Król 0.7

Królewskie, czyli najlepsze. Król strzelców, grzybobrania, czegokolwiek. Gdy chcemy pokazać coś wspaniałego, i godnego dążenia, godnego pożądania, często przychodzi nam do głowy takie porównanie. Królewskie życie – może każdy troszkę inaczej by je sobie wyobrażał dla siebie, ale statystycznie każdy królewskie życie dla siebie chciałby mieć.

FOTO:

Gratisography

Jak wygląda prawdziwy król? Wspaniale, w gronostajowym płaszczu do ziemi chodzi po pałacu, na głowie korona, w ręku berło. Dumnie wyprostowany - nie może się schylić, bo przecież korona by mu z głowy spadła. Otwierać sobie drzwi klamką? No nie, bo ręka zajęta, trzyma berło. Więc w porządnym królewskim pałacu wszystko musi się robić samo. Drzwi się otwierają gdy król zmierza w ich kierunku, komnata do której wchodzi jest oświetlona, w kominku się pali (samo się napaliło - z punktu widzenia króla). Zgodnie z oczekiwaniami, jest super, wszystko jest najlepiej jak może być. Królewskie życie, wszystko gotowe, zrobione i to w najlepszym wydaniu. A król nie robi nic. I żonę ma nie byle jaką – stuprocentowa królowa. A córki jedna w drugą księżniczki w każdym calu. Też światła zapalać nie będą. I tak sobie razem po tym pałacu chodzą, a drzwi się przed nimi same otwierają.

Niestety, takie nic nierobienie, w czasach świetności monarchii nie bardzo dało radę się rozpowszechnić. Na drugim biegunie społecznym szaraczki, pańszczyzna, praca ponad siły. Chyba rzadko uszlachetniała – nic dziwnego że marzeniem, ideałem, miarą sukcesu w życiu stało się „nie musieć tak harować”. A najwyższą, wyidealizowaną formą, to już mieć jak ten król. Nic zupełnie nie musieć robić, nawet światła nie musieć samemu zapalać wchodząc do pokoju.

Zobacz również:

Myślę o tym czasem, gdy słyszę jakie jeszcze wspaniałości nam tak zwany internet rzeczy i branża softwaer’owa zaoferują, co jeszcze za nas zrobią, czym nie będziemy się musieli trudzić, jak bliski jest ten wspaniały moment, gdy już nic nie będziemy musieli robić. Każdy będzie miał życie jak prawdziwy, najprawdziwszy król. Bardzo poważnie traktuję takie obietnice , więc mam ochotę porównywać obiecywany świat z jakimś pełniejszym obrazem życia króla.

Co robił król?

Przecież powiedziane, nic nie robił. Doprawdy? Pomijając różne obowiązkowe (może nudne) ceremonie, ambasadorów, audiencje, z których nikt go nie mógł zwolnić , czy już nic nie musiał? Wszystko robiło się samo? No nie dosłownie samo, krzątał się tłum dworzan, najróżniejszej rangi. Od pazia, do kanclerza. I każdy, oprócz tego że drzwi otwierał, światło zapalał, z mieczem sypialni pilnował, podatki zliczał, i tak dalej, każdy tam sobie po cichutku, na boku kombinował. Jakby tu najlepiej wyjść na swoje, króla zadowolić ale na swoje wyjść. O ile kombinacje paziów mogły króla mniej obchodzić, to już rozgrywki kanclerskiego poziomu wymagały uwagi. Trzeba było wiedzieć co kto kombinuje, z kim i jak. Trzeba było kogoś z kimś skłócić, kogoś wypromować, kogoś pogłaskać, kogoś kazać ściąć. Żeby to wszystko dobrze wychodziło trzeba było świetnie rozumieć jak to działa, kto z kim jest powiązany, jak i po co. Trzeba było panować! Panować nad swoim otoczeniem!

Nie tylko państwem, ale dworzanami trzeba było umieć zarządzać, a to skomplikowane, wymagało i wiedzy, i rozumu i wysiłku. To nie sama znajomość formy – jak się ukłonić, która nogę stawiać najpierw, czyniła miłościwe panowanie długim i szczęśliwym!

Wracając do naszej współczesnej strony metafory – tłumu inteligentnych rzeczy mających współczesnym kandydatom na królów zastąpić dworzan.

