wind River dowodzi, że starych systemów nie da się przerobić na nowoczesny OS dla Internetu Rzeczy, trzeba je tylko sprzedawać, a otwiera się pole na nowe.

Poza tym jest masa trywialnych systemów i Phoenix-RTOS: zwarty, pełnofunkcyjny, stworzony w nowoczesnej architekturze, z myślą o IoT, system operacyjny. Otwieramy dokumentację, mamy referencje pierwszych wdrożeń na miliony urządzeń. To jest ten moment, teraz albo nigdy.

Paweł Pisarczyk, CEO Phoenix Systems, na spotkaniu Klubu CIO, marzec 2018 (w panelu uczestniczył także Marek Niziołek, Digital Transformation Director w firmie Śnieżka i autor wywiadu).

Paweł Pisarczyk, CEO Phoenix Systems, na spotkaniu Klubu CIO, marzec 2018 (w panelu uczestniczył także Marek Niziołek, Digital Transformation Director w firmie Śnieżka i autor wywiadu).

Wielki przemysł też jest zdecydowany co do skali i formy zaangażowania w Internet Rzeczy, przyrosty liczby urządzeń podłączonych do Internetu będą teraz skokowe. Potrzebują wyłonić jednego zwycięzcę, jeśli chodzi o OS i kandydatem jest dziś Phoenix-RTOS.
Rozwiała się mgła i jasno widać scenariusz nadrzędnej warstwy rynku, infrastruktury i standardów.

Proszę zarysować tę wizję.

Od fazy systemów IoT na miarę, które dotąd budowały sobie wewnętrznie firmy przemysłowe, przechodzimy do rozwiązań z półki. Ale szybkim krokiem nadchodzi nowy model ogólny informatyki – nowy model ogólny IoT - i niepotrzebne staną się własne przejściowe systemy. Dalej:

dane IoT przestaną trafiać do chmur prywatnych IoT, ponieważ powstanie kilka skonsolidowanych chmur IoT zarządzanych przez największe firmy przemysłowe na świecie. Algorytmy w takiej wielkiej chmurze IoT będą się uczyły, będą coraz lepsze i płynnie zastąpią systemy własne poszczególnych firm.

Powód jest oczywisty - każdy powinien się ścigać w tym, w czym jest dobry. Duże oraz średnie firmy przemysłowe, czy z innych branży, będą skupiały się na tym w czym są najlepsze, a nie na informatyce. To jak ze sportem – amator biegający i boksujący po pracy nie ma szans z zawodnikiem, dla którego to jest esencja życia.

Skolonizowane przez zewnętrzną, nadrzędną chmurę środowiska IoT będą realizowane usługowo. Taka idea stoi za Mindsphere Siemensa, która obejmuje wszystkie urządzenia Siemensa, pozwala monitorować procesy, podpowiada jak je optymalizować, jak je przekształcać…

De facto kolonizuje też firmy, nie kapitałowo, ale poprzez Internet Rzeczy, technologicznie; Siemens będzie właścicielem wszystkich procesów w firmie...

Tak mi się wydaje, że temu to służy. Siemens będzie we wszystkich fabrykach – nie będzie ich budował, ale dzierżawił swoje rozwiązania do ich obsługi. Podobną drogą idą wszyscy wielcy: ABB, Schneider, kilku innych – oni już nie dadzą się skonsolidować – to byśmy doszli do sytuacji jak z Quallcomm i Broadcom, które zmonopolizowały telefonię komórkową.

Tak będzie wyglądał Industry 4.0: Siemens i duzi pozwolą nam sprawnie, łatwo produkować, może sami będą świadczyli usługi produkowania – to co sobie zamówimy, to nam wyprodukują. Natomiast własność intelektualna, to co będzie miało być wyprodukowane – będzie wymyślane przez firmy z danej dziedziny.
Na przykład BMW zaprojektuje samochód, który powstanie w fabryce należącej w większości do Siemensa.

Idźmy dalej, on nawet być może będzie konsultował proces produkcji, być może sprawy biznesowe - skonsultuje kwestie zakupowe, jakie parametry na jakim rynku mają szczególne znaczenie… Z taką liczbą danych to możliwe.

A dane w nich przetwarzane w 90% będą pochodzić z urządzeń zarządzanych przez Phoenix-RTOS...

…który tym samym stanie się kluczowym składnikiem pewnego standardowego, architektonicznego modelu uniwersalnego dla informatyki. Na jakiś czas ten układ scementuje rynek.

Wróćmy więc do Phoenix Systems. Co jest w tej chwili najpotrzebniejsze, aby taka wizja się urzeczywistniła?

Teraz jest faza inwestowania w business development na wielu rynkach po to, aby zainteresować producentów, aby go użyli.

W tej chwili najbardziej potrzebujemy otwarcia biur handlowych w Stanach, we Francji, UK – tam, gdzie jest duży przemysł. Zatrudnienia tam inżynierów, którzy pracowali na przykład w Wind River, nauczenia ich Phoenixa, „przekonwertowania” na nową wiarę i puszczenia w rynek. Powinniśmy mieć lokalnie kilkudziesięciu inżynierów – na business development, wsparcie dla projektów powyżej 10 tys. urządzeń. Core będzie rozwijany w Polsce, a aplikacje powstawać będą w Polsce i lokalnie.

To inwestycja – 5-10 biur będzie pod kreską, ale 5 następnych zarobi na nie do czasu, aż wszystkie wyjdą na swoje.

Dużo będzie zależało od społeczności developerskich, od tego, czy polubią Phoenixa dostępnego na GitHubie. Ale wspomniał Pan także o klonach, rozwijanych na wzór standardu PC udostępnionego przez IBM...

Oczywiście, udostępniamy system na licencji BSD (Berkley Software Distribution). Tworzy to wewnętrzną konkurencję – i doskonale nam służy. Mamy czterech producentów, którzy korzystają z Phoenix-RTOS, rozmawiamy też z globalnym producentem komputerów do przemysłu, nie jest to Siemens, ale ktoś duży. Chodzi tylko o zmultiplikowanie systemu operacyjnego w mądry, rozproszony sposób.

Tak to działa: jeśli – hipotetycznie – firma samochodowa z Monachium, chciałaby mieć Phoenix-RTOS, to my powinniśmy zapewnić tam biuro i lokalnych inżynierów, po tamtejszych politechnikach, którzy stworzą konkretne aplikacje z owym producentem.

Ile potrzeba pieniędzy, aby zdążyć z rozwojem systemu i biznesu – żeby nadążyć za tempem rozwoju IoT? Najbliższe lata to będzie przecież eksplozja Internetu Rzeczy.

Sądzę, że 50 milionów dolarów by wystarczyło. To dużo i mało. Chodzi o zatrudnienie właściwych ludzi i uplasowanie ich we właściwych miejscach. Dla biznesu technologicznego – to są „waciki”.

Inwestycja rzędu 100 mln USD pozwoliłaby nam stać się unicornem, spółka bardzo szybko osiągnęłaby wartość miliarda dolarów. Powtórzylibyśmy model Androida: system, na który można pisać dodatkowe aplikacje, można sprzedawać support, można sprzedawać aplikacje, licencje – to się szybko zwróci.

Za tymi pieniędzmi muszą jednak przyjść odpowiedni inżynierowie. Będziemy przecież tworzyć korporację. Ja nie mam takiego doświadczenia. Brak mi kompetencji do zarządzania spółką powyżej 100 osób, przy 200 pewnie bym ją zniszczył, bo chciałbym się wszystkim zajmować. Tu musiałby przyjść ktoś taki, jak swego czasu Erick Schmidt dla Google’a. Ktoś taki wnosi kontakty, przyprowadza własną drużynę i wnosi umiejętność ułożenia organizacji, takie prawo jazdy na autobus przegubowy E++. A ja wtedy zajmę się tym, do czego mam predyspozycje, talent: pilnować technologii, jeździć po świecie i opowiadać o tym, jak to działa, dlaczego to jest przełom. Tak to działa też w Stanach. My nie mamy takich kierowców, którzy by umieli kierować autobusami.

