Hydra dezinformacji atakuje biznes

Dezinformacja jest hybrydowa, a dzięki mediom społecznościowym i Internetowi zyskała hipernapęd. Dziś rozprzestrzenia się w tempie powodującym fundamentalne zagrożenie, z którym z trudnością radzą sobie państwa – a wobec którego firmy są niemal bezbronne.

FOTO: Lysander Yuen / Unsplash

Dezinformacja jest problemem. Jej skutki są odczuwalne w różnych obszarach życia społecznego; w pierwszej kolejności w polityce. Decydenci i opinia publiczna stają się tego świadomi. Świadczą o tym analizy, dyskusje i konkretne działania podejmowane w związku z takimi wydarzeniami jak zajęcie Krymu przez Rosję, otrucie rosyjskiego oficera wywiadu Siergieja Skrippala, wybory prezydenckie w USA czy referendum w sprawie brexitu. Kontekst polityczny podpowiada genezę pojęcia „dezinformacja” i właściwy sposób jego rozumienia.

Czerwone korzenie współczesnej dezinformacji

Termin „dezinformacja” ukuli Rosjanie w XIX wieku. Tak nazwali stosowaną przez siebie praktykę wprowadzania w błąd celem osiągnięcia taktycznych i strategicznych korzyści (politycznych, gospodarczych, militarnych). Tę praktykę rozwinęli potężnie w okresie Rosji Sowieckiej, a następnie Związku Sowieckiego. Sowieckie osiągnięcia w zakresie teorii i praktyki dezinformacji istotnie wpłynęły na sposób myślenia o tym zjawisku w fachowych kręgach.

Dezinformację rozpatruje się z perspektywy poznawczej: stanowi ona „zaawansowaną formułę przekazu, którego celem jest wywołanie u odbiorcy poglądu, decyzji, działania lub jego braku, w zgodzie z założeniem ośrodka, który planował proces wprowadzenia odbiorcy w błąd”
– definiuje Rządowe Centrum Bezpieczeństwa (https://rcb.gov.pl/dezinformacja-czyli-sztuka-manipulacji/). Jest efektem oddziaływania narzuconego środowiska poznawczego i co ważne może być realizowana z użyciem przekazów, które cechuje wysoka zbieżność z faktami. Takie rozumienie odbiega od potocznego, które sprowadza dezinformację do wprowadzania w błąd za pomocą nieprawdziwych informacji. W czasach zimnej wojny Związek Radziecki wykorzystywał dezinformację w konfrontacji z Zachodem. Dziś to samo robi Federacja Rosyjska. Unia Europejska i rządy państw zachodnich dostrzegają zagrożenia. Jednak rozpoznanie rosyjskich zagrożeń i zapobieganie im nie jest łatwe, gdyż działania podejmowane przez Rosję w celu powiększenia swojej strefy wpływu są zakrojone na szeroką skalę, wykraczającą poza infosferę. Obejmują również takie działania jak , np. naruszenie przestrzeni powietrznej państw NATO, ingerencje w wybory parlamentarne i prezydenckie czy wspieranie polityczne i finansowe środowisk radykalnych w Unii Europejskiej.

Polityczny sens walki z dezinformacją jest dla Unii Europejskiej kluczowy. W planie jej przeciwdziałania, przyjętym przez Unię Europejską w 2018 skupiono się na czterech dziedzinach: zwiększeniu wykrywalności, skoordynowaniu reakcji, wprowadzeniu regulacji dla platform internetowych i przemysłu oraz podnoszeniu świadomości obywateli.

Dezinformacja w biznesie

Uwaga opinii publicznej i decydentów skupia się na oddziaływaniu dezinformacji na życie polityczne i społeczne. Postrzega się ją w pierwszej kolejności jako zagrożenie dla demokracji, bezpieczeństwa narodowego i stosunków międzynarodowych. Tymczasem dezinformacja zagraża również biznesowi. W obszarze biznesu skala oddziaływania operacji dezinformacyjnych jest inna. W polityce dezinformacja – przynajmniej rosyjska, dodajmy – obejmuje działania prowadzone na szeroką skalę w powiązaniu z działaniami poza infosferą, w długim horyzoncie czasu, z wykorzystaniem informacji, które mogą być zbieżne z faktami.

W biznesie dezinformacja skupia się na raczej na konkretnej firmie, ma na celu pogorszenie jej wizerunku i obniżenie jej wartości rynkowej, jest prowadzona w krótkim okresie i opiera się na nieprawdziwych informacjach – fake newsach.

Dezinformacja z internetowym turbo

Z dezinformacją zmierzyła się notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych spółka Bumech, która działa w branży maszynowej, oferując usługi dla górnictwa. Jej przypadek dowodzi, że firmy są podatne na działania dezinformacyjne oraz że dezinformację można skutecznie zainicjować bez wykorzystania kanału internetowego. Ponadto skłania do refleksji nad koniecznością wprowadzenia lepszych procedur zapobiegających dezinformacji w spółkach giełdowych, podlegających ścisłym regulacjom prawnym.

21 marca 2017 r. o godzinie 10:30 z warszawskiego urzędu pocztowego przy ul. Pereca został wysłany list polecony. List był zaadresowany do spółki Bumech, a jako nadawca wskazana była kancelaria prawna z siedzibą w Warszawie. List zawierał zawiadomienie, że w dniu 17 marca chińska firma China Coal nabyła pakiet 3 900 000 akcji Bumechu, stanowiących 5,54% ogólnej liczby głosów, w efekcie czego zwiększyła swój udział w akcjonariacie spółki do 9,77%. 22 marca 2017 r. pomiędzy godziną 11:23 a 11:44 kurs akcji Bumechu dynamicznie wzrósł z 0,81 zł do 0,91 zł. O godzinie 12:15 spółka przekazała do publicznej wiadomości za pomocą systemu ESPI raport bieżący, w którym poinformowała o otrzymaniu zawiadomienia od China Coal. Zgodnie z ustawą o ofercie publicznej inwestor, który przekroczył próg 5% ogólnej liczby głosów ma obowiązek w ciągu 5 dni powiadomić o tym o spółkę, spółka zaś ma obowiązek niezwłocznie przekazać informację o transakcji akcjonariuszom. W tym przypadku spółka sumiennie wypełniła ten obowiązek. Akcjonariusze z entuzjazmem zareagowali na wiadomość o nabyciu akcji przez chińskiego inwestora. Kurs akcji zaczął gwałtownie rosnąć. O godzinie 12:33 notowania akcji zostały automatycznie zawieszone, gdyż przeszły do fazy równoważenia rynku ze względu na przekroczenie statycznych górnych ograniczeń wahań kursu. Zawieszenie zostało utrzymane do końca sesji.

Następnego dnia rano notowania akcji zostały wznowione. Kurs dalej rósł, osiągając na otwarciu 1,50 zł. W tym samym dniu ukazał się w „Pulsie Biznesu” artykuł, z którego można się było dowiedzieć, że China Coal zwiększyło swoje zaangażowanie w akcjonariacie spółki Bumech. Z artykułu wynikało również, że prezes spółki prowadził rozmowy na temat rozwoju współpracy z pracownikiem agencji rządowej reprezentującej kilka podmiotów z branży wydobywczej, maszynowej i drogowej, ale nie rozmawiał z China Coal. Sprawa wzbudziła podejrzenie Komisji Nadzoru Finansowego. Pierwsze działania wyjaśniające KNF podjęła jeszcze przed rozpoczęciem sesji. Gdy tylko ustaliła, że mogło dojść do nieprawidłowości, powiadomiła Giełdę Papierów Wartościowych o wszczęciu postępowania administracyjnego. GPW zawiesiła notowania akcji spółki do końca sesji. Przeprowadzone śledztwo wykazało, że zawiadomienie przesłane do Bumechu zostało sfałszowane. Na sesji 17 marca nie zawarto żadnej transakcji pakietowej na akcjach spółki na rynku uregulowanym. Inwestor nie przesłał do KNF zawiadomienia o transakcji nabycia akcji, choć zgodnie z ustawą miał obowiązek to zrobić. Podpis pod zawiadomieniem nie był podpisem prezesa zarządu China Coal. Ponadto kancelaria prawna, której nazwa była podana na kopercie listu, oświadczyła, że nie uczestniczyła w przekazaniu spółce zawiadomienia.

Analiza transakcji zawartych na akcjach spółki bezpośrednio przed opublikowaniem raportu i po publikacji dowiodła, że ktoś wykorzystał poufną informację o wpłynięciu rzekomego zawiadomienia – przewidując pozytywny wpływ publikacji raportu na kurs akcji spółki, nabył je, by później sprzedać z dużym zyskiem.
Ostatecznie KNF skierowała do prokuratury dwa zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Jedno dotyczyło rozpowszechniania wprowadzających w błąd informacji, drugie wykorzystania informacji poufnej.

