W stronę cyfrowej ekologii

Dane to jeden z filarów cyfrowej gospodarki. Czy jednak sposób, w jaki z nich dziś korzystamy, stanowi gwarancję zrównoważonego rozwoju? Wiele wskazuje na to, że jest wręcz odwrotnie.

FOTO

Gratisography

10 kwietnia 2018 r. Mark Zuckerberg po raz pierwszy zeznawał przed Kongresem Stanów Zjednoczonych. Do tej pory twórcy największego serwisu społecznościowego na świecie udawało się uniknąć publicznego przesłuchania. Jednak afera Cambridge Analytica, dotycząca nielegalnego pozyskania danych o 87 mln użytkowników Facebooka na potrzeby kampanii politycznych, wywołała globalną burzę. Notowania serwisu na amerykańskiej giełdzie spadły o kilka procent. Światowe media prześcigały się w doniesieniach i komentarzach. Tysiące osób, zachęconych przykładem znanych marek i celebrytów, ostentacyjnie usuwało swoje konta z Facebooka, zaś do amerykańskich sądów wpłynęły pozwy przeciwko firmie Zuckerberga. To jednak nie pierwszy skandal z nią związany, a z pewnością nie najpoważniejsza afera z danymi w roli głównej. Skąd zatem tak wielkie poruszenie?

Niebagatelną rolę odgrywa tu zapewne koniunktura: zaledwie kilka miesięcy wcześniej świat obiegła informacja o wycieku danych ponad 145 mln Amerykanów z baz agencji kredytowej Equifax.

Niektórzy spekulują też, że za podgrzewanie atmosfery wokół Facebooka odpowiadają tradycyjne media, które mszczą się w ten sposób za niekorzystne dla siebie zmiany w polityce reklamowej serwisu.
Afera Cambridge Analytica ma również wyraźne tło polityczne. Czyżby świat zrozumiał niebezpieczeństwo mikrotargetowania dopiero na przykładzie wzbudzającego skrajne emocje Donalda Trumpa? Być może. Nie należy jednak zapominać, że to jego poprzednik na fotelu prezydenta został obwołany mistrzem wykorzystania mediów społecznościowych w kampaniach wyborczych z 2008 i 2012 r.

Zobacz również:

  • KGHM: IT ma znaczenie

W istocie dzisiejszy skandal wokół Facebooka nie ujawnia niczego nowego o mechanizmach wykorzystywania danych w cyfrowym świecie. Zdaniem wielu ekspertów od marketingu problem tkwi w nielegalnym pozyskaniu informacji o użytkownikach, natomiast samo targetowanie nie budzi zastrzeżeń, ponieważ jest w tej branży oczywistością. Przyznaje to choćby Betsy Hoover, odpowiedzialna za kampanię online Obamy sprzed sześciu lat. Zdaniem innego specjalisty od marketingu cyfrowego, Adama Helfgotta, najważniejszą lekcją płynącąz afery Cambridge Analytica nie jest obnażenie tajników personalizacji komunikatów w sieci, lecz dobitne uświadomienie opinii publicznej skali takiego działania i jego możliwych skutków. Aby zatem zrozumieć istotę problemu, wypada wyjść poza bieżące uwarunkowania i na całą sprawę spojrzeć z szerszej perspektywy.