Inwestorzy, których Pan spotkał w Stanach – pomogliby znaleźć kogoś takiego?

Myślę, że tak.

To będzie trudna zmiana, firma będzie potrzebowała kręgosłupa i pancerza, który utrudni ruchy. I w organizacji pojawią się oznaki niezadowolenia, ale jak opowiadali mi na Stanfordzie – podając przykład „niedużej amerykańskiej firmy, 500 osób, 150 mln USD obrotów”: wyskalowanie dzięki wejściu z pieniędzmi korporacji globalnej nadało takich cech, które trudno było pionierom zaakceptować… Kiedy już prawie wszyscy kupili sobie najnowsze modele BMW, to przyszło im znosić to łatwiej.

Gdybyśmy w Polsce mieli duże firmy, które potrafiłyby pochylić się nad technologią innowacyjną, wesprzeć ją i skorzystać na pojawieniu się takiego unicorna, może doszłoby do tego szybciej.

Nie ma takich firm? A Asseco czy Allegro? Albo fundusze inwestycyjne?

Bardzo cenię dokonania i lubię słuchać prezesa Adama Górala, który jest odważnym wizjonerem. On mówi szczerze, że w Asseco produkują własne, wielkie rzeczy i trudno temu zaprzeczyć. Robi wrażenie też, kiedy mowa o wielkiej, regionalnej strategii produktowej Asseco. Ale już jego menedżment podchodzi do start-upów, innowacji, także do nas - z przymrużeniem oka. Oni mówią inaczej: my robimy wielkie rzeczy i… sprzedajemy uznane rozwiązania amerykańskie i niemieckie. I to akurat dla mnie antyteza tego, o czym mówi prezes Góral.

Ale z kolei fundusze inwestycyjne to jest szczyt hipokryzji – kreują się na aniołów biznesu: dajcie nam innowację, podbijemy świat, zrobimy z was zdobywców. A potem spojrzeć można na ich portfel inwestycyjny a tam spółki powtarzalne, kalki spółek amerykańskich… Natomiast Asseco – gdyby utrzymało ten pierwiastek biznesowego szaleństwa, które mają Adam Góral i jego najbliżsi, to mogłoby taką rolę odgrywać w Polsce.

Jak Phoenix Systems stanie się korporacją, to pewnie też będzie tam spora grupa ludzi, którzy będą mówić: ech, my to robimy produkt, Phoenix-RTOS jest globalnym standardem, a te tu start-upy – nie wiedzą, czym jest prawdziwy świat.

Pewnie tak, ale ja pozostanę zawsze tym szalonym przedsiębiorcą, nie zasklepię się i nie przestanę wspierać start-upów. Moim marzeniem – wybiegam jeszcze dalej - jest aby Phoenix, jeśli stanie się Unicornem i korporacją globalną, był takim mecenasem i dojrzałym inwestorem dla wielu spółek technologicznych w Polsce.

To pewnie byłoby piękne domknięcie nowego obrazu rynku. Do chwili, aż pojawi się nowe przełomowe rozwiązanie, model, które zmienią układ sił, ale to jak kolejna epoka...

Ja to sobie jeszcze przemyślałem: arogancja jest największym problemem wielkich firm. Są skazane na sukces i tylko wtedy im nie wychodzi, gdy nie potrafią tej arogancji powściągnąć. Pojawia się wówczas nowy gracz, przybysz spoza stawki, który wykorzysta tę arogancję. Jakby nie było – sądzę, że w tej układance z IoT nie będzie on konkurentem dla Phoenixa.

Arogancja może zachęcić do prób kopiowanie starego dobrego modelu do nowych czasów. Próba zabezpieczenia sobie szybszego zwrotu z nakładów bez ryzyka wykreowania modelu bardziej adekwatnego do nowej rzeczywistości.

Przykład?

Intel był świetną firmą, która znała się na mikroelektronice – potrafili zminiaturyzować tranzystor jak nikt inny i na potrzeby marketingowe stworzyli prawo Moore’a...

Które dominuje w powszechnej świadomości...

...jak prawo powszechnego ciążenia, jakby odkryli nową fizykę. Ludzie uwierzyli, że procesor jest tym lepszy im ma więcej tranzystorów. Nikt prawa Moore’a nie falsyfikował. I sami w to uwierzyli, więc na tej samej zasadzie próbowali wejść w świat mobilny – a tam prawo Moore’a nie działa. Procesor mobilny, który ma za dużo tranzystorów, jest przekleństwem, bo pożera energię. Jeśli więc teraz Amazon czy Google będą na swoich zasadach próbować wejść do świata IoT, poprzez licencyjne fee proporcjonalne do ilości danych, to przegrają, bo ktoś musi przyjść z lepszym pomysłem.

Czyli ten dopiero okrzepły model chmurowy, na którym zarabia tak świetnie Google i Amazon może być już przestarzały dla IoT?

On nie pasuje. Będziemy płacić raczej za satysfakcję klienta, albo za lepsze wskaźniki produkcji, efektywność. W walucie ekonomicznej, zrozumiałej dla biznesu. Ja w to wierzę mocno.

Dowodzi tego przykład ARM – firma, która nie ma żadnej fabryki a sprzedaje miliardy licencji na procesor. Wspaniały sukces, ale nie zmienili na czas swojego modelu. Chcieli wchodzić w rynek IoT z procesorem za licencję. A rynek IoT już dziś, z tą liczbą urządzeń, czujników, nie jest w stanie kosztu tej licencji udźwignąć. Dodatkowo procesor ARM obrósł, zaczął mieć większe zapotrzebowanie na energię – przestał pasować do potrzeb. Ale rynek nie znosi próżni: wyłania się wtedy znikąd RISC-V, który oferuje całkiem nową architekturę, nowy model. I w tej architekturze jest Phoenix-RTOS, który zjawia się jak rycerz na białym koniu.

Wszystko układa się w piękny scenariusz. A co Pana zdaniem powinno się zmienić, aby takich polskich unicornów miało szansę wyewoluować więcej? Jak powinien zmienić się model innowacji w Polsce?

Doskonale uchwycił to podczas wykładu na Stanfordzie Artur Bartłomiej Chmielewski z Jet Propulsion Laboratory, syn Papcia Chmiela: Polacy znają się na „invention”, ale nie na ”innovation” – wdrażaniu swoich doskonałych wynalazków w życie.

Brak nam wiary: jak przed laty zaczynałem robić Phoenix-RTOS, to setki mądrych doradców mówiło mi – po co, zagranicą są setki osób i firm, które potrafią zrobić to lepiej.

Brak kapitału – i to takiego kapitału, który pozwoliłby inwestować w B&R. Jak ktoś da parę milionów złotych, to już jest poczucie, że się złapało Pana Boga za nogi.

Brak odwagi, tak odwagi, bo my za często jesteśmy brawurowi, zwłaszcza przyparci do muru, a zbyt rzadko ryzykujemy w sposób kalkulowany, odważając się bez przymusu, idąc po zwycięstwo.

