Ratunek potrzebny od zaraz

Jeśli firmy nie znajdą sposobu, aby pomóc pracownikowi wiedzy w zarządzaniu technologią informatyczną, dzisiejszy bałagan jutro doprowadzi nas do wariacji.

Jeśli firmy nie znajdą sposobu, aby pomóc pracownikowi wiedzy w zarządzaniu technologią informatyczną, dzisiejszy bałagan jutro doprowadzi nas do wariacji.

Poprawa wydajności i sprawności działania pracownika wiedzy jest zadaniem niezmiernie trudnym. Nie będzie zatem od rzeczy, jeśli zabiorę się za rozwiązanie tego problemu, stosując najprostszą ze znanych mi metod badawczych, a mianowicie badanie samego siebie. Tak się akurat składa, że przypatrując się swoim własnym problemom i swojemu postępowaniu, udawało mi się w przeszłości uzyskiwać głęboki wgląd w duchowość innych osób. Każdy porządny buddysta zaświadczy, że wgłębianie się w siebie prowadzi do oświecenia. Nie jestem co prawda buddystą, ale to nie szkodzi, bowiem akurat teraz pragnę osiągnąć coś znacznie mniej czadowego niż oświecenie. Idzie mi otóż o zachowanie choć odrobiny zdrowia psychicznego.

Zobacz również:

Zagubienie w środowisku informacji

Podobnie jak wszyscy inni w dzisiejszych czasach, czuję się nieco zagubiony i przytłoczony w swoim własnym środowisku informacji i wiedzy. Posługuję się mnóstwem urządzeń elektronicznych - a przynajmniej wydaje mi się, że jest ich mnóstwo. W tym wywodzie celowo pomijam wszystkie urządzenia, którymi posługuje się moja rodzina i którym ja w pierwszej kolejności zapewniam techniczne wsparcie (przyznaję, że niechętnie i mało skutecznie). Ograniczę się tu do urządzeń, które służą wyłącznie mnie: peceta w domu, laptopa, którego używam poza domem, komputera kieszonkowego i zwykłego telefonu komórkowego. Żadne z tych urządzeń nie jest w stanie porozumieć się zbyt dobrze z którymkolwiek innym (choć mój komputer kieszonkowy dość dobrze łączy się z pecetami mojej żony i mojego asystenta) i czasem muszę wysłać e-maila z jednego urządzenia na drugie, zupełnie jakby one były jakimiś dalekimi kuzynami. Wiem, że wszystkie te sprzęty mogłyby sprawniej współdziałać ze sobą, ale nie mam czasu kombinować, jak do tego doprowadzić. Bogiem a prawdą, jestem szczęśliwy, jeśli wszystkie moje zabawki w ogóle działają naraz.

Zasadniczym kanałem przepływu informacji stała się dla mnie poczta elektroniczna, z tym że dostaję jej zbyt dużo. Mam cztery adresy mailowe, z których korespondencja przekazywana jest na dwa różne serwery. Wiem, że nie jest to najlepsze rozwiązanie, ale jeśli ma się wielu pracodawców, to zazwyczaj ma się również wiele adresów. Korespondencję na dwa ze swoich adresów odbieram jedynie w domu, co znaczy, że nie zawsze szybko na nią odpowiadam, ale przynajmniej zachowuję jako taką równowagę psychiczną.

Kwestia poczty elektronicznej

Dziś otrzymałem 79 maili z jednego konta i 29 z drugiego, czyli w sumie 108. Jakaś jedna trzecia z nich to spam (w weekendy tego paskudztwa jest znacznie więcej) i zaczynam dochodzić do wniosku, że osobnicy rozsyłający spam to najbardziej nikczemna forma życia na naszej planecie. W ciągu dnia wysłałem 32 maile. Posługiwałem się przy tym łączem szerokopasmowym w hotelu (całkiem fajna sprawa) i kosztowało mnie to jedyne 13 dolarów i godzinę czasu spędzoną na próbach połączenia się z siecią. Zadzwoniłem w końcu na recepcję, gdzie dowiedziałem się, że łącze nie działa, ale że powinienem dalej marnować swój czas, próbując się połączyć, ponieważ łącze być może niedługo ruszy.

W mojej skrzynce odbiorczej jest 1716 elementów. Dla wielu może to być oburzające, ale mnie jest z tym całkiem dobrze. Utworzyłem sobie taki potężny folder na wiadomości, które mogą mi się jeszcze kiedyś przydać. Każdego dnia kasuję jakieś dwie trzecie z otrzymanych maili, zaś pozostała jedna trzecia spokojnie odkłada się we wspomnianym folderze. Raz na jakiś czas wyrzucam z niego ze dwie setki starych wiadomości. Odbyłem niedawno kurs zarządzania czasem, na którym radzono kursantom, by każdego dnia wymiatali skrzynkę odbiorczą do czysta. Dla mnie jest to rada niedorzeczna. Być może jestem mało zdyscyplinowany, ale potrzebuję się dużo namyśleć nad wieloma z otrzymanych maili i czasem skonsultować się z innymi osobami, zanim będę w stanie na nie odpowiedzieć.

Otrzymuję również sporo wiadomości głosowych na moje trzy automatyczne sekretarki. Dziś było ich w sumie 22 (po części dlatego, że wczoraj ich nie odsłuchiwałem). Nie lubię za bardzo poczty głosowej. Staram się nie odsłuchiwać poczty na komórce podczas prowadzenia samochodu, cały czas bowiem mam chęć coś zanotować, a to nie jest łatwe, gdy ma się kierownicę w ręku. Mam nadzieję, że poczta głosowa wyjdzie wkrótce z użycia lub zostanie w jakiś sposób dołączona do poczty elektronicznej. Jeśli ktoś z Państwa miałby ochotę sprawić mi radochę, to proszę do mnie zadzwonić i natychmiast odłożyć słuchawkę. Szybciutkie usunięcie "pustej" wiadomości daje mi błogie złudzenie pomyślnego załatwienia kolejnej sprawy.

Świadoma rezygnacja

Zupełnie świadomie decyduję się nie wprowadzać niektórych narzędzi i technologii do mojego środowiska informacyjnego. Na przykład, nie bawię się w instant messaging (komunikatory). Przez pewien czas posługiwałem się tą technologią, ale nie podobało mi się to, że w każdej chwili moja uwaga może być odciągnięta od spraw ważnych przez każdego, komu przyjdzie ochota do mnie zagadać po kablu. Nie interesuje mnie też bezprzewodowa poczta elektroniczna. Nie przypominam sobie żadnej wiadomości, która była na tyle ważna, że koniecznie powinienem był ją odczytać w taksówce. Nie piszę bloga i nie czytuję blogów pisanych przez innych, choć tak naprawdę można by się spierać, czy niniejsza rozlazła pisanina różni się od bloga czymś więcej niż tylko tym, że występuje w formie drukowanej.

W trakcie wspomnianego kursu zarządzania czasem jego prowadzący zachęcał mnie, bym ośrodkiem mojego życia w sferze technologii cyfrowej uczynił komputer kieszonkowy. Przez cały jeden dzień usiłowałem używać tego urządzenia do tworzenia listy zadań do wykonania i innych tego rodzaju notatek, ale jakoś nie mogłem się przyzwyczaić. W trakcie rozmów telefonicznych cały czas notowałem sobie różne rzeczy na pierwszych z brzegu karteluszkach i później jakoś bez zdziwienia konstatowałem, że wiele z tych świstków gdzieś mi się zapodziało. Poszedłem więc po rozum do głowy i teraz bazgrzę swoje notatki w jednym, specjalnie do tego celu przeznaczonym notatniku. Problem w tym, że wydaje mi się on zbyt ważny do notowania prostych spraw do załatwienia czy numerów telefonów i te nadal zapisuję na luźnych karteczkach - które zaraz potem gdzieś mi wcina.