Warszawskie Orły u krakowskiego lidera

Trzon zespołu nowego Centrum Badawczo-Rozwojowego ComArchu stanowi zespół Orłów Warszawy - studentów UW, którzy w marcu br. pod opieką prof. Krzysztofa Diksa i prof. Jana Madeya sięgnęli po tytuł mistrzów świata w programowaniu zespołowym.

Trzon zespołu nowego Centrum Badawczo-Rozwojowego ComArchu stanowi zespół Orłów Warszawy - studentów UW, którzy w marcu br. pod opieką prof. Krzysztofa Diksa i prof. Jana Madeya sięgnęli po tytuł mistrzów świata w programowaniu zespołowym.

Jeśli ktoś zastanawiał się nad przyszłością mistrzów, to zapewne gotów był postawić wiele, że w poszukiwaniu pracy wyjadą za granicę. Tym bardziej że największe firmy informatyczne świata, które sponsorują mistrzostwa, jasno i poważnie deklarowały chęć ich zatrudnienia. Tymczasem mistrzowie świata w programowaniu zespołowym chcą podbić rynek oprogramowania, tworząc własną architekturę serwerową w centrum R&D krakowskiego ComArchu.

Zobacz również:

Dlaczego Polska, dlaczego ComArch

Tymczasem dość nieoczekiwanie dotarła do nas wiadomość, że wszyscy mistrzowie oraz grupa najlepszych studentów informatyki z UW znajdą pracę w nowym centrum R&D krakowskiej spółki. W jaki sposób do tego doszło? "Najlepiej wyjaśnić wszystko od początku" - mówi Andrzej Gąsienica-Samek, dyrektor centrum, członek zespołu Orłów. Najzdolniejsi ludzie startują w olimpiadach informatycznych w gimnazjach i liceach. Ich laureaci trafiają - w większości - na Uniwersytet Warszawski na matematykę, informatykę. "Potem, jeżeli powstaje takie centrum, to na Uniwersytecie wystarczy dać sygnał: jest robota dla najlepszych" - śmieje się Andrzej Gąsienica-Samek. Dobór jest więc niejako naturalny i ściśle podyktowany wynikami na studiach. "W efekcie powstaje zespół najlepszych ludzi w Polsce, a także jeden z najsilniejszych zespołów na świecie. W Stanach się takie rzeczy nie zdarzają, żeby do jednej grupy trafiali najlepsi młodzi informatycy w kraju. Tam człowiek po skończeniu uczelni ma tyle możliwości dobrej pracy, że nie zastanawia się nad koncepcją uczestnictwa w podobnym zespole, jaki my tutaj tworzymy" - zauważa.

Andrzej Gąsienica-Samek, dyrektor Centrum Badawczo-Rozwojowego ComArchu, członek zespołu Orłów

Andrzej Gąsienica-Samek, dyrektor Centrum Badawczo-Rozwojowego ComArchu, członek zespołu Orłów

Jak zatem doszło do współpracy z ComArchem? "Tak naprawdę do zwycięstwa Orłów w mistrzostwach świata byłem święcie przekonany, że wkrótce wyjadę do pracy za granicę. Ale potem przyszła chwila zastanowienia: dlaczego wyjeżdżać, nie próbując wcześniej choćby spróbować w kraju? Dlaczego powielać schemat, że w Polsce nic się nie da i trzeba wyjechać, żeby coś osiągnąć? Dlaczego nie sprawdzić, czy nie ma zainteresowania zrobieniem centrum dla dużego, silnego zespołu informatycznego stawiającego sobie ambitne cele?" - wspomina swoje wahania Andrzej Gąsienica-Samek. Z pomocą Antoniego Bielewicza z Computerworld, mistrzowie zrobili "rundkę po firmach". Od początku była mowa o robieniu dużych rzeczy i o całym zespole. Szukali firmy, która skłonna byłaby zainwestować w zespół informatyków, ale nie piszących konkretne rozwiązania dla klientów, ale do pisania oprogramowania narzędziowego. A więc tego, czego w Polsce się nie robi, a na czym duże pieniądze zarabiają ci najwięksi, jak Microsoft, Borland, IBM. Właśnie w ComArchu, jak mówią, spotkali się z pełnym zrozumieniem. "Mieli dokładnie taką wizję jak my - stworzenia czegoś dużego, bez samoograniczenia się. Skoro dorobili się firmy, która tworzy własne systemy, robi integracje itd., to chcą teraz zrobić coś większego" - mówi. Być może wynika to także z akademickich korzeni firmy, widać też, że firma "stoi" cały czas na młodych, ambitnych pracownikach.

