O nierównościach inaczej

Postęp zawsze rodzi nierówności, ale dzięki postępowi standardy życia są dziś nieporównywalnie wyższe niż w pokoleniu naszych dziadków. Mamy szeroki dostęp do edukacji, lepszą opiekę medyczną, żyjemy coraz dłużej i mamy większą szansę na osiągnięcie sukcesu – pisze Angus Deaton, laureat ekonomicznego Nobla z 2015 r. w książce „Wielka ucieczka. Zdrowie, bogactwo i źródła nierówności”. Choć można by przypuszczać, że autor, jako syn ubogiego górnika z Yorkshire, będzie jednoznacznie krytyczny wobec ekonomicznych nierówności, ten jednak kładzie nacisk na ogólny wzrost dobrobytu.

Angus Deaton, FOTO: Holger Motzkau /wikimedia

Faktem jest, że satysfakcja z życia silnie związana jest z poziomem dochodów. Największą ucieczką w historii ludzkości jest ucieczka przed ubóstwem i śmiercią. Oświecenie, rewolucja przemysłowa, postęp nauki, a zwłaszcza odkrycie, że choroby są wywoływane przez drobnoustroje, sprawiły, że żyje nam się lepiej niż kiedykolwiek przedtem. Wielka ucieczka doprowadziła do wielkich zmian w życiu tych, którzy są dziś bogatsi, zdrowsi i lepiej wykształceni niż ich dziadkowie. Problem w tym, że nie wszyscy wzięli w niej udział – miliard ludzi żyje w warunkach niewiele lepszych niż nasi przodkowie, a świat stał się miejscem większych jeszcze nierówności niż 300 lat temu.

Od prehistorii do współczesności

Deaton analizuje

zamożność i zdrowie – dwa najważniejsze, choć nie jedyne, czynniki dobrobytu. Im wyższe dochody tym dłuższe życie, ale w krajach, gdzie toczą się wojny, szaleją epidemie sytuacja jest dużo gorsza niż można by sądzić po poziomie dochodów.
W Chinach w wyniku tzw. wielkiego skoku w latach 1958-1961 zmarło z głodu 35 mln mieszkańców, w Afryce Subsaharyjskiej i RPA epidemia AIDS doprowadziła do milionów przedwczesnych zgonów, a w Rosji po upadku komunizmu nastąpił gwałtowny wzrost spożycia alkoholu i zgonów mężczyzn. Również w USA wskutek wysokich kosztów leczenia i nierówności ekonomicznych długość życia jest niższa niż można by się spodziewać, biorąc pod uwagę poziom PKB na mieszkańca. Są też kraje biedniejsze, które w kwestii długości życia radzą sobie lepiej niż można by oczekiwać analizując ich dochody (Chile, obecne Chiny).

Jeśli pominiemy jednak te katastrofy, to okaże się, że

wszystkie kraje stają się coraz bogatsze i coraz zdrowsze, choć nie zawsze przekłada się to na satysfakcję i zadowolenie z życia mieszkańców (jak np. w Europy Wschodniej).
Ten nieustanny ruch w górę zawdzięczamy rozwojowi nauki i wiedzy medycznej, czyli postępowi, który jest ostateczną przyczyną dobrobytu.

Świadczą o tym dane dotyczące wzrostu oczekiwanej długości życia, czyli od momentu narodzin. W epoce Oświecenia, od połowy XVIII wieku zaczęto wprowadzać innowacje i nowe techniki, także w medycynie. Wielkim osiągnięciem było wynalezienie szczepionki na ospę, która w tamtym czasie siała spustoszenie. Pod koniec XIX wieku odkryto, że choroby wywoływane są przez drobnoustroje, co było kolejnym krokiem milowym w rozwoju medycyny. Choć na początku ze wszystkich tych innowacji korzystały głównie klasy wyższe, dość szybko trafiły one również do grup biedniejszych, przyczyniając się do poprawy sytuacji zdrowotnej całej populacji.

Jak twierdzi Deaton, do połowy XVIII wieku średnia długość życia pozostawała w zasadzie niezmienna, a nasi przodkowie myśliwi-zbieracze byli dużo zdrowsi (zdrowa mięsna dieta, dużo ruchu) niż późniejsze osiadłe społeczności rolnicze (węglowodanowa dieta, niehigieniczne warunki życia, choroby). Do połowy XIX wieku średnia długość życia nie przekraczała 40 lat, ale już w 1900 r. w większości krajów wydłużyła się do 45 lat, w 1970 r. do 70 lat, a w 2000 do 80 lat. W ciągu 150 lat długość życia podwoiła się. Stało się to głównie za sprawą znaczącego ograniczenia śmierci małych dzieci. W połowie XVIII wieku życie niemowlaka było bardziej zagrożone niż 80-latka. Jedna trzecia dzieci umierała przed ukończeniem piątego roku życia. Obecnie ryzyko śmierci dziecka przed ukończeniem roku jest mniejsze niż jeden procent, a w wielu krajach liczone wręcz w promilach. Wyzwaniem jest dziś wydłużenie życia osobom starszym, to jednak musi być trudniejsze, bo przed śmiercią ucieczki nie ma.

Potrzeba matką wynalazków

Są jednak i tacy, którzy uważają, że rozwój medycyny nie miał większego wpływu na wzrost oczekiwanej długości życia. Według nich podstawą był postęp ekonomiczny i społeczny, a przede wszystkim lepsze odżywianie i poprawa warunków bytowych. Deaton zgadza się, że jedną z przyczyn spadku śmiertelności była kwestia odżywiania – w XVIII wieku, a nawet na początku XX wieku ludzie byli często nie dożywieni, a przez to słabsi, ale jest to podejście jednostronne, skupiające się wyłącznie na samym wpływie gospodarki rynkowej, bagatelizujące wpływ bezpośredniej kontroli chorób. Tymczasem główną zasługę za wzrost długości życia należy przypisać działaniom publicznym, trosce władz o warunki sanitarne i dostęp do czystej wody. Oczywiście wzrost dochodów to ułatwił, ale nie był siłą sprawczą.

Rewolucja przemysłowa w Wielkiej Brytanii sprawiła, że do miast zaczęły ściągać tysiące ludzi, co doprowadziło do pogorszenia się warunków życia. Woda pitna była skażona ludzkimi i zwierzęcymi odchodami. W miastach ludzie żyli krócej niż na wsi. Dopiero w drugiej połowie XIX wieku sytuacja zaczęła się zmieniać. Londyński lekarz John Snow, badając przyczynę zachorowań na cholerę, udowodnił, że choroba ta przenosi się przez zakażoną wodę pitną. To odkrycie, a także późniejsze prace Roberta Kocha w Niemczech i Ludwika Pasteura we Francji pomogły stworzyć teorię o roli drobnoustrojów w wywoływaniu chorób i podjąć odpowiednie decyzje polityczne, jak budowa bezpiecznych ujęć wody czy oczyszczalni ścieków. Nastąpiło to jednak dopiero wtedy, gdy robotnicy uzyskali prawa wyborcze.

Tak więc

rewolucja przemysłowa i związany z nią proces urbanizacji stworzyły potrzebę rozwoju naukowego, a także warunki do tego rozwoju. To pokazuje, że potrzeba, strach, a niekiedy także chciwość są potężną siłą napędową do odkryć i wynalazków.

Ten proces, który zaczął się w Europie Zachodniej w połowie XIX wieku, do Europy Wschodniej dotarł w 1900 r., a do reszty świata w połowie XX wieku. Dzięki postępowi naukowemu zmiany, które w krajach rozwiniętych zajęły całe stulecia, w krajach biednych można było przeprowadzić znacznie szybciej. Chodzi na przykład o wynalezienie penicyliny czy inspirowane przez Światową Organizację Zdrowie programy obowiązkowych szczepień dla dzieci. Nie bez znaczenia był też wzrost dochodów i poziomu edukacji. Oczekiwana długość życia w krajach biednych zaczęła doganiać wyniki krajów bogatych. Trend ten załamał się dopiero w latach 90. XX wieku, gdy w Afryce wybuchła epidemia AIDS. Mimo to w latach 2005-2010 w regionach mniej rozwiniętych długość życia rosła szybciej niż w regionach rozwiniętych. Wynalezienie leków antyretrowirusowych i zmiany w zachowaniu ludzi spowodowały, że oczekiwana długość życia w Afryce znów zaczęła rosnąć, co nie zmienia faktu, że na tym kontynencie jest ciągle najwięcej do zrobienia.

Pieniądze to nie wszystko

Z badań prezentowanych przez Deatona wynika,

wzrost zamożności mierzony wzrostem PKB per capita nie ma bezpośredniego związku ze spadkiem umieralności dzieci, a więc także z wydłużeniem życia.
Faktem jest jednak, że w wielu krajach dzieci umierają na choroby, na które nie powinny umierać, a rządy biednych krajów wydają zbyt małe kwoty na ochronę zdrowia. Według Banku Światowego, w 2010 r. w krajach Afryki Subsaharyjskiej na opiekę medyczną wydawano ok. 100 dol. na osobę, podczas gdy w Wielkiej Brytanii ponad 3400 dol., a w USA ponad 8300 dol. Nie wszystkie te kraje są aż tak biedne, niekiedy czerpią wysokie dochody ze sprzedaży zasobów naturalnych, w tym ropy naftowej, wiele z nich otrzymuje środki finansowe z pomocy międzynarodowej. Tyle tylko, że pieniądze te nie trafiają tam gdzie powinny. Problemem nie są więc wyłącznie zasoby pieniężne, ale fakt, że rządy nie zawsze działają na rzecz poprawy zdrowia obywateli. Chodzi zwłaszcza o te kraje, które nie są rządzone demokratycznie.

Ale nie tylko rządy należy winić.

W wielu krajach ludzie po prostu nie rozumieją, że mogliby być zdrowsi. Z badań instytutu Gallupa wynika, że zdrowie plasuje się daleko na liście działań, jakich obywatele oczekują od rządów.
Odsetek ludzi, którzy uważają swój stan zdrowia za zadowalający jest taki sam w krajach biednych, jak w bogatych. Co więcej, w biednych regionach, np. w Radżastanie, gdzie Bank Światowy prowadził badania, ludzie są wyrozumiali również dla lekarzy i pielęgniarek, którzy często nie przychodzą do pracy. A lekarze prywatni, którzy prosperują bardzo dobrze, tak wykonują swoją pracę, by pacjent był zadowolony, czyli przepisują antybiotyk czy jest on potrzebny, czy nie. Tego nie zrobiłby żaden lekarz w publicznej klinice. Najwyraźniej brakuje więc edukacji społeczeństwa i i regulacji państwa, które uczyniłyby opiekę zdrowotną kompetentną, efektywną i godną zaufania. Bez tego zwiększenie wydatków, podniesienie płac lekarzom i pielęgniarkom na nic się nie zda. Dotyczy to zresztą nie tylko biednych krajów.

Śmierć się starzeje

Od połowy XX wieku znacząca poprawa sytuacji zdrowotnej następuje tak w krajach biednych, jak i bogatych. Podczas gdy w biednych jest ona wynikiem redukcji umieralności dzieci, w bogatych obserwujemy wydłużanie życia w grupie osób w wieku średnim i starszym. Obecnie już nie biegunki i gruźlica są głównymi przyczynami zgonów, ale choroby naczyniowo-sercowe i nowotwory. I właśnie w tych obszarach nastąpił ostatnio największy postęp. Na czele peletonu krajów, w których oczekiwana długość życia w grupach starszych wiekowo rośnie najszybciej jest Japonia.

Ten postęp dokonał się nie tylko dlatego, że ludzie w zamożnych krajach są gotowi wydawać duże sumy na leczenie, ale również dzięki finansowaniu badań naukowych. Dużą rolę odegrały badania wskazujące na szkodliwość palenia tytoniu, która jest przyczyną zarówno raka płuc, jak i chorób naczyniowo-sercowych. Przy czym na choroby naczyniowo-sercowe umiera pięciokrotnie więcej ludzi niż na raka płuc. W walce z obu chorobami odnotowano postęp, ale w przypadku umieralności na serce jest on znacznie bardziej widoczny. Stało się to za sprawą innowacji w sposobach leczenia. Jedną z nich było odkrycie, że diuretyki, tanie leki moczopędne, obniżają wysokie ciśnienie krwi. Podobnie tanią metodą jest podawanie pacjentom, którzy przeszli zawał aspiryny. Są też inne procedury, np. bypassy, które wprawdzie do tanich nie należą, ale przyczyniają się do spadku umieralności. Gorzej radzi sobie współczesna medycyna z rakiem, choć i tu widoczny jest postęp – badania przesiewowe umożliwiają wczesne wykrywanie niektórych nowotworów. Jednak nowe metody leczenia raka są drogie, co ogranicza tempo ich rozpowszechniania się na świecie.

Tak dochodzimy do wydatków na leczenie i opieką medyczną. Te wydatki są wysokie, a najwyższe w USA. Toczy się dyskusja, jak je zracjonalizować, redukując liczbę kosztownych, ale niewiele wartych programów medycznych. Ma to sens, jeśli uświadomimy sobie, że

dbałość o zdrowie jest tylko jednym z czynników dobrobytu. Jeśli te wydatki podnosimy, musimy zmniejszać inne. Ludzie są przekonani, że za opiekę zdrowotną płaci rząd i pracodawcy. Ale tak naprawdę płacimy sami jako podatnicy i pracownicy, pobierając niższe zarobki.
Kiedy więc żądamy wyższych wydatków na ochronę zdrowia, pomyślmy o tym, że w zamian trzeba będzie z czegoś zrezygnować. Nie wszystkie zabiegi są pilne lub niezbędne. Podmioty działające w sektorze medycznym naciskają na jak największe nakłady, bo mają w tym swój interes. Kompromisy w tej dziedzinie są trudne, a dyskusja często upolityczniona.

Dobrobyt materialny

W latach 1820-1992 średni dochód wszystkich mieszkańców świata wzrósł 7-8 razy, a odsetek ludzi żyjących w nędzy zmniejszył się z 84% do 24%. Temu bezprecedensowemu wzrostowi poziomu życia towarzyszył jednak ogromny wzrost nierówności dochodów, i to zarówno między krajami, jak i wewnątrz krajów. Jasne, że kiedy materialny poziom życia rośnie, nie wszyscy odnoszą takie same korzyści, co oznacza zwiększanie się nierówności. Nieraz mają one pozytywny skutek – pomagają przyspieszyć wzrost poziomu życia, bo motywują do doganiania tych, którym się udało, ale gdy korzyści odnosi tylko wąska grupa ludzi, wzrost zostaje zahamowany.

Jeśli prześledzić wzrost dochodów w USA posługując się PKB per capita, zobaczymy linię wznoszącą, poza krótkimi epizodami załamań. W 2012 r. wskaźnik ten był ponad 5-krotnie wyższy niż w przedkryzysowym 1929 r. i wynosił 43 238 dol. Inna rzecz, że ta linia wznosi się coraz łagodniej, czyli tempo wzrostu jest coraz słabsze – w latach 60. PKB per capita rósł o 3%, w latach 70. o 2,1%, w latach 80. o 2%, w latach 90. o 1,9%, a w pierwszej dekadzie XXI wieku już tylko o 0,7%. Nawet jeśli z tej dekady usuniemy lata 2008-2009, uzyskamy wzrost o 1,6% rocznie. Spowolnienie wydaje się więc faktem. Ale przecież w statystykach nie bierzemy pod uwagę poprawy wynikającej z dostępności coraz lepszych dóbr i usług.

Angus Deaton, Wielka ucieczka. Zdrowie, bogactwo i źródła nierówności, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2019

Angus Deaton, Wielka ucieczka. Zdrowie, bogactwo i źródła nierówności, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2019

Może zatem przeceniamy poziom tego spowolnienia? Mamy nowe usługi, których wartość trudno oszacować, podobnie jak nowe produkty elektroniczne związane z internetem, które na pewno nie są w całości objęte rachunkami. Istnieje więc problem niedoszacowania wzrostu PKB, którego – zdaniem Deatona – nie można lekceważyć.