Spółka Bumech poniosła wizerunkową i finansową stratę. Stracili również akcjonariusze, ponieważ KNF zawiesiła na miesiąc obrót akcjami. „Spółka niezwłocznie poinformowała akcjonariuszy o nabyciu akcji przez inwestora, bo taki obowiązek nakłada na nią ustawa. Informacji zawartych w zawiadomieniu jednak nie zweryfikowała” – ocenia sprawę Piotr Biernacki, wiceprezes Zarządu Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych (SEG). „Nieprawdziwe informacje szybko się rozeszły dzięki internetowi, wpływając na decyzje akcjonariuszy. SEG już trzy lata wcześniej wskazywał, że w przyszłości może dojść do prób manipulacji z wykorzystaniem tego typu fałszywych informacji o transakcjach. Wydarzenia z marca 2017 roku pokazały, że niestety mieliśmy rację. Rekomendujemy spółkom, by starały się możliwie dokładnie sprawdzać informacje przed upublicznieniem ich w raporcie przesyłanym systemem ESPI. Jedną z naszych rekomendacji jest sprawdzanie informacji bezpośrednio u inwestora, jeśli istnieje tylko taka możliwość, a jeśli coś wydaje się podejrzane – natychmiastowy kontakt z nadzorcą” - dodaje.

Bezsilni wobec social media?

Dezinformacja wymierzona w Bumech opierała się na fake newsie wysłanym listem poleconym. Ale to internet zwiększył siłę jego oddziaływania. Obecnie wiele firm zdaje sobie sprawę z zagrożeń, jakie niosą fake newsy rozprzestrzeniające się w internecie, a zwłaszcza w mediach społecznościowych. Według najnowszego raportu opublikowanego przez firmę konsultingową Kroll na podstawie badania przeprowadzonego w 13 krajach na próbie 588 dużych przedsiębiorstw (Global Fraud and Risk Report 2019 / 2020) 84% firm obawia się nieprawdziwych pogłosek krążących na ich temat w mediach społecznościowych. I nic dziwnego, media społecznościowe odegrały rolę w przypadku 27% incydentów korporacyjnych, do których doszło w ostatnim roku.

Jedną z firm, które ucierpiały wskutek nieprawdziwych pogłosek w mediach społecznościowych był brytyjski Metro Bank. W sobotę rano 12 maja 2019 członkowie społeczności w zachodniej części Londynu odebrali na WhatsAppie krótką wiadomość, która wzywała klientów Metro Bank, by wybrali swoje środki z rachunków i depozytów w tym banku, ponieważ przeżywa on finansowe problemy, z powodu których może zostać zamknięty lub zbankrutować. Do 16:00 w kilku oddziałach banku ustawiły się kolejki spanikowanych klientów. Zdjęcie pokazujące kolejkę ludzi przed oddziałem banku pojawiło się na Twitterze.

Niepokój klientów wywołany wiadomością z WhatsAppa spowodował spadek ceny akcji banku na otwarciu poniedziałkowej sesji o 9%. Rzecznik Metro Bank zdementował pogłoskę, oświadczając, że bank jest w dobrej kondycji, a pieniądze jego klientów bezpieczne. W komentarzu nie odniósł się jednak do pytania, ile środków klienci wybrali wskutek pojawienia się nieprawdziwej informacji.
Trudno ustalić kto pierwszy opublikował wiadomość i ile osób ją widziało. WhatsApp w tym nie pomaga ze względu na pełne szyfrowanie (end-to-end), które uniemożliwia przejęcie treści przez osoby trzecie. W przeciwieństwie do Facebooka czy Twittera, WhatsApp nie pozwala zablokować treści czy też oznaczyć ją jako wprowadzającą w błąd. Skala zagrożeń związanych z tym komunikatorem jest trudna do wyobrażenia, zważywszy, że miesięcznie na świecie używa go ok. 1,5 miliarda użytkowników!

Fake newsy w social mediach mogą prowadzić do bojkotu firmy. Doświadczyła tego firma PepsiCo. Po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w 2016 r. prezes PepsiCo, Indra Nooyi, udzieliła wywiadu The New York Times, w którym nie kryła, że nie jest zwolenniczką wybranego prezydenta. Wkrótce na jednym z blogów pojawił się fałszywy cytat z tego wywiadu. Według niego Nooyi miała sugerować, by zwolennicy Trumpa „przenieśli swoje firmy gdzie indziej”. W mediach społecznościowych cytat zaczął krążyć wraz apelem, by bojkotować produkty firmy. Na skutek nie trzeba było długo czekać. W dniu ukazania się wywiadu akcje firmy na giełdzie spadły o 3,75%.