Według szefa nowego centrum ComArchu, porównując firmy IT, np. polskie i amerykańskie - można zauważyć, że w firmie polskiej ludzie próbują zwykle zrobić coś własnego. Natomiast w Stanach określają cel, dobierają technologie, zatrudniają potem specjalistów od określonej technologii. I nie są w stanie przeskoczyć ograniczeń wybranej technologii. Są bardzo nastawieni są na wykorzystywanie istniejących narzędzi, a nie radzenie sobie z rzeczywistym problemem. Polacy wręcz przeciwnie.

Cele mają być największe

Część pracy centrum badawczego stanowią małe projekty. Pierwszy wynika z kontynuacji współpracy członków zespołu z Collabo, firmą japońsko-amerykańską, jest to rozwiązanie do pracy grupowej. "Cały czas będziemy też robili rzeczy dla ComArchu, np. dla grupy telekomunikacyjnej mamy dostarczyć rozwiązania, które pomogą podnieść wydajność systemów bazodanowych. Przygotowujemy się też do budowy platformy do tworzenia oprogramowania dla małych i średnich firm" - opowiada Andrzej Gąsienica-Samek.

"Ale tak naprawdę naszym celem jest nowa architektura serwerowa, która będzie wydajniejsza i lepiej będzie komunikowała się z innymi architekturami. A po drodze do tego celu chcemy robić rzeczy, które będą do natychmiastowego wykorzystania. To ma dla nas głęboki sens o tyle, że kiedy już przedstawimy w przyszłości własną architekturę serwerową, to rynek będzie nas znał i prędzej nam zaufa" - wyjaśnia Andrzej Gąsienica-Samek.

Gra zespołowa

W czasie zawodów w programowaniu zespołowym pokrótce sprawa wyglądała tak: troje ludzi, 5 godzin, 8 zadań. Każde zadanie polega na napisaniu 100 - 200 linii kodu programu, który czyta zbiór z danymi, dokonuje operacji i zapisuje wynik do nowego pliku. "Szukaliśmy metody podziału pracy, np. jeden z nas tylko kodował, a dwóch myślało nad rozwiązaniami. Ale na mistrzostwach Polski w 2001 r. jako I zespół Uniwersytetu Warszawskiego zajęliśmy drugie miejsce, za II zespołem UW. Przez cały następny rok trenowaliśmy, testowaliśmy różne "ustawienia", ale za rok, na następnych mistrzostwach - znowu drugie miejsce. Wtedy doszło do nas, że coś jest nie tak. Zaczęliśmy dzielić zestawy zadań na trzy; każdy odpowiadał za określone zadania w całości - a ten, kto na treningu zrobił ich najmniej - fundował obiad. To oczywiście brzmi anegdotycznie, ale właśnie taka forma pracy - przy wewnętrznej konkurencji - sprawdziła się w następnych kampaniach. Aż po marcowe mistrzostwa świata" - opowiada Andrzej Gąsienica-Samek. W dużej mierze doświadczenia z tamtej pracy i wypracowane metody przechodzą do zawodowej pracy mistrzów. Przed ComArchem pracowali w "garażu" dla Collabo w cztery osoby, z zachowaniem pełnej komunikacji i podziałem w realizacji konkretów - w taki sam sposób. Pod koniec wakacji okazało się, że średnio na dzień wyszło 150 linii kodu na osobę. Rozwiązanie funkcjonalnie odpowiadało czterokrotnie większemu programowi napisanemu przez Amerykanów, a działało o niebo lepiej. Zespół testerów nie miał żadnych zastrzeżeń.

Zespół w pierwszej fazie rozwoju centrum R&D liczyć ma 10 osób.

Ci ludzie nie przyszli na zasadzie "szukam pracy i biorę, jak leci; chciałbym zarabiać trzy tysiące złotych". To są ludzie zdeterminowani do robienia najpoważniejszych rzeczy i dlatego pojawili się tu, odrzucając inne propozycje.

Nadal jednak otwarta pozostaje kwestia hierarchii w rosnącym w przyszłości zespole. "Przyszedłem do ComArchu, aby stworzyć centrum R&D, które stanie się znaczącą częścią firmy. W miarę rozwoju będę potrzebował kierowników projektów. Centrum badawczo-rozwojowe ma jednak swoją specyfikę. Każdy informatyk z centrum wykonuje pracę koncepcyjną, a jako programista jest wart tyle co 4-5 osobowy zespół. Warunkiem jest jednak sprecyzowana wizja i bardzo dobre zarządzanie. Menedżer kilkuosobowego zespołu musi więc panować technicznie nad całym projektem, a to wymaga ogromnej wiedzy teoretycznej i praktycznej. Dlatego sądzę, że kierownicy zespołów będą musieli pochodzić z centrum. Na szczęście już na obecnym etapie widać, że mam pracowników, którzy będą w stanie podjąć takie wyzwanie" - podsumowuje Andrzej Gąsienica-Samek.