Brak pokory. Krzemowa Dolina jest bardzo krytyczna, samokrytyczna. Marketingowiec czy inżynier –rozumieją technologię do poziomu bita; u nas ktoś zaczął programować w jakiejś korporacji i robi formatki – uważa się często za megaprogramistę. W Krzemowej Dolinie ludzie przechodzą od uczenia się, poprzez etap bycia programistą – inżynierem, do etapu bycia marketingowcem, potem dopiero inwestowania i bycia seniorem. U nas od razu po studiach chcą być prezesami. Tymczasem nie można robić dobrze rzeczy, jeśli się ich nie rozumie.

Podsumowując: odwagi, kapitału, zdolności podejmowania ryzyka, ale przede wszystkim pokory względem technologii, tej pozytywnej pokory – wiem, że nic nie wiem. I cierpliwości.

No, to bardziej elementy nastawienia.

Już chyba mówiłem, mnie bardzo odpowiada amerykański model przedsiębiorczości, dążenia, do realizacji marzeń. Ja wiem, że on się po drodze wypaczył, że jest dużo zjawisk złych, społecznie. Ale drzemie tam duch zdobywców, pionierów. Sądzę, że kiedy Donald Trump w kampanii powrócił do tego, aby podziwiać kogoś za sukces finansowy, biznesowy – co kiedyś było normą w Stanach - to w starciu o dusze Amerykanów musiał wygrać z kontrkandydatką, która całe życie pracowała jako urzędnik, za pieniądze podatników, która europeizowała, biurokratyzowała te Stany. Więc walka rozegrała się na jakimś poziomie ducha i DNA narodu, emocji pierwotnych dla niego.

Aha, trochę tak: zanim zaczną nas hodować maszyny IoT, co przewidywał Pan na spotkaniu w Klubie CIO, ambicję hodować nas mają instytucje.

Dokładnie, coś w tym jest. Nie pielęgnuje się indywidualizmu. Te systemy wsparcia są fajne, ale trzeba uważać, żeby dobrze formułować zasady, wymogi. Wymogi konsorcjantów naukowych, tony sprawozdawczości – powinno być jedno kryterium: masz sukces, rating efektywności, który promuje Cię dalej.

Mariana Mazzucato pisze i głosi, że państwo jest podstawowym i cierpliwym inwestorem, który pozwoli wynalazcy-przedsiębiorcy popracować na przykład nad systemem operacyjnym.

Największa frustracja to widzieć, jak przepalają się kolejne miliony od inwestora, a my nadal nie mamy dość dobrego rozwiązania, aby podbijać rynek.

Jeśli inwestor jest mądry, cierpliwy – to pozwoli wynalazcy doprowadzić rzecz do końca. Każdemu twórcy zależy na tym, aby swoje dzieło doprowadzić do końca.

Problem jest więc właśnie często z inwestorem: włożyłem milion, gdzie wyniki? Za milion złotych można założyć budkę z kebabem. No, można założyć startup i opłacić pracę 6-7 ludzi przez 9 miesięcy. Tyle trwa ciąża, ale nie da się tak szybko zrobić gotowego produktu,
który czasem musi powstawać przez 2-3 lata. Albo i 10. Trochę to się zmienia – choć nadal na piedestale są te biznesy, które maja szybką stopę zwrotu. To narracja funduszy.

I psuje to – już u zarania – powstający ekosystem start-upów. Jest coraz więcej kapitału, ale… dysponują nim w zasadzie tylko spółki z udziałem skarbu państwa, które z kolei zamykają się na ryzyko, nie ma w nich przyzwolenia na błąd. Nic więc nie robią – bo to jest bezpieczne. Z kolei uczelnie idą w masowość. Coraz więcej uczelni, coraz więcej studentów, którzy chcą mieć wyższe wykształcenie, coraz mniej studentów i młodych naukowców, którzy kochają swoją dyscyplinę – w masie giną indywidualności, perły, nie kultywuje się tego, nie szanuje. Poziom kształcenia leci w dół.

A powinniśmy zadbać o edukację i ośmielić spółki państwowe do innowacyjności. I ułożyć to w kompletny system.

Jak w Stanach?