Darmowe obiady nie istnieją

W wydanej w 2015 r. książce „Data and Goliath. The Hidden Battles to Collect Your Data and Control Your World” Bruce Schneier, amerykański kryptograf i ekspert od cyberbezpieczeństwa, rekonstruuje technologiczny, społeczny oraz polityczny kontekst wykorzystywania danych w erze cyfrowej. Punktem wyjścia swoich analiz czyni Schneier wykładniczy rozwój technologii komputerowych. Niespotykany wcześniej postęp w tej dziedzinie sprawia, że zaawansowane urządzenia cyfrowe przenikają do wszystkich obszarów ludzkiego życia, stając się zarazem niemal przeźroczyste dla użytkowników. Za prędkim adaptowaniem nowych technologii przez konsumentów nie nadąża jednak prawo: globalna transformacja cyfrowa w dużej mierze odbywa się poza kontrolą instytucji państwowych. Schneier przywołuje opinię Rebekki MacKinnon, amerykańskiej działaczki na rzecz wolności w internecie, która twierdzi, że obecna umowa społeczna z tzw. cyfrowymi suwerenami znajduje się na prymitywnym, przeddemokratycznym poziomie. Pozbawiony regulacji świat zaawansowanych technologii grozi społeczeństwu regresem swobód obywatelskich. Wychwalając osiągnięcia cyfrowej rewolucji, pozostajemy nazbyt często ślepi na koszty, które ponosimy jako jednostki i wspólnoty. W efekcie zamiast relacji czysto handlowej wchodzimy z dostawcami cyfrowych usług czy produktów w relacje feudalnej zależności.

Spora część społeczeństwa przyjmuje jednak bezkrytyczną postawę wobec nowoczesnych technologii. Ma to swoje źródło w aksjomacie darmowości, który znajduje się u podstaw kultury internetu. Pierwotny ideał swobodnego dostępu i komunikacji bez ograniczeń, który przyświecał twórcom sieci przed trzema dekadami, objął dziś niemal wszystkie obszary cyfrowego świata. Jako konsumenci przywykliśmy do darmowych treści online i niechętnie godzimy się na płacenie za dostęp. Zdaniem Schneiera

w ten sposób narodził się dominujący współcześnie w sieci model biznesowy: bezpłatna treść w zamian za dane o użytkowniku. Problem w tym, że w rzeczywistości w tej wymianie nie ma równowagi.
Informacje na temat użytkowników to cenne zasoby i firmy działające w branży cyfrowej od dawna rozumieją, że dzisiejszy układ jest dla nich bardziej korzystny niż tradycyjny: oparty na płatnościach, ale ograniczający informacje na temat konsumentów.

Przed pięćdziesięcioma laty Milton Friedman przekonywał, że nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady. W dobie mediów społecznościowych słowa te tylko zyskały na aktualności. Niestety, wiele wskazuje na to, że większość użytkowników nie zdaje sobie sprawy, jaką rolę faktycznie odgrywa w cyfrowym ekosystemie.

Skoro nie płacisz, jesteś produktem

Konsekwencje rozpowszechnienia opisanego modelu biznesowego są poważniejsze, niż może się wydawać konsumentom zadowolonym z postępu cyfrowych technologii. Godząc się na niemal nieograniczone gromadzenie informacji o swojej aktywności online, użytkownicy wielu cyfrowych narzędzi przestali być de facto klientami, stali się zaś nieświadomym produktem, którym handluje się na masową skalę i za wielkie pieniądze.

W rezultacie, przekonuje Schneier, jesteśmy świadkami postępującej erozji prywatności, która przez dziesięciolecie była podstawą ładu demokratycznego. Mimo że wciąż wydaje nam się, że przebywając online, pozostajemy anonimowi lub kontaktujemy się wyłącznie z wybranym przez siebie gronem znajomych, jest to tylko złudzenie. W rzeczywistości każda nasza aktywność pozostawia po sobie ślad, który choć sam w sobie może być mało istotny, to nabiera znaczenia, gdy staje się częścią większego zbioru danych. W ten sposób firmy gromadzące informacje o internautach często wiedzą o nas więcej, niż sami pamiętamy bądź chcielibyśmy pamiętać.

Bruce Schneier, FOTO: WIKIMEDIA

Bruce Schneier, FOTO: WIKIMEDIA

Ta wymuszona transparentność nie wszystkim się podoba, jednak kluczowi gracze na rynku nowych technologii usilnie przekonują, że mamy wybór tylko pomiędzy całkowitą jawnością a rezygnacją z dobrodziejstw cywilizacji cyfrowej. Taka argumentacja jest zdaniem Schneiera nieuczciwa: po pierwsze, sugeruje ona, że dla dzisiejszego modelu śledzenia nie ma żadnej alternatywy, co jest nieprawdą; po drugie, przyczynia się do dalszej dewaluacji prywatności oraz innych wartości demokratycznych.

Twierdzenie, że jeśli nie robisz nic złego, nie powinieneś mieć nic do ukrycia, podważa możliwość wyboru tego, co na swój temat chcemy przekazać światu. W takiej sytuacji wolność przestaje istnieć.

Dla podmiotów komercyjnych dane to przede wszystkim paliwo zasilające działania marketingowe i sprzedażowe, umożliwiające lepsze profilowanie klientów, a dzięki temu docieranie do nich z bardziej dopasowanymi ofertami. Dlatego tak ważnym obszarem w komercyjnym zastosowaniu wielkich zbiorów danych jest rozwój zautomatyzowanych technologii analitycznych, takich jak uczenie maszynowe. Wykorzystywanie dużych zbiorów danych do usprawnienia algorytmów używanych w celach komercyjnych budzi uzasadnione podejrzenia, że korzyści osób udostępniających swoje dane w zamian za określone usługi czy treści są nieporównanie mniejsze od korzyści prywatnych firm, które gromadzą te informacje. Co więcej, dążenie do posiadania dostępu do jak największego zbioru danych skutkuje też powstawaniem monopoli w rodzaju Google’a czy Facebooka, których celem jest zdominowanie rynku i wyeliminowanie konkurencji. Świadczy o tym dobitnie reakcja Marka Zuckerberga, który zapytany w amerykańskim Senacie, czy obecnie istnieje jakaś platforma alternatywna dla jego serwisu, miał problem z udzieleniem odpowiedzi.

Podsłuchać wszystkich

Obiektem krytyki Schneiera nie są jednak wyłącznie korporacje działające w cyfrowym biznesie. W erze komercyjnej inwigilacji przedsiębiorstwa prywatne znajdują sojuszników w agendach rządowych, które ochoczo korzystają z większej dostępności informacji na temat obywateli, by coraz ściślej kontrolować społeczeństwo. Sojusz polityki i biznesu ma tu zresztą dwa oblicza: oprócz wykorzystywania nowoczesnych środków masowej inwigilacji na potrzeby służb wywiadowczych politycy sięgają także chętnie po sprawdzone narzędzia marketingu cyfrowego, by skuteczniej prowadzić kampanie wyborcze. Cele obu światów są właściwie wspólne: zgromadzić jak najwięcej danych na temat populacji.

W powstałym w 1973 r. filmie „Dzień Szakala” inspektor policji Lebel podejrzewa, że w ministerialnym zespole powołanym do odnalezienia groźnego terrorysty znajduje się szpicel. Aby go zidentyfikować, Lebel decyduje się skorzystać z podsłuchu. Gdy kret zostaje w końcu rozpoznany, minister pyta inspektora, skąd wiedział, komu założyć podsłuch. W odpowiedzi słyszy: „Nie wiedziałem, podsłuchiwałem wszystkich”. Ambiwalentny moralnie czyn Lebela znalazł usprawiedliwienie w swojej skuteczności. Co więcej, grono podejrzanych było ściśle ograniczone do kilkunastu osób. Tymczasem w dzisiejszym świecie podobne działania są podejmowane na masową skalę, o czym wiemy głównie dzięki rewelacjom Edwarda Snowdena. Krytyka Schneiera tego modelu działania jest wsparta argumentacją, przede wszystkim jednak wskazuje na nieskuteczność masowej inwigilacji.

Wbrew obiegowym opiniom przetwarzanie danych na temat całej populacji nie zwiększa szans wykrycia terrorystów. Argument przeciw takim praktykom jest czysto techniczny: „można nieco poprawić sygnał, ale dodaje się zarazem znacznie więcej szumu”.
Jego zdaniem jedyna skuteczna, a przy tym usprawiedliwiona inwigilacja dotyczy ściśle określonych grup zidentyfikowanych jako podejrzane – zgodnie ze sprawdzoną przed 40 laty „analogową” metodą inspektora Lebela.

