Wizerunkowe fundusze

Dostęp do europejskiego rynku, a nie transfer unijnych funduszy to trwałe źródło rozwoju gospodarczego. Ze Stefanem Kawalcem, ekonomistą, prezesem Capital Strategy, współautorem książki „Paradoks euro. Jak wyjść z pułapki wspólnej waluty”, jeden z inicjatorów i sygnatariuszy Manifestu Solidarności Europejskiej, który postuluje likwidację euro oraz powrót do walut narodowych rozmawia Małgorzata Pokojska.

CEO: Jaki wpływ na rozwój gospodarczy, na tworzenie miejsc pracy i PKB mają fundusze unijne? Z lektury książki, która zaprezentowaliśmy na tych łamach, wynika, że jest Pan raczej sceptyczny, inaczej niż większość polityków i opinii publicznej w Polsce.

Fundusze europejskie mają znaczenie cywilizacyjne, poprawiają jakość życia mieszkańców, dzięki nim jeździmy po lepszych drogach. Mają także znaczenie polityczne, bo przyczyniają się do dobrego wizerunku Unii Europejskiej w Polsce. Z badań polskich ekonomistów, Wojciecha Misiąga i Grzegorza Gorzelaka, którzy analizowali wpływ funduszy na rozwój poszczególnych regionów wynika jednak, że fundusze te nie tworzą trwałych źródeł rozwoju gospodarczego.

Zobacz również:

To polska przypadłość, czy reguła odnosząca się do wszystkich beneficjentów funduszy?

Tak to działa wszędzie. Na przykład na południu Europy – w Hiszpanii czy w Portugalii – budowano swojego czasu wiele nowych dróg. I co? W 2016 roku PKB na mieszkańca był tam niższy niż w 2007 roku. Oczywiście dobra droga przydaje się, jeśli ktoś chce prowadzić w regionie działalność gospodarczą, lecz nie wystarcza, by taką działalność podjąć. Droga może posłużyć zarówno do tego, by do regionu przyjechali inwestorzy, jak i do tego, by mieszkańca wyjechali w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Wyniki polskich badań są zbieżne z obserwowanym w Europie i na świecie wpływem transferów fiskalnych, nie tylko funduszy z budżetu unijnego, na rozwój poszczególnych regionów. Południe Włoch od kilkudziesięciu lat otrzymuje transfery fiskalne, które stanowią obecnie netto 14 proc. PKB regionu, a mimo to przepaść rozwojowa między południem a północą kraju nie zmniejszyła się. W byłą NRD przez dwadzieścia lat rząd federalny pompował średniorocznie fundusze równe 25 proc. wschodnioniemieckiego PKB. Wyrównano różnice między landami wschodnimi i zachodnimi? Nie, Niemcy z landów wschodnich przenieśli się do zachodnich. Podobnie działa to poza Europą. W USA rząd federalny cały czas finansuje deficyty takich stanów, jak Alabama czy Wirginia Zachodnia na poziomie 10 proc. ich PKB, ale konkurencyjność tych stanów nie zwiększa się. Dla porównania: Polska otrzymuje netto z budżetu Unii Europejskiej w ramach polityki spójności fundusze rzędu 2-3 proc. naszego PKB.

Ale nasza gospodarka rośnie całkiem szybko. Czy to oznacza, że potrafimy lepiej wykorzystać pomoc zewnętrzną?

Nie o to chodzi.

Polska gospodarka rośnie nie dzięki funduszom unijnym, lecz dzięki dostępowi do wielkiego europejskiego rynku. Przychody z eksportu do Unii Europejskiej są kilkanaście razy większe niż transfery z unijnego budżetu.
Dzięki rozwojowi handlu z krajami Unii Europejskiej firmy inwestują, tworzone są miejsca pracy, rośnie produktywność naszej gospodarki, dochód na głowę i płace.

Ale nie wszystkie kraje członkowskie, mające taki sam dostęp do unijnego rynku, rozwijają się tak szybko jak Polska. Z czego to wynika?

Jeśli jakiś kraj lub region jest niekonkurencyjny, nie opłaca się tam inwestować i tworzyć miejsc pracy. Taki kraj lub region nie może więc dobrze się rozwijać. Rośnie bezrobocie, ludzie wyjeżdżają w poszukiwaniu pracy. Jeśli płace są zbyt wysokie w stosunku do produktywności, kraj popada w kłopoty. Gdy w 2010 roku wybuchł kryzys strefy euro, obliczono, że kraje południowej Europy, takie jak Grecja, Włochy, Portugalia i Hiszpania powinny obniżyć płace w swoich gospodarkach od 10 proc. do 30 proc. Gdyby kraje te miały własne waluty, mogłyby szybko uzyskać taką poprawę konkurencyjności poprzez osłabienie waluty krajowej. Tak stało się właśnie w Polsce, gdy nie przełomie 2008 i 2009 roku polski złoty osłabił się o około 30 proc. W efekcie płace w Polsce, choć nominalnie w złotych pozostały nie zmienione, w przeliczeniu na waluty naszych partnerów handlowych zmniejszyły się o około 30 proc. Dzięki temu nasza gospodarka utrzymała konkurencyjność i nie wpadła w recesję, która była udziałem krajów strefy euro.

Kraje południowej Europy nie mogły doprowadzić do osłabienia swoich walut, bo ich nie mają. Zalecono im politykę oszczędnościową. Czy to nie wystarczyło?

Krajom południa Europy, które utraciły konkurencyjność, a nie mogły dokonać dewaluacji własnych walut, zalecono tak zwaną dewaluację wewnętrzna, czyli po prostu politykę deflacyjną. Polega ona na osłabieniu popytu poprzez obniżenie wydatków budżetowych i podniesieniu podatków, po to, by zredukować deficyt obrotów zewnętrznych, czyli deficyt handlowy i deficyt na rachunku obrotów bieżących oraz wymusić na przedsiębiorstwach obniżki płac i cen. Jednakże płace są elastyczne w górę, a zupełnie nieelastyczne w dół. Gdy spada popyt, firmy nie są w stanie obniżyć płac nominalnych, natomiast zwalniają pracowników i obniżają produkcję. Polityka deflacyjna zalecana przez Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy okazała się nieskuteczna w przywracaniu konkurencyjności krajów, które znalazły się w kryzysie. Polityka ta pozwoliła zlikwidować lub ograniczyć deficyty obrotów zewnętrznych, ale nastąpiło to kosztem ogromnego spadku PKB i wzrostu bezrobocia. W 2016 roku wszystkie wymienione kraje południa strefy euro miały realny poziom PKB niższy niż w 2007 roku, czyli w ostatnim roku przed kryzysem. Natomiast w Polsce w latach 2007-2016 PKB wzrósł o 32 proc.

Transfery finansowe z zewnątrz nie pomogły krajom strefy euro pogrążonym w kryzysie?

Jednym z paradoksów jest to, że

zewnętrzne wsparcie finansowe nie może skutecznie pomóc krajowi, który dąży do odzyskania międzynarodowej konkurencyjności stosując politykę wewnętrznej dewaluacji. Istotą tej polityki jest obniżenie popytu, co ma wymusić obniżki płac. Tymczasem transfery napływające z zewnątrz zwiększają popyt, przyczyniając się do wzrostu płac i cen, przez co utrudniają odzyskanie konkurencyjności.
Próba podniesienia konkurencyjności niekonkurencyjnego regionu czy kraju w ramach jednego obszaru walutowego poprzez transfery fiskalne jest więc wewnętrznie sprzeczna.

Niektórzy uważają, że problemy biorą się stąd, iż konstrukcja strefy euro jest niekompletna, bo unii walutowej nie towarzyszy unia polityczna i fiskalna. Chodzi o stworzenie jednego budżetu strefy oraz wspólnej emisji długu publicznego. Czy takie dopełnienie strefy euro rozwiązywałoby problem konkurencyjności?

Wspólny budżet strefy euro nie dostarczy instrumentów, które mogłyby zrekompensować brak walut narodowych i poprawić konkurencyjność krajów, które mają z tym problemy. Unia fiskalna może co najwyżej umożliwić zbieranie środków na permanentne finansowanie deficytów tworzonych przez niekonkurencyjne kraje i regiony.

A zatem o szansach rozwojowych decyduje konkurencyjność i dostęp do rynków zbytu, dlatego ważne jest członkostwo w Unii Europejskiej, a mniej ważne są unijne pieniądze, które do gospodarki napływają?