W większości słabo wypadamy „w temacie panowania”. Nawet super biegłe klikanie po różnych konfiguratorach to ciągle tylko zręczność w warstwie formy. Generalnie nie znamy istoty tych niezwykle skomplikowanych mechanizmów, które mają skoordynować urządzenia w naszym domu w pałac,
w którym wszystko dzieje się samo, i dzieje się super, zapewniając nam królewskie życie. Nie mamy szansy ogarnąć uczestniczących w procesie sieci, serwerów, wielu poziomów oprogramowania, zapewne po części rezydującego w chmurach, o których nie wiemy nic.
Które (chmury) nie powiedzą nam o sobie nic, oprócz parametrów SLA, których są gotowe dotrzymać, po spełnieniu przez nas warunków, na których spełnienie nie mamy wpływu. Wiedza o tym wszystkim pozostaje domeną niewielkiego grona naprawdę świetnie wykształconych specjalistów. Ale oni ciężko pracują, więc szansa na zbudowanie z nimi relacji przez kogoś komu najbardziej marzy się lenistwo jest słaba.

Co to może oznaczać dla nas? Chyba nie wiemy, dopiero zaczynamy królewskie życie. Popatrzmy więc co mogło oznaczać dla królów z dziada pradziada.

Król, który tylko cieszył się lenistwem, który nie wiedział, nie rozumiał, nie zarządzał układami w swoim otoczeniu szybko w najlepszym wypadku był pośmiewiskiem, fundatorem udanych kombinacji dworzan. Ale często gorzej, mógł marnie skończyć, na przykład po spisku możnych poddanych.

Może otruty, ale po co zaraz widzieć najgorsze. Zwyczajnie zdetronizowany, odsunięty od władzy, zesłany na jaką wyspę, czy inne dzikie odludzie. Albo po prostu zamknięty w swoich komnatach. Odziany, karmiony, dalej mu się kłaniają, otwierają drzwi, zastawiają stół. Tytułują Wasza Wysokość, ale to pusta forma, bo to nie sponiewierany król tym steruje. Niczego mu nie brakuje, oprócz może dwóch rzeczy. Po pierwsze tego, że nie ma żadnego wpływu na swój los, co zechcą to z nim zrobią, co powiedzą musi wykonać. I po drugie, żal tej wspaniałej świadomości, że jest królem. A tak obiecująco się zapowiadało.

Co robią szeregowi dworzanie?

Trochę się może martwią, że ich w pierwszym podejściu zlekceważyłem, pisząc że to niby dopiero od poziomu kanclerza ważne dla króla rzeczy się dzieją. A przecież to oni, szeregowi dworzanie byli przy królu zawsze i wszędzie. Widzieli go w gaciach i bez gaci. Oprócz dbałości, staranności i podobnych ważnych cech musieli mieć do niego ogromny respekt. Pewnie z respektem nie mieli kłopotu – zbyt daleko byli w hierarchii klas społecznych, żeby sobie pozwalać na wybryki. Ba, żeby sobie pomyśleć, że mogli by sobie na wybryki pozwolić. Na przykład żeby obserwować, podsłuchiwać i skrzętnie zapisywać wszystko co się w komnacie królewskiej dzieje, a potem te opisy przyczepiać na płocie w środku miasta.

Nasi dzisiejsi dworzanie nie mają takich zahamowań. Zapisują wszystko co robimy, wymieniają się co lepszymi kawałkami. Respektu żadnego dla naszych królewskich aspiracji. Już nawet bardzo powolny i dobrotliwy monarcha brukselski patrzeć na to nie mógł i palcem zaczął im grozić. Ale też nie wiadomo, czy to coś da, bo obserwując jak wykoślawiamy i wyszydzamy zakazy dla naszej obrony wydane, i ten obrońca może nie być skuteczny. Cóż, jak ktoś się respektu nie domaga i nie egzekwuje, to go miał nie będzie. Oczywiście to nie musi przeszkadzać powierzchownym formom. Przed królem nie mającym respektu drzwi też będą na ogół otwierać, tylko za plecami sobie będą dworować. Albo czasem dla żartu otworzą za wolno, żeby sobie rozbił nos.

Jednym z powodów dla których trzeba było się z ludźmi liczyć była nieprzewidywalność ich reakcji, ich zachowań. „Lepiej z nim dobrze żyć, bo diabli wiedzą co on jeszcze może wymyślić”. I przeciwnie, jeśli dokładnie wiem co zrobisz, to mogę opracować równie dokładny plan zmieniający Cię w narzędzie wspomagające realizację moich celów. U prawdziwego króla niedyskretnych dworzan chyba wielu nie było. Jak się jakiś trafił, to raczