Pieniądz będzie trudniejszy

Poziom integracji rynków bankowych jest bardzo wysoki. Dotyczy to także Polski, gdzie wszystkie dominujące banki - z wyjątkiem PKO BP - mają zagranicznych właścicieli. Nicolas Véron, analityk brukselskiego instytutu badań gospodarczych Bruegel, stwierdził (w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej"), że z tego powodu "nadzór bankowy także więc musi być ponadnarodowy". Czy rzeczywiście?

- Świat przechodzi przyspieszony kurs wiedzy o bankowości. Pojawiają się różne interpretacje. To, że spółka-matka ma kłopoty, nie znaczy, iż musi je mieć spółka-córka. Transfer pieniędzy z Polski do zagranicznej spółki-matki dla jej ratowania postawi zarząd banku w fatalnej sytuacji. Za to grozi odpowiedzialność karna. Trudno wyobrazić sobie, że ktoś o zdrowych zmysłach przeprowadzi operacje finansowe w sposób nieroztropny. Banki w Polsce są nadzorowane przez KNF.

Międzynarodowy system nadzoru to idea trudna do realizacji. To kwestia drażliwa politycznie. Trzeba mieć duże zaufanie dla zewnętrznych regulatorów, by oddawać los systemu bankowego własnego kraju pod nadzór innych państw. Może w jakimś stopniu w przyszłości będzie to następować, ale obecnie nie ma ku temu sprzyjającej atmosfery.

W sektorze ubezpieczeniowym są podejmowane próby, aby wskaźniki adekwatności kapitałowej łączyć w ramach całej grupy - co by umożliwiało transfery. Na razie to tylko projekt.

Taka dyskusja była też podejmowana, jeśli chodzi o rynek papierów wartościowych, były próby utworzenia czegoś na kształt europejskiej komisji papierów wartościowych. Ten pomysł jest dyskutowany co najmniej od kilkunastu lat. Bez rezultatów.

Co innego mechanizmy współpracy pomiędzy organami nadzorującymi - w tym kierunku to się rozwija, i dobrze.

Wolą rządów nie będzie więc dążenie, by powstał ponadnarodowy nadzór bankowy?

- Nie dojdzie do tego, nie będzie takiej woli, bo rząd byłby odpowiedzialny za efekty ponadnarodowej instytucji, nie mając żadnej kontroli środków nadzoru. Jeśli już ktoś miałby być zwolennikiem takiego rozwiązania, to międzynarodowe banki, aby mieć jeden nadzór nad całą grupą kapitałową.

Czyli nie znajdzie akceptacji teza o potrzebie stworzenia międzynarodowego nadzoru, skoro Lehman Brothers krótko przed swym bankructwem przetransferował ze swego oddziału w Wielkiej Brytanii do USA 8 mld USD? Przecież Brytyjczycy chcą się sądzić o te pieniądze.

- Cóż jednak zrobiłby centralny regulator, gdyby istniał? Nie wierzę, aby to coś zmieniło. Rządy Belgii i Holandii zareagowały bardzo szybko, ratując Fortis, by zapobiec przeniesieniu kryzysu finansowego na kryzys gospodarczy. Do takiej reakcji nie był potrzebny centralny regulator.

Panu jest najbliższe określenie, że mamy do czynienia przede wszystkim z kryzysem zaufania?

- Uważam, że dzisiejsza polityka gospodarcza rządów będzie inna niż w latach 30. Dzisiejsi liderzy, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, wiedzą, że w trudnych czasach trzeba sektorowi finansowemu pomóc, dostarczając płynności. Niekoniecznie na łatwych warunkach. Jestem przekonany, że kryzys finansowy zostanie pokonany i nie przełoży się na globalną recesję.

Zaufanie i warszawska giełda

A sytuacja na GPW? Czy nie mamy tu także do czynienia z kryzysem zaufania?

- Obalmy mit, że kryzys zaufania dotyczy warszawskiej giełdy. Trzeba dokonać rozróżnienia pomiędzy infrastrukturą i rynkiem. Gdy ktoś pyta o zaufanie do giełdy, to ludzie odpowiadają, że nie mają zaufania. Myślą jednak o giełdzie jako rynku kapitałowym. GPW jako operator rynku, instytucja infrastrukturalna i zarazem spółka prawa handlowego, jest natomiast postrzegana bardzo dobrze. W czasie ostatnich turbulencji nie zdarzyło się nic takiego, co by mogło wywołać jakiekolwiek zastrzeżenia. Transakcje są prowadzone codziennie, nie ma żadnych zawieszeń. Popatrzmy na sąsiednią, olbrzymią giełdę w Moskwie. Jest zamykana w sposób nieprzewidywalny. Została też zamknięta giełda w Bukareszcie. Nic takiego u nas się nie zdarza. GPW pracuje normalnie. Infrastruktura rynku obroniła się doskonale. Natomiast sam rynek podąża w ślad za światowymi tendencjami. Ryzyko na rynku papierów wartościowych mierzy się zmiennością stóp zwrotu - im jest większa, tym większe jest ryzyko. Zmienność wahania cen jest duża na różnych giełdowych rynkach: przez całe lata zmienność ta była większa na GPW. Gdy indeks DAX spadał o 1%, to WIG na GPW o 2 - 3%. Dzisiaj wahania na GPW są mniejsze. To pokazuje coraz większą dojrzałość polskiego rynku. Jak spada na całym świecie, to w Warszawie nie może rosnąć - cudów nie ma.

Z badań dotyczących tego, przez ile dni w roku WIG20 zmieniał się o plus/minus 1%, wynika, że są to zmiany o wiele częstsze niż podobne odchylenia Dow Jonesa w czasach Wielkiego Kryzysu, poza jednym rokiem w tym okresie.

- To tak, jakby pancernik porównywać z kutrem. Podobno jak pancernik płynie i chce zawrócić, to od podjęcia takiej decyzji płynie do przodu jeszcze przez 20 km. Wahania na bardzo dużej giełdzie są o wiele mniejsze, bo trzeba ogromnych pieniędzy, aby poruszyć indeks o 1%. Na małej giełdzie wystarczy kilku inwestorów, by wywołać takie zmiany. GPW jest jak kuter. Ze zdziwieniem stwierdzam, że w ostatnich tygodniach na warszawskim parkiecie wahania są mniejsze niż w Europie Zachodniej, choć teoretycznie powinny być większe. Wygląda na to, że właśnie nasz rynek wykazuje zdumiewającą odporność psychiczną. W ciągu ostatniego roku WIG spadł mniej więcej o tyle samo co indeks Standard&Poor's. Giełdy w Budapeszcie czy Wiedniu odnotowały większe spadki. Nasz rynek jest spokojniejszy i dojrzalszy, choć jest to mały rynek, który jednak jest płynny, co należy zapisać na plus dla GPW. To u nas inwestorzy zagraniczni znajdują płynność, jeśli chcą się wycofać z emerging markets. Popatrzmy na Moskwę: zlecenia sprzedaży trafiają w pustkę, nie ma kto kupić tych papierów. To pokazuje stan rynku, różnicę pomiędzy giełdami w Moskwie i Warszawie.

A NewConnect? Czy Pan nie obawia się, że tam handlować się będzie papierami, które szybko uznane zostaną za śmieci?

- Miałem podobne myśli, gdy powstawał NewConnect. GPW na tym nie straciła, również wizerunkowo. Na tym rynku nie było można ani zarobić, ani stracić dużych pieniędzy. Powód: małe obroty.

Rynek NewConnect startował po szczycie bessy. Inwestorzy już wiedzieli, co się święci. Bardzo szybko przekonali się, że na parkiecie nie ma płynności. Dlatego nie był to rynek dla dużych inwestorów. Gdyby start odbył się dwa lata wcześniej, na NewConnect weszłoby być może wielu inwestorów. Rynek napęczniałby jak balon i pękł, a efekty dla wizerunku GPW byłyby gorsze.

Banki i liberałowie

Czy mamy do czynienia z katastrofą myśli liberalnej?

- Nie podzielam takiej opinii. Świat wcale nie wraca do keynesizmu, wprowadzając obostrzenia regulacyjne w sektorze finansowym.

Powrócę do Wielkiego Kryzysu, ale już z innego powodu. "W 1930 roku System Rezerwy Federalnej oblał test na całej linii. Nie zrobił prawie albo po prostu nic, aby zapewnić bankom wypłacalność (...) od lipca 1929 do marca 1933 ilość pieniądza w obiegu spadła o ponad jedną trzecią. Gdyby zadbano o to, by ilość pieniądza w obiegu nie zmniejszała się (tak powinno być i tak być mogło), załamanie gospodarki trwałoby krócej i miałoby znacznie łagodniejszy przebieg". Tego nie napisał zwolennik Keynesa.

- Zapewne nie. Domyślam się, kto to napisał...