Tak jest. We wspomnianej tu książce wraz z Ernestem Pytlarczykiem, który jest jej współautorem, omawiamy doświadczenia II Rzeczpospolitej, które powinny służyć jako memento. Mimo osiągnięć gospodarczych, którymi wszyscy się szczycimy, takich jak reforma walutowa premiera Władysława Grabskiego oraz budowa Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego pod przewodnictwem wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego, dwudziestolecie międzywojenne nie było okresem pomyślnego rozwoju gospodarczego. Wręcz przeciwnie. W 1938 roku, czyli w ostatnim pełnym roku przez wybuchem II wojny światowej, produkcja przemysłowa na głowę mieszkańca Polski była o około 10 proc. niższa niż na tym samym obszarze w 1913 r., czyli ostatnim roku przed I wojną światową.

Dlaczego tak się stało?

Wymieniamy dwa kluczowe, jak się wydaje, powody niepowodzenia gospodarczego II Rzeczpospolitej. Pierwszy to utrata rynków zbytu. Przed I wojną światową na ziemiach polskich pod zaborami rosyjskim i niemieckim rozwinął się przemysł produkujący na ogromne rynki tych krajów zaborczych. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości przemysł ten został od tych rynków odcięty, gdyż w okresie międzywojennym handel z komunistyczną Rosją był drastycznie ograniczony, a z Niemcami trwała wieloletnia wojna celna. To doświadczenie traktujemy jako przestrogę przez skutkami, jakie dla polskiej gospodarki może mieć dezintegracja rynku Unii Europejskiej lub utrata przez Polskę nieskrępowanego dostępu do tego rynku. Drugi czynnik to długotrwałe utrzymywanie przewartościowanego parytetu złotego i ograniczania deficytu handlowego przez politykę deflacyjną, czyli tłumienie popytu wewnętrznego, co hamowało aktywność gospodarki. To doświadczenie z kolei traktujemy jako ostrzeżenie przed sytuacją, w której Polska byłaby zmuszona do długotrwałego prowadzenia polityki deflacyjnej. A sytuacja taka mogłaby powstać, gdyby Polska weszła do strefy euro.

Skoro euro rodzi tyle problemów, skoro kraje, które nie mają walut narodowych nie mogą w prosty sposób odzyskać konkurencyjności, skąd biorą się naciski, by Polska wprowadziła europejską walutę? Komu na tym zależy i dlaczego?

Z ekonomicznego punktu widzenia w niczyim interesie nie leży, by Polska przystąpiła do strefy euro. Te naciski biorą się z pobudek politycznych i z tego, że politycy nie rozumieją ekonomii.

Jak to?

Politycy chcieliby móc powiedzieć: patrzcie, kryzys strefy euro skończył się, nawet Polska zdecydowała się wejść do eurolandu.

Niektórzy uważają, że najbardziej na wprowadzeniu w Polsce euro zależy Niemcom, którzy są naszym największym partnerem handlowym. Co Pan na to?

Rozpowszechniony jest pogląd, że poprawa konkurencyjności poprzez dostosowanie kursu walutowego jest z natury szkodliwa dla handlowych partnerów. To nieporozumienie wynikające z faktu, że gdy mówimy o konkurencyjności międzynarodowej, to uwaga koncentruje się na jej wpływie na wolumen eksportu i importu oraz na kształtowanie się salda obrotów zagranicznych. Tymczasem najważniejszym skutkiem braku konkurencyjności jest niemożność wykorzystania potencjału wewnętrznego gospodarki, gdyż kraj w takiej sytuacji musi tłumić popyt wewnętrzny, by utrzymać akceptowalny poziom salda obrotów zagranicznych. Ponieważ popyt wewnętrzny stanowi zwykle dziewięćdziesiąt kilka procent PKB, a wartość bezwzględna eksportu netto kilka procent PKB, skutki braku konkurencyjności polegające na ograniczaniu popytu, mogą być wielokrotnie większe niż możliwe skutki wynikające ze zmian salda obrotów zagranicznych.