W krajach rozwiniętych bieda nie oznacza głodu, lecz brak możliwości sprostania społecznym standardom, czyli życia na przyzwoitym poziomie. Statystyki tych kwestii nie wyłapują. Niewątpliwie

granicę ubóstwa powinno się podnosić wraz z poziomem życia typowego dla danej populacji. Z tego punktu widzenia zasięg ubóstwa w USA zwiększył się w ostatnich 40 latach mimo wzrostu całej gospodarki.
Do końca lat 70. wzrost PKB przynosił korzyści wszystkim, później zwolnił, a ludzie z dolnego końca skali przestali w nim uczestniczyć. Wzrost dochodów najbiedniejszych 20% wynosił 0,2% rocznie, a 20%najbogatszych 1,6%, przy czym dochody 5% ścisłej czołówki rosły o 2,1% rocznie.

Zróżnicowanie dochodów jest pochodną sytuacji na rynku pracy, a ten wraz z przyspieszeniem postępu technologicznego premiuje wiedzę i umiejętności. Przy czym nie same dochody są ważne, a wzrost zamożności, czyli również oszczędzanie. Ludzie lepiej wykształceni więcej zarabiają i lepiej sobie radzą z gromadzeniem majątku. Eksplozja technologii daje możliwość wzrostu zamożności wszystkim, bo do podziału jest większy dochód całkowity. Motywacje do zdobywania wykształcenia znacznie więc wzrosły.

Jeszcze 30 lat temu największe dochody pochodziły z kapitału, a więc z dywidend i udziałów. Ale teraz jest inaczej.
Na szczycie tabeli są ci, którzy najwięcej zarabiają – dyrektorzy firm, bankierzy, menedżerowie. Trzy czwarte dochodów 10% najbogatszych pochodzi z pracy zarobkowej. Czy stali się oni bogatsi kosztem pozostałych? A może stali się bardziej wydajni i innowacyjni z korzyścią dla wszystkich?

W społeczeństwie równych szans nie powinno być problemu z tym, że jedni zarabiają dużo, a inni mniej. Gdy jednak zbadano korelację między zarobkami ojców i synów, okazało się, że w USA przyjmuje ona najwyższą wartość wśród krajów OECD (0,5). Wniosek?

Duże nierówności dochodów zakłócają równość szans. Nowe technologie stworzyły szanse dla ludzi wykształconych i kreatywnych, globalizacja dla sportowców i artystów, a co stoi za sukcesem finansistów i menedżerów? Ostatnim pożytecznym wynalazkiem bankierów był bankomat.
Nowe instrumenty finansowe, na których zarabiają krocie, raczej nie przynoszą społeczeństwu korzyści, a destabilizację i ryzyko zapaści. Również astronomiczne zarobki menedżerów firm niefinansowych nie znajdują uzasadnienia, tym bardziej, że wcale nie zależą od tego, czy firma zarabia, czy nie. Finansiści i menedżerowie to jednak silne lobby, które wie, jak wpływać na polityków, by stanowili prawo zgodne z ich interesami. Odpływ utalentowanych ludzi do wątpliwej inżynierii finansowej i lobbingu też jest stratą dla gospodarki. W przeszłości zdarzało się już, że bogate elity doprowadzały do zahamowania wzrostu gospodarczego, taka sytuacja może się powtórzyć.

Wzrost nierówności dotknął w ostatnich latach wiele bogatych krajów, ale głównie anglojęzycznych. Nie wystąpił w Europie, poza Norwegią, czy w Japonii. We Francji, której gospodarka rosła nieco wolniej niż amerykańska, dolne 99% populacji doświadczyło większego wzrostu średnich dochodów niż dolne 99% w USA. Za wzrost nierówności odpowiadają anglojęzyczni menedżerowie, napędzani eksplozją najwyższych wynagrodzeń w USA – korzystają z tego, że mogą łatwiej sprzedawać swoje usługi na światowych rynkach niż francuscy, niemieccy czy japońscy. To globalizacja stworzyła bogaty rynek anglojęzycznych menedżerów, którzy żyją dziś niczym gwiazdy w elitarnym kosmopolitycznym klubie.

Iluzja pomocy

Wzrost dobrobytu w USA nie zredukował znacząco skali ubóstwa, ale świat jako całość miał więcej szczęścia. Szybki wzrost średnich dochodów w tak ludnych krajach, jak Chiny i Indie, miał istotny wpływ na spadek ubóstwa na świecie. Nawet jeśli powiększa on nierówności wewnętrzne, zwłaszcza w Chinach, redukuje globalny poziom nierówności. Teraz czas się zastanowić, jak pomóc tym którzy zostali w tyle?