Siła fake newsów

Media społecznościowe odrywają dużą rolę w działaniach dezinformacyjnych co najdobitniej pokazały wybory prezydenckie w USA w 2016 r. Nie przypadkiem. „Media społecznościowe stają się dziś pierwszym źródłem w obiegu informacyjnym – zwraca uwagę Dominik Batorski, socjolog internetu, badacz sieci społecznych i współzałożyciel firmy Sotrender – Przyczynia się do tego coraz mniejsza rola tradycyjnych mediów w tworzeniu treści oraz ich ocenie jako istotnych. Dziś treść tworzą sami użytkownicy, a przede wszystkim odgrywają kluczową rolę w dystrybucji informacji w mediach społecznościowych. Co więcej, istotne dla nich jest to, co zobaczą na profilu swoich znajomych. Jak pokazują badania, social media są pierwszym źródłem w obiegu informacyjnym.” Analiza portalu BuzzFeed wykazała, że 20 najbardziej popularnych fake newsów użytych w amerykańskiej kampanii w 2016 r. wywołało więcej reakcji na Facebooku (8,7 mln) niż 20 najbardziej popularnych tekstów (8,3 mln).

Fake newsy przyciągają uwagę, bo zazwyczaj są napisane w sposób odwołujący się do emocji. Ich dystrybucji sprzyja brak czasu, pośpiech, automatyzm w dzieleniu się treściami ze znajomymi.

Łatwa akceptacja treści fake newsa wynika z mechanizmów psychologicznych, które wpływają na procesy poznawcze. Osoba jest podatna na wpływ innych ludzi. Dlatego udostępnia czasem treści tylko dlatego, że zrobili to jej znajomi.
Chce przynależeć do grupy i boi się odrzucenia. Dlatego akceptuje treści nawet, jeśli są sprzeczne z jej przekonaniami. Krytycznej ocenie treści nie sprzyja życie w „bańce informacyjnej”. Osoba styka się wyłącznie ze znajomymi, którzy mają podobne poglądy, w związku z czym nie ma możliwości konfrontować się z odmiennymi opiniami. Akceptację dla fałszywej treści zwiększa również emocjonalny przekaz, wywołujący strach i empatię.

Nie bez znaczenia jest stres informacyjny. Internet spowodował lawinowy przyrost informacji, których internauta nie jest w stanie dobrze zinterpretować. Nadmiar informacji wywołuje w nim w takiej sytuacji dyskomfort. Użytkownik internetu próbuje go zmniejszyć poprzez użycie minimalnej liczby zasobów poznawczych. Akceptuje prawdziwość danej informacji, bo nie chce mu się jej dokładnie sprawdzić. Podobnych mechanizmów jest więcej. Ale nie tylko psychologia pomaga w dystrybucji się fake newsów. Pomocna jest również technologia, m. in. boty i fikcyjne konta, które wysyłają treść do użytkowników.

Według szacunków amerykańskich służb w kampanii prezydenckiej w 2016 r. 200 rosyjskich kont docierało do 15 mln ludzi, wchodząc w 213 mln interakcji.

Przy takiej skali problemu potrzebne są specjalne środki. Działania podjęte Unię Europejską z jednej strony zorientowane są na obywateli – podnoszą ich świadomość i wspierają krajowe zespoły niezależnych naukowców i podmiotów weryfikujących fakty. Z drugiej strony – nakierowane są na samoregulację podmiotów na rynku medialnym – zobowiązują platformy społecznościowe m.in. do transparentności w zakresie sponsorowanych treści, do usuwania botów i fałszywych kont. A jakie środki w walce z fake newsami mogą mieć firmy? „Mamy narzędzia analityczne, które pozwalają zauważyć, że podjęto w social mediach operacje dezinformacyjne – mówi Dominik Batorski z Sotrender – Charakterystyczne sygnały wskazujące, że doszło do dezinformacji to wielość komunikatów rozsyłanych z różnych kont, duża liczba kont angażujących się w krótkim czasie, te same konta potrafią angażować się w zupełnie różne akcje.”

Problem fake newsów w firmach będzie się nasilał. W kolejnych tekstach poświęconych problemowi przedstawimy sposoby obrony przed dezinformacją.