Ja to opowiem na przykładzie. Wspominałem o RISC-V. To jest niesamowite przedsięwzięcie: w ciągu trzech miesięcy wybitni młodzi ludzie z uczelni w Kalifornii stworzyli nowy model programowy. Zainteresowali nim ludzi w Krzemowej Dolinie, którzy przedstawili go przemysłowi. Ten ich poparł i dzięki temu odkrywcy zrobili pierwszy open source’owy procesor. A potem powołali start-up, który już ten procesor robi w krzemie - po to, żeby za chwilę Western Digital stosował go w dyskach.

I to jest właśnie ekosystem: są uczelnie, które edukują świetnych ludzi, jest przemysł, który ma styk z uczelnią i od razu pomaga weryfikować pomysły, prototypować, a kiedy jest potencjał – decyduje się na rozwój i jest wreszcie przemysł, który robi pierwsze zamówienia. W Polsce nie mamy tego środowiska. A dodatkowo opisany system ośmiela, żeby podejmować wielkie problemy, wielkie cele.

Jakie?

Kiedy pytają mnie o to nasi rządzący, to odpowiadam: innowacyjność - tak, ale po to, aby polecieć na Marsa. To nie uda się za pierwszym razem ani za drugim czy dziesiątym, ale musi nas tam doprowadzić. Pieniędzy jest coraz więcej: fundusze, OFE, w Europie jest nadpłynność. Ale inwestuje się w nieruchomości, bo to bezpieczne, a o odwagę graniczącą z szaleństwem posądza się inwestujących w spółki naśladujące gotowe modele z USA...

Zatem pieniądze, edukacja, ekspozycja na ryzyko i... myślenie globalne o produkcie?

Od momentu projektowania, planowania. W Stanach, jeśli produkt jest dobry, to 20-30% sukcesu. Kolejne 20-30% czasu i środków trzeba zainwestować w business development. Zjechać pół świata i poszukać nabywcy, poznać jego potrzeby. Powiedzieć, co powstaje, że będzie disruptive.

Jeśli chcemy być globalni – to musimy robić innowacje disruptive. W Polsce takie rozwiązanie stworzyła tylko Olga Malinkiewicz ze swoimi perowskitami.

Trzeba wiedzieć, że ten świat jest światem sojuszy. Można być geniuszem, ale w pojedynkę, z wielkim prawdopodobieństwem skończy się na oucie. To kwestia firm czy środowisk, które potrafią wesprzeć, zainwestować w marketing, kwestia społeczności i środowisk, które wesprą pomysł. Google miał świetną wyszukiwarkę, ale dopiero kiedy pojawił się Eric Schmidt, sprawy nabrały rumieńców. U nas czasem wydaje się, ze możemy wszystko zrobić sami. Tymczasem potrzebna jest warstwa…

...inteligencja technicznej?

Powtarzam menedżerom projektów; tak naprawdę kształcimy pierwszych menedżerów technicznych, którzy znają się na technologii i na robieniu produktów, to co się w Stanach działo w latach 50. i 60., a nawet w 40. Będziecie pierwszymi menedżerami technicznymi. To nie będzie nadzorca harmonogramu terroryzujący kalendarzem inżyniera. To muszą być ludzie na wskroś rozumiejący technologię i w razie zacięcia – przyczynę, dlaczego projekt utknął. A zwykle u nas menedżer projektu nie wie, co robi. To dramat.

To muszą być ludzie, którzy nie boją się pójść na wojnę. Czasami będzie to inżynier, który ma żyłkę biznesową, czasem menedżer, który lubi technologię. Muszą być ludzie odważni, nie bezczelni. Muszą zrozumieć przyczynę opóźnienia, a nie umywać ręce. Tak się robi menedżerów business developmentu, ale potem z nich wyklują się prezesi spółek technologicznych. Używam metafory wojskowej: dobry żołnierz to ten, który powąchał prochu. W technice tak samo: trzeba być na wojnie, ubrudzić się, poranić, żeby zrozumieć na czym polega ta wojna. W Stanach senior engineer zajmuje się marketingiem – w Polsce nie ma marketingu na takim poziomie.