Miliard ludzi na świecie żyje za mniej niż dolara dziennie. Taką granicę skrajnego ubóstwa przyjął Bank Światowy w swoich programach. Oczywiście jeden dolar ma dużo większą siłę nabywczą w krajach biednych niż w USA (np. w Indiach 2,5 dol.).

Czy nie wystarczy więc po prostu zrobić zbiórkę wśród bogatych i wysłać brakujące pieniądze potrzebującym? Nic bardziej błędnego
– dowodzi Deaton. Najlepszym lekarstwem na biedę jest wzrost gospodarczy. Bieda nie jest skutkiem braku zasobów i możliwości, lecz złych instytucji, złych rządów i toksycznej polityki.

Największą częścią pomocy zagranicznej jest Oficjalna Pomoc Rozwojowa (ODA). Rządy 23 bogatych krajów przeznaczają na ten cel od 0,1% do 1% dochodu narodowego. W 2011 r. jej wartość wyniosła 133,5 mld dol., z czego 80% stanowiły działania bilateralne – np. Francja przekazuje taką część swoim byłym koloniom, a USA zgodnie z aktualną polityką zagraniczną. Resztę rozdzielają organizacje multilateralne, takie jak Bank Światowy. Do tego trzeba dodać pomoc organizacji pozarządowych, równą ok. 30% pomocy ODA. Problem w tym, że darczyńcy wolą pomagać krajom niż ludziom, i to jak największej liczbie krajów. Pomoc nie zawsze trafia więc do najbiedniejszych, a często do reżimów, którym los współobywateli jest obojętny.

Nie ma dowodów na to, że pomoc zagraniczna wpływa stymulująco na wzrost gospodarczy. Gdyby tak było,

kraje faworyzowane – byłe kolonie francuskie i małe kraje Afryki, które otrzymują relatywnie największą pomoc – rosłyby szybciej. Chiny i Indie nie otrzymywały nigdy pomocy większej niż 0,5%-1% całkowitych wydatków państwa, a kraje Afryki Subsaharyjskiej 10% i więcej przez dziesięciolecia.
Korelacja między skalą pomocy a wzrostem gospodarczym jest wyraźnie negatywna. Również projekty rozwojowe realizowane przez Bank Światowy i organizacje pozarządowe (drogi, szpitale, etc.) nie mają wpływu na wzrost gospodarczy. Nawet jeśli lokalnie przynoszą korzyści, co nie jest regułą, nie oddziałują na całą gospodarkę. Co więcej,
zewnętrzna pomoc zmienia politykę na gorsze, korumpuje polityków i utrudnia działanie instytucjom niezbędnym do pobudzania gospodarki. Pomoc zagraniczna utrwala brak zdolności państwa do normalnego funkcjonowania, a więc o wzroście gospodarczym i redukcji biedy nie ma co mówić
– konkluduje Deaton.

Z pomocą medyczną jest podobnie, choć z jednym zastrzeżeniem – leki i szczepionki można dostarczyć z zewnątrz. Działania instytucji międzynarodowych uratowały życie milionom ludzi w biednych krajach, i to jest niewątpliwy sukces. Jednakże programy te nie rozwiązują problemu podstawowej opieki zdrowotnej, która wymaga działania państwa. I tu znowu napotykamy znane problemy – korupcja urzędników, ograniczanie wydatków na rzecz innych celów, brak uregulowania sektora prywatnego.

Jak więc pomagać? Przede wszystkim ograniczyć skalę pomocy tak, by jej beneficjenci nie byli korumpowani i mieli motywację do zmian, które są potrzebne w ich krajach. Kraje dziś bogate nie potrzebowały „pchnięcia” z zewnątrz, rozwijały się po swojemu, we własnym tempie w ramach własnych struktur politycznych i ekonomicznych. Warto też zastanowić się,

czy pieniądze pomocowe nie powinny być inwestowane w leczenie chorób, które najbardziej zagrażają krajom biednym, jak malaria, albo w kształcenie studentów pochodzących z tych krajów. Słowem, dać wędkę, a nie rybę.