Pieniądz na czterech kółkach

Rynek samochodów klasycznych w Polsce dopiero raczkuje. Ten rodzaj inwestycji alternatywnych cieszy się, póki co, umiarkowanym zainteresowaniem zamożnych Polaków. Za granicą w inwestycję „startuje się” od 200-300 tys euro w górę, podczas gdy w Polsce podchodzimy z pewną rezerwą do kwot przewyższających 300-400 tys zł. Nie ma się jednak co dziwić – wszystko, co nowe i świeże, potrzebuje czasu.

Samochody zachodnie w czasach PRLu były obecne na polskich ulicach. W Warszawie można było spotkać w latach 60-70 ubiegłego stulecia marki amerykańskie, angielskie czy niemieckie. Jednak nie były one ogólnodostępne. „W Polsce nie mamy zaplecza pozwalającego na zdobywanie na naszym rodzimym rynku pojazdów, które były tu od lat sześćdziesiątych XX wieku, a z drugiej strony nie mamy tej tradycji motoryzacyjnej, która w świecie pasjonackim rozwijała się od lat 60-tych, jak na przykład w Anglii i w sposób naturalny ulegała popularyzacji, od pasjonatów, którzy sami zaczęli inwestować w samochody, po osoby mniej zainteresowane motoryzacją, a bardziej wartością pojazdu” – mówi Michał Wróbel, dyrektor pierwszego w Polsce domu aukcyjnego samochodów kolekcjonerskich i historycznych, który w ubiegłym roku przygotował i wprowadził na rynek usługę inwestowania w samochody klasyczne dla Lions Banku.

Nowy rynek

Temat inwestowania w samochody klasyczne tak naprawdę pojawił się nad Wisłą w 2008 r., a rozpędu nabrał stosunkowo niedawno. Teoretycznie nie jesteśmy zbyt w tyle za rynkiem światowym, który został uporządkowany dopiero w 2007 r.wraz z utworzeniem pierwszego indeksu HAGI, którego pomysłodawcą był Dietrich Hatlapa – niemiecki bankier i kolekcjoner mieszkający w Wielkiej Brytanii, ale dopiero po 1989 r. dołączyliśmy do gospodarek wolnorynkowych, co ma duże znaczenie dla edukacji inwestycyjnej.

Zobacz również:

Ferrari 365 GT 2+2 (fot. archiwum redakcji)

Ferrari 365 GT 2+2 (fot. archiwum redakcji)

„Na świecie dopiero od kryzysu w 2008-2009 roku dywersyfikacja inwestycji alternatywnych ludzi z dość dużym portfelem, którzy nie byli na początku zainteresowani motoryzacją, poszła właśnie w tym kierunku motoryzacyjnym. Dopiero od tego momentu rynek inwestowania w samochody stał się dynamiczny, tym bardziej jeśli chodzi o samochody powojenne z lat 60 i 70 XX wieku” – tłumaczy Michał Wróbel.

Rynek dynamiczny jak Testarossa

Jak dynamiczny i nieprzewidywalny jest ten rynek może pokazać przykład niektórych modeli ferrari, które wcześniej były uznawane za dość popularne, a które potroiły nawet swoją wartość na przestrzeni 2009-15. Dlatego ciężko też jest wycenić rynek samochodów klasycznych, ponieważ każdy miesiąc może przynieść wielką niespodziankę. Chociażby model Ferrari Testarossa, legenda lat osiemdziesiątych, który do niedawna nie był autem pożądanym przez kolekcjonerów, chociażby z faktu tego, że wyprodukowano 9 tysięcy egzemplarzy tego modelu, co w przypadku krótkich serii ferrari jest ilością ogromną. I nagle, po wielu latach wyceny w granicach 35-50 tysięcy euro za najładniejsze egzemplarze, cena skacze mocno w górę. Dziś ciężko dostać testarossę za mniej niż 100 tysięcy euro. Takie przykłady powodują, że automatycznie coraz więcej samochodów dotąd nie pożądanych wpada do koszyka kolekcjonerskiego. Szacowanie tego superdynamicznego rynku mija się zatem z celem.

W co inwestować, aby uzyskać dobrą stopę zwrotu? Dodajmy, że średnio auto klasyczne może przynieść do 25 procent zysku rocznie, choć zdarzają się inwestycje o wiele bardziej spektakularne.

Schemat inwestycji: pewniak, oryginał i gwiazda

Przykładowy portfel samochodowy dla majętnego polskiego inwestora, traktowany jako poważna inwestycja, mógłby według Michała Wróbla obejmować 3 samochody o wartości do kwoty 200 tysięcy złotych każdy. Pierwszy samochód jako wartość pewna, czyli na przykład Mercedes SL Pagoda. Drugie auto w portfelu to ciekawy pojazd niemiecki lub włoski, na przykład Porsche 911 z drugiej połowy lat 70-tych XX wieku. Trzecie auto, to tak zwana gwiazda wschodząca, dla której rynek jest najbardziej dynamiczny, auto mające powiązania wyścigowo-rajdowe z lat 80-tych. Auto typu Audi Quattro czy Renault 5 turbo, czyli samochody, które były budowane w celach homologacyjnych w tamtych latach. Tymi autami rynek jest obecnie bardzo zainteresowany i ich wartość na przestrzeni ostatnich 18 miesięcy rośnie bardzo szybko.

Lancia Stratos (fot. archiwum redakcji)

Lancia Stratos (fot. archiwum redakcji)

Pozostaje pytanie, co zrobić z zakupionym samochodem. Na świecie mamy dwa podejścia do tego biznesu. Pierwsze dotyczy osób, które nie mają pojęcia o samochodach, ale chcą zainwestować, jednocześnie bojąc się użytkować pojazdów. W tym przypadku motoryzacyjne inwestycje stoją w pomieszczeniach zamkniętych, dobrze ubezpieczonych hangarach. Inne podejście mają kolekcjonerzy-pasjonaci, którzy, o ile nie jest mowa o aucie, którego wartość jest zwiększona przez fakt zachowania w stanie oryginalnym, jeżdżą swoimi inwestycjami.

Nie jest rzadkością, że drogie auta jeżdżą sportowo, biorąc udział w rajdach historycznych. Bywa i tak, że majętni kolekcjonerzy rozbijają auta za 2 mln euro. I nic sobie z tego nie robią, ponieważ samochód służy temu, by czerpać przyjemność z jazdy...