Zatem – zdecydowanie zgoda, musimy stworzyć, odbudować elity w państwie, a częścią niezmiernie ważną tej odbudowy jest stworzenie takich elit menedżerskich.

Na taką dużą pozytywną zmianę i wyklarowanie się spójnego ekosystemu musimy pewnie jednak dłużej zaczekać. Phoenix-RTOS nie może na to czekać, jego los zdecyduje się już wkrótce i oby scenariusz, który Pan zarysował się ziścił. Mam jednak jeszcze pytanie o całość tej przemiany, w której taką rolę ma odegrać Phoenix-RTOS. Bezpieczeństwo. Czy nie potknie się o nie rewolucja IoT?

Ależ z pewnością potknie się. W pierwszej kolejności te rozwiązania powstałe bez security in design, bez RISC-V – tam jest największe prawdopodobieństwo, że się potkniemy. Ja osobiście najbardziej boję się o telemedycynę. Ale jeśli podejdziemy starannie...

...nie będzie większych katastrof?

Katastrofy będą, tak jak z pierwszymi samolotami, z pierwszymi samochodami. Będą szokujące katastrofy pierwszych samochodów autonomicznych, transportu autonomicznego. Jestem pewien, że będziemy świadkami strasznych rzeczy, ale z czasem – dojdziemy do standardów.

Problem tego świata jest inny:

garstka ludzi hoduje rzesze innych, a jak dojdzie IoT masowo oparty na sztucznej inteligencji, to garstka ta jeszcze się zawęzi. A w końcu zaczną nas hodować maszyny,
bo uznają, że ludzie są im niepotrzebni. Nadzieja jeszcze w edukacji, we wpajaniu przesłania: używajcie technologii, ale nie dajcie się jej hodować. Ale może zbyt wiele nadziei pokładam w systemie edukacji. Ludziom się nie chce uczyć, technologie podsycają lenistwo. A to skaże nas na wyrugowanie przez sztucznych konkurentów. Chyba więc zmierzamy w kierunku Apokalipsy. Wyobrażam sobie, że to może być największa kara za pychę człowieka.

Jest jeszcze druga nadzieja: wielkie wyzwania, które przezwyciężą lenistwo. Ludzie jak Elon Musk, który będzie latał na Marsa. On mierzy się z czymś wielkim, nowym – to jest nadzieja. Bo dziś technologia rozwiązuje błahe problemy – mieliśmy latać na Marsa a dostaliśmy Facebooka, jak zauważył Buzz Aldrin. Jeśli znowu zechce się nam latać na Marsa – to więcej ludzi zdobędzie się na wysiłek, a pozostała większość nie zechce wyśmiewać ich, ale podziwiać i wspierać. Może powróci etos naukowca i zepchnie z piedestału celebrytów i youtubowe laleczki.

Marzę o tym. Mało co jest wyzwaniem dla dzieci. Mało co jest wyzwaniem dla nas. Musimy w sobie i w nich wzbudzić głód, niepokój wielkich odkryć, wielkich idei i spraw.

Byle nie zostać w próżni, kiedy już intelektualnie im nie będziemy mogli sprostać. Kiedy przestaniemy uciekać do przodu – to początek końca.

A świat właśnie przestał uciekać do przodu.

Ludzie chcą konsumować. Nie mam przeciwko – ale nie na taką skalę, niech będą jeszcze ludzie, którzy uciekają do przodu. W Europie Zachodniej całkiem tego nie ma. Na szczęście niezawodne Stany – wróciły do tego. Mają cel – konkurencję z Chinami, które już prawie ich doszły. Robi się ciekawie, wraca otucha.

Dziękuję pięknie za te słowa otuchy.