Zysk ma na imię FERRARI

Wino, sztuka, whisky, numizmatyka – pieniądze można zarobić na wiele sposobów. Od kilku lat na świecie wzrasta popularność kolejnej inwestycji alternatywnej – w samochody klasyczne. Dwucyfrowa stopa zwrotu może kusić, o ile pokonamy barierę wejścia. W Polsce to kilkadziesiąt tysięcy złotych, ale na świecie kolekcjonerskie samochody kosztują nawet kilkadziesiąt milionów euro.

Motoryzacja zawsze budzi emocje. Dla polskiego inwestora z zasobnym portfelem może być także ciekawym sposobem inwestowania, jeśli porównamy ją np. do rynku alkoholi czy sztuki. Znajomi na kolacji nie zawsze muszą rozumieć, jaki obraz wisi u nas na ścianie, ale gdy zejdzie się do garażu, od razu widać, że dwumiejscowy roadster Mercedesa z 1953 r. jest dwumiejscowym roadsterem Mercedesa z 1953 r. I wygląda fantastycznie...

Rynek pełen niespodzianek

Ile wart jest rynek samochodów klasycznych? „Ze względu na wysokie ceny pojedynczych egzemplarzy mowa jest o wielkich pieniądzach. Kolekcjonerskie samochody kosztują nawet kilkadziesiąt milionów euro. Wielu nabywców nie zdradza jednak, jaką kwotę wydało na daną inwestycję, dlatego nie można oszacować wartości tego rynku. Przykładowo, do najdroższych egzemplarzy zaliczyć można Bugatti 57S Atlantic z 1936 r. sprzedany za 30–40 mln USD (dokładna cena nie została nigdy ujawniona).

Zobacz również:

Najwięcej pasjonatów i kolekcjonerów samochodów mieszka w Stanach Zjednoczonych, we Francji, w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Kraje te mają również najbardziej rozwinięte rynki kolekcjonerskie” – wyjaśnia Krzysztof Maruszewski, prezes Stilnovisti SA, spółki, która od kilku lat doradza przy inwestycjach w samochody klasyczne.

Jak zaznacza Michał Wróbel, dyrektor zarządzający Ardor Auctions, pierwszego w Polsce domu aukcyjnego samochodów kolekcjonerskich i historycznych (wcześniej, w 2014 r., przygotował i wprowadził na rynek usługę inwestowania w samochody klasyczne dla Lion’s Banku), wycena tego rynku mija się z celem, ponieważ tu każdy miesiąc może przynieść wielką niespodziankę – kolejne spektakularne podwojenie, czy nawet potrojenie wartości konkretnego modelu auta.

Potrzebujemy jeszcze czasu

Nie jest rzadkością, że drogie auta jeżdżą sportowo, biorąc udział w rajdach historycznych. Bywa i tak, że majętni kolekcjonerzy rozbijają na rajdach auta za 2 mln euro. I nic sobie z tego nie robią, ponieważ dla nich samochód służy do tego, by czerpać przyjemność z jazdy. Resztę można naprawić...

W przypadku tego typu inwestycji nasz rodzimy rynek ma jeszcze wiele przed sobą. Jak zauważają eksperci, w Polsce inwestorów w auta klasyczne jest „bardziej kilkudziesięciu niż kilkuset”. Na taki stan rzeczy składa się kilka czynników, m.in.: młody polski kapitalizm, niewielka wiedza, cena. Zamożni Polacy, którzy chcą dobrze ulokować swoje nadwyżki finansowe, z rezerwą podchodzą do kwot przewyższających 300–400 tys. zł, gdy tymczasem za granicą w inwestycję samochodową „startuje się” od 200 do 300 tys. euro w górę. Nie ma się jednak co dziwić – wszystko, co nowe i świeże, potrzebuje czasu.

Polski inwestor nie jest gorszy od zagranicznego, po prostu nie miał wcześniej styczności z tego typu inwestycją. Temat inwestowania w samochody klasyczne tak naprawdę pojawił się nad Wisłą w 2008 r., a rozpędu nabrał jeszcze później. Teoretycznie nie jesteśmy daleko w tyle za rynkiem światowym, który został uporządkowany dopiero w 2007 r. wraz z utworzeniem pierwszego ( i obecnie najbardziej popularnego) indeksu HAGI. Jego pomysłodawcą był Dietrich Hatlapa, niemiecki bankier i kolekcjoner mieszkający w Wielkiej Brytanii. Ale dopiero po 1989 r. dołączyliśmy do gospodarek wolnorynkowych, co ma duże znaczenie chociażby w edukacji inwestycyjnej.

„Na świecie dopiero od kryzysu w latach 2008–2009 dywersyfikacja inwestycji alternatywnych ludzi z dość dużym portfelem, którzy nie byli na początku zainteresowani motoryzacją, poszła właśnie w tym kierunku motoryzacyjnym. Dopiero od tego momentu rynek inwestowania w samochody stał się dynamiczny, tym bardziej jeśli chodzi o samochody powojenne z lat 60. i 70. XX wieku” – tłumaczy Michał Wróbel.

„W Polsce dopiero od niedawna można użyć pojęcia ‘rynek samochodów kolekcjonerskich’. Jeszcze do niedawna kolekcjonowanie klasycznych aut związane było przede wszystkim z pasją, dziś coraz częściej łączy się ją również z inwestowaniem i zarobkami. Jednak na zakup samochodów na wielką skalę w Polsce musimy jeszcze trochę poczekać” – mówi Krzysztof Maruszewski. „Inwestowanie w samochody kolekcjonerskie wymaga dużych nakładów finansowych. Im wyższą kwotę zainwestuje się na rynku motoryzacyjnym, tym większe szanse na znaczny wzrost wartości zakupionego pojazdu. Nie oznacza to, że mniej cenne i bardziej powszechne samochody nie bywają dobrymi inwestycjami. Kupując tańsze modele, musimy pamiętać, że inwestycja staje się wtedy bardziej ryzykowna i mniej zyskowna. W przypadku kolekcjonowania klasycznych samochodów nie zawsze jednak zarobek stawia się na pierwszym miejscu” – dodaje.

Kto kręci rynkiem?

Ale o zarobku nie należy zapominać, ponieważ wielu inwestorów nie kieruje się pasją i realizacją marzeń, ale twardymi kalkulacjami biznesowymi. Średni zwrot z inwestycji powinien w ciągu roku wynieść od kilkunastu do 25%, czasem nawet i więcej.

Rynek samochodów klasycznych regulowany jest przez trzy prywatne indeksy. Najpopularniejszy, o którym wcześniej była mowa, to HAGI (Historic Automobile Group International). „Jego wycena opiera się na danych z ponad 100 tys. transakcji, począwszy od lat 80.” – tłumaczy Krzysztof Maruszewski. Kolejny indeks amerykańskiego ubezpieczyciela, Hagerty, stworzony został najpierw na potrzeby wewnętrzne, potem stał się dostępny dla wszystkich. Mówiąc ogólnie, indeks Hagerty dotyczy rynku amerykańskiego, ale też w dużej mierze klasyków światowych, czyli i europejskich. Opiera się na wynikach sprzedaży aukcyjnej i prywatnej oraz na danych z wewnętrznego systemu wyceniania samochodów.

Indeks Hagerty w dużej mierze bazuje na tym, jak Amerykanie odbierają swój rodzimy rynek. Stąd też wartości samochodów są zmienne w zależności od danego kraju. Na przykład samochody włoskie z lat 60. są wprost uwielbiane przez Amerykanów, dlatego na aukcjach zyskują ceny wyższe niż na aukcjach europejskich za porównywalne modele.

Trzeci indeks to K500 stworzony przez Simona Kidstona, uznawanego za jednego z najlepszych ekspertów w dziedzinie aut klasycznych.

Indeksy operują wokół transakcji wycen realizowanych przez podmioty zewnętrzne, transakcji prywatnych i publicznych realizowanych na aukcjach.

Kupuj, ale z głową

Na świecie mamy dwa podejścia do tego biznesu. Pierwsze dotyczy osób, które nie mają pojęcia o samochodach, ale chcą zainwestować, jednocześnie bojąc się użytkować pojazdów. Inne podejście mają kolekcjonerzy‑pasjonaci: jeśli nie chodzi o auto, którego wartość jest zwiększona przez fakt zachowania w stanie oryginalnym, jeżdżą swoimi inwestycjami.

Co sprawia, że dany samochód cieszy się na rynku powodzeniem? „Moim zdaniem duże znaczenie ma tu moda i zasobność portfela danego inwestora czy grupy inwestorów. Istnieje np. dość dyskretny fundusz, który skupuje z rynku wszystkie Ferrari F40, przez co ceny tego modelu idą w górę” – mówi Michał Wróbel.

Jak bardzo może ten rynek zaskoczyć graczy, obrazuje przykład modelu Ferrari Testarossa, legendy lat 80., który do niedawna nie był autem pożądanym przez kolekcjonerów, chociażby dlatego, że wyprodukowano 9 tys. egzemplarzy tego modelu, co w przypadku krótkich serii Ferrari jest ilością ogromną. I nagle po wielu latach wyceny w granicach 35–50 tys. euro za najładniejsze egzemplarze cena ostro idzie w górę, a dziś trudno dostać Testarossę za mniej niż 100 tys. euro.

Zaskakująca dynamika rynku jednych może zachęcać do podjęcia ryzyka, innych być może ostudzi. Nie należy zapominać, że portfel inwestycyjny powinien być zdywersyfikowany, by spadek wartości pięknego mercedesa nie spędzał snu z powiek. „Inwestycje alternatywne nie powinny przekroczyć 20% naszego portfela inwestycyjnego. Kupowanie samochodów kolekcjonerskich oparte jest na specyficznych prawach rynku. Tam, gdzie w grę wchodzą duże pieniądze, mamy do czynienia z wysokimi wzrostami wartości, ale także z ryzykiem, dlatego kupowanie klasycznych samochodów nie powinno być jedynym elementem inwestowania” – mówi prezes Stilnovisti.

Nie należy też zapominać, że w wielu przypadkach wartości pojazdów osiągnęły już najwyższy pułap i wchodzenie w taką inwestycję może zakończyć się niepowodzeniem. Samochody, które najbardziej przemawiają do majętnych Polaków, np. Mercedes 300 SL (Gullwing) czy Ferrari F40, od ponad roku osiągnęły wartość maksymalną i rynek obecnie „testuje” te auta, czy uda się ich wartość jeszcze zwiększyć.

„Wysoką wartość uzyskują samochody wyprodukowane w niewielkiej liczbie lub w ograniczonej serii, w tym modele prototypowe. Obiektami wartymi kolekcjonowania są też auta znanych producentów oraz modele wnoszące wkład w historię motoryzacji. Najszybciej drożeją marki, takie jak: Ferrari, Porsche, Mercedes-Benz, ale na popularności zyskują również relikty komunizmu, np. trabanty czy syrenki” – mówi Krzysztof Maruszewski.

Skoro już mowa o polskim rynku motoryzacyjnym, to, jak zauważa Michał Wróbel, porównując nasz kraj do innych demoludów, mieliśmy bardzo niskie

jakościowo auta. Znacznie łatwiej więc zagranicznemu inwestorowi, który zaczyna kupować samochody z byłego Bloku Wschodniego , znaleźć jakość w Skodzie niż w polskich autach. „Budowaliśmy samochody popularne, dla każdego. Te samochody nie były ‘plakatowymi’, nie mieliśmy produktów, które opierały się na przyjemności z jazdy” – zauważa Michał Wróbel. „Ale to nie znaczy, że polskie samochody nie są interesujące dla koleksjonera. Im dalej od lat produkcji, tym te samochody stają się rzadsze, a więc i droższe. Oczywiście, dochodzi tu też kwestia renowacji i zachowania oryginalnych części. Bardzo ładnie odbudowana warszawa ‘garbus’ z pierwszych lat produkcji obecnie już może osiągnąć cenę 45–50 tys. zł, i to jest wartość dla tego samochodu akceptowalna” – dodaje.

Raz do roku w Szwajcarii

PORTFEL SAMOCHODOWY

Przykładowy, traktowany jako poważna inwestycja portfel samochodowy dla majętnego polskiego inwestora, według Michała Wróbla, mógłby wyglądać tak:

Trzy samochody, każdy o wartości do 200 tys. zł. Pierwszy samochód jako wartość pewna, czyli np. Mercedes SL Pagoda. Drugie auto w portfelu to ciekawy pojazd niemiecki lub włoski, np. Porsche 911 z drugiej połowy lat 70. XX wieku. Trzecie auto to tak zwana gwiazda wschodząca, dla której rynek jest najbardziej dynamiczny; ma powiązania wyścigowo-rajdowe z lat 80. W tej grupie są Audi Quatro czy Renault 5 turbo, czyli samochody, które były budowane w celach homologacyjnych w tamtych latach i którymi rynek jest obecnie zainteresowany, a jego wartość na przestrzeni ostatnich 18 miesięcy rośnie bardzo szybko.

Pozostaje pytanie, co zrobić z zakupionym samochodem. Na świecie mamy dwa podejścia do tego biznesu. Pierwsze dotyczy osób, które nie mają pojęcia o samochodach, ale chcą zainwestować, jednocześnie bojąc się użytkować pojazdów. W tym przypadku motoryzacyjne inwestycje stoją w pomieszczeniach zamkniętych, dobrze ubezpieczonych hangarach.

Inne podejście mają kolekcjonerzy-pasjonaci: o ile nie jest mowa o aucie, którego wartość jest zwiększona przez fakt zachowania w stanie oryginalnym, jeżdzą swoimi inwestycjami.

Nie jest rzadkością, że drogie auta jeżdzą sportowo, biorąc udział w rajdach historycznych. Bywa i tak, że majętni kolekcjonerzy rozbijają na rajdach auta za 2 mln euro. I nic sobie z tego nie robią, ponieważ dla nich samochód służy do tego, by czerpać przyjemność z jazdy. Resztę można naprawić…

„Kupno kolekcjonerskiego auta wiąże się z jego wysokim ubezpieczeniem, a także z koniecznością jego stosownego zabezpieczenia. Nie można też z niego korzystać na co dzień, co dla niektórych stanowi spore rozczarowanie. Zabytkowe samochody są przechowywane na torach wyścigowych, np. w Szwajcarii, i tylko raz w roku można się nimi przejechać” – wyjaśnia Krzysztof Maruszewski.

WIELKA LICYTACJA

Dom Aukcyjny Ardor Auctions został stworzony w marcu 2015 r. przez fundusz private equity. To pierwszy dom aukcyjny motoryzacji klasycznej i zabytkowej. Ardor Auctions będzie celować w jedną dużą aukcję rocznie. Najbliższa zostanie zorganizowana we wrześniu 2015 r. na Stadionie Narodowym. Na licytację trafi 60 samochodów w cenie od 20 tys. zł do 1 mln euro, przy czym wartość większości aut nie powinna przekraczać 80 tys zł. Ponad 90% tych aut jest już obecnie zarejestrowana w Polsce.