Jednak współczesne społeczeństwa dają rządzącym milczące przyzwolenie na coraz powszechniejszą inwigilację. Źródłem takiej postawy jest, zdaniem Schneiera, instrumentalnie wykorzystywany przez polityków strach przed terroryzmem. Ludzie pragną bezpieczeństwa, co jest zupełnie zrozumiałe. Jednak pragnienie posiadania pewności i wykluczenia wszelkiego ryzyka jest nie tylko niemożliwe do spełnienia, lecz wywiera także destrukcyjny wpływ na życie wspólnot, które mogą normalnie działać tylko wtedy, gdy oprócz kontroli mają zapewniony spory margines swobody. Bez niego możemy prędko znaleźć się w sytuacji nie do wytrzymania, każdy z nas będzie bowiem potencjalnym podejrzanym.

Zaprogramowane niebezpieczeństwo

Innym negatywnym efektem powszechnej inwigilacji jest zdaniem Schneiera celowe narażanie systemów informatycznych na niebezpieczeństwa. W trosce o łatwiejszy dostęp do informacji agencje wywiadowcze (Schneier ma tu na myśli przede wszystkim amerykańską NSA) nie informują o wykrytych przez siebie błędach w powszechnie dostępnym oprogramowaniu, jak również wywierają na producentów sprzętu IT naciski, by ci zostawiali w swoich produktach backdoory (tylne furtki) umożliwiające w razie potrzeby łatwe szpiegowanie. Oprócz tego agencje bezpieczeństwa podejmują także działaniami ukierunkowane na sabotowanie mechanizmów szyfrujących.

Zdaniem Schneiera takie postępowanie ma bardzo negatywne skutki: po pierwsze, zamiast dbać o bezpieczeństwo obywateli, agencje rządowe zwiększają podatność powszechnie używanych systemów na atak.

Z furtek i błędów w oprogramowaniu korzystają przecież nie tylko instytucje odpowiadające za narodowe bezpieczeństwo, ale także służby innych – często wrogich – państw, przestępcy i terroryści.
Po drugie, na takim sabotażu traci państwo, które na arenie międzynarodowej staje się mało wiarygodnym partnerem. Po trzecie, przegrywa również narodowy biznes – produkty, o których wiadomo, że celowo nie są optymalnie zabezpieczone, wpływają na obniżenie konkurencyjności gospodarki danego kraju. Po czwarte, tracą na tym całe społeczeństwa, ponieważ ich aktywność w sieci jest narażona na wiele niebezpieczeństw, których można by uniknąć. Po piąte wreszcie, może to wpływać negatywnie na międzynarodowy status internetu, skutkując działaniami lokalnych rządów ograniczającymi otwartość w tym zakresie.

Dane – surowiec czy odpad?

Słyszeliśmy po wielokroć, że w erze Big Data dane są najważniejszym surowcem nowoczesnej gospodarki. To stwierdzenie uprzywilejowuje jednak biznesowy punkt widzenia. W swojej książce Schneier przyjmuje inną optykę – bardziej techniczną, ale też nacechowaną większą troską o społeczeństwo. Jego zdaniem dane to nie nowa ropa naftowa, lecz odpady, zanieczyszczenia – produkt uboczny nieustannej pracy miliardów komputerów i urządzeń elektronicznych. Porównania bywają ryzykowne i, traktowane zbyt dosłownie, lubią prowadzić na manowce. Jednak w tym wypadku różnica w sposobie obrazowania dość trafnie odzwierciedla stary paradoks cywilizacji technicznej, tyle że dopasowany do ery cyfrowej transformacji: surowiec (dane) jest zarówno źródłem zysku, jak i straty. Powstaje pytanie, jak sprawić, by społeczeństwo odnosiło korzyści ze zbieranych danych, a jednocześnie chronić jednostki przed nadużyciami.

W „Data and Goliath” znajdziemy wiele szczegółowych sugestii odnośnie do działań, które powinno się podjąć na szczeblach rządowym, korporacyjnym czy w indywidualnym zakresie. Wszystkim im przyświeca nadrzędne idea wynikająca z przekonania, że dane to produkt uboczny cyfryzacji. Potrzebujemy zatem swoistej cyfrowej ekologii, która zwróci uwagę na to, że generowanie, pozyskiwanie, przetwarzanie i analizowanie danych to nie czynności neutralne, lecz mogące przynosić bardzo różne rezultaty – od korzystnych społecznie po skrajnie negatywne. Jak zauważa znana socjolog Zeynep Tufekci, „gdy technologie zanieczyszczające środowisko są tanie, nikt nie szuka dla nich alternatywy. Jeśli wprowadzimy regulacje [do sektora usług cyfrowych], to może wtedy uda się stworzyć zielone technologie w cyfrowym ekosystemie”.

Ojciec internetu, Tim Berners-Lee, w liście otwartym opublikowanym w 2017 r. z okazji 28. rocznicy powstania World Wide Web wymienił utratę kontroli nad danymi osobowymi jako jedno z trzech najbardziej niepokojących zjawisk w cyfrowym świecie.
Z kolei w tym roku wśród głównych zadań stojących przed społecznością odpowiedzialną za los internetu wymienił potrzebę przeprowadzenia debaty na temat sieci z uwzględnieniem różnych aktorów biorących udział w życiu społecznym. Postulat ten współgra z pomysłami Schneiera, który twierdzi, że w erze kultu danych, gdy stały sięone celem samym w sobie, potrzebna jest krytyczna refleksja nad kierunkiem, w jakim zmierza cyfrowa transformacja. Schneier pozytywnie odnosi się do przedstawionego przed kilkoma laty przez Bernersa-Lee pomysłu internetowej Wielkiej Karty Swobód. Taki dokument określałby odpowiedzialność rządów i firm w zakresie ich działań w erze informacji. (Warto przy tym pamiętać, że książka Schneiera pisana jest z perspektywy obywatela Stanów Zjednoczonych i szereg rekomendacji dotyczących konkretnych działań odnosi się do USA, choć nie tylko).

Wśród propozycji mających na celu zmianę obecnej sytuacji pojawiają się także pomysły stworzenia nowych modeli biznesowych, bardziej wrażliwych na ochronę prywatności. Przykładu takiej alternatywy dostarcza np. wspomniany na początku Adam Helfgott, który widzi przyszłość marketingu cyfrowego w blockchainie. Jego firma Mad Network stworzyła nowy protokół do reklamy cyfrowej, zgodny z zasadą privacy by design. Rozwiązanie to pozwala wykluczyć pośredników w przetwarzaniu danych na temat użytkownika, umożliwiając bezpośredni kontakt reklamodawcy z konsumentem. Dzięki temu relacje marketingowe są lepiej sprofilowane, nie naruszają prawa do prywatności użytkowników, a zarazem gwarantują lepszy zwrot z inwestycji.

Jeśli chodzi o rządy, to zdaniem Schneiera powinny one zadbać o większą transparentność swoich działań i ograniczyć inwigilację obywateli na masową skalę. Ich zadaniem powinna być też dbałość o bezpieczeństwo cyfrowe – naprawianie bądź sygnalizowanie błędów, a nie ich wykorzystywanie dla własnych potrzeb. Ich rolą jest także zadbać o wprowadzenie regulacji (tu Schneier pozytywnie wypowiada się o europejskiej dyrektywie RODO/GDPR), które zwiększałyby odpowiedzialność podmiotów komercyjnych za użycie i zbieranie danych, jak również za ich ewentualne wycieki.

Jednak podstawowe zadanie stawia Schneier przed społeczeństwem:

zmiana status quo wymaga obywatelskiego zaangażowania w sprawy publiczne, większego uświadomienia ludzi w kwestiach, które tak bardzo ich dotyczą, a których oni sami często nie zauważają lub zauważać nie chcą.
Aby mogło to nastąpić, potrzebne jest większe upodmiotowienie użytkowników nowoczesnych technologii i odejście od biernego, bezrefleksyjnego modelu konsumenta. Stawką w tej grze są bowiem główne wartości demokracji: wolność, bezpieczeństwo, prywatność i zaufanie.