Efektem poprawy konkurencyjności w wyniku dostosowania kursowego nie musi być wcale powstanie nadwyżki handlowej kosztem partnerów. Odzyskanie konkurencyjności może natomiast pozwolić krajowi na pełne wykorzystanie popytu krajowego przy zachowaniu niepogorszonego salda obrotów zagranicznych. Taka sytuacja jest dla partnerów handlowych wręcz korzystna
. Ich saldo handlowe z takim krajem nie pogarsza się, a obroty rosną. Relacje między Polską i Niemcami dobrze to ilustrują. Elastyczny kurs złotego chroni konkurencyjność naszej gospodarki i pozwala jej w pełni wykorzystać potencjał popytu wewnętrznego przy zrównoważonym saldzie obrotów zagranicznych. Polska gospodarka jest więc konkurencyjna, a niemieckie firmy mogą obniżać koszty, lokując w naszym kraju produkcję wielu komponentów. Jednocześnie silny popyt wewnętrzny sprawia, że Polska jest chłonnym odbiorcą niemieckiego importu. Obroty między Polską i Niemcami rosną z obopólną korzyścią. W naszej książce przytaczamy dane wskazujące, że w okresie 16 lat istnienia strefy euro udział krajów tej strefy w obrotach Niemiec obniżył się o jedną piąta, a udział Polski wzrósł dwukrotnie. Gdyby Polska z powodu utraty konkurencyjności musiała ograniczać popyt wewnętrzny, Niemcy musieliby zmniejszyć swój eksport. Nikomu by to korzyści nie przyniosło. Tak jak obecnie nikomu nie przynosi korzyści to, że południowe kraje strefy euro są niekonkurencyjne i nie wykorzystują w pełni swojego potencjału wewnętrznego. Gdyby mogły zwiększyć popyt wewnętrzny, zmniejszyć bezrobocie, zwiększyć obroty handlowe, zarówno eksport, jak i import, zyskaliby na tym wszyscy.

Jest pan jednym z inicjatorów i sygnatariuszem Manifestu Solidarności Europejskiej, która postuluje likwidację euro i powrót do walut narodowych. W jakich okolicznościach powstał ten projekt i jakie są szanse, że przebije się do głównego nurtu dyskusji?

Manifest został ogłoszony w Brukseli w styczniu 2013 r. Jego sygnatariuszami jest 19 ekonomistów i intelektualistów z 11 krajów Unii Europejskiej, a wśród nich Hans-Olaf Henkel, były szef niemieckiego federalnego związku przemysłowców BDI, a także Frits Bolkenstein z Holandii, były komisarz Unii Europejskiej ds. rynku. Sygnatariusze manifestu uważają, że strefa euro stała się zagrożeniem dla projektu europejskiego. Postulują, by dla uratowania Unii Europejskiej i wspólnego rynku dokonać kontrolowanego rozwiązania strefy euro, co stworzy warunki do wykorzystania potencjału rozwojowego wszystkich krajów członkowskich. Powinno się to odbyć etapowo, przy czym jako pierwsze strefę powinny opuścić kraje o najwyższej konkurencyjności, takie jak Niemcy, a kraje najmniej konkurencyjne powinny zrobić to jako ostatnie. Tym samym zmniejszy się ryzyko paniki i załamania systemu bankowego na południu obecnej strefy euro, do czego doszłoby, gdyby kraje te miały opuścić strefę, zanim zrobią to kraje bardziej konkurencyjne.

Wraz z rozwiązaniem strefy euro potrzebne będzie wprowadzenie nowego mechanizmu koordynacji walutowej, by zapobiec wojnom walutowym i nadmiernym wahaniom kursów. Nie obejdzie się także bez redukcji długów niektórych krajów.
Skala tej redukcji i jej koszty dla wierzycieli będą jednak niższe niż byłyby, gdyby kraje te pozostały w dotychczasowej strefie euro, a ich gospodarki nie wykorzystywały swojego potencjału, działając w warunkach wysokiego bezrobocia. W naszej książce wraz z Ernestem Pytlarczykiem przedstawiamy scenariusz kontrolowanego rozwiązania strefy euro, który jest przykładem konkretyzacji koncepcji zarysowanej w manifeście. Piszemy, że jeśli nie przeprowadzą tego proeuropejscy i prorynkowi liderzy europejscy, to strefę euro rozwiążą najprawdopodobniej ich antyeuropejscy i antyrynkowi następcy, którzy przy okazji zniszczą Unię i wspólny rynek.

Dziękuję za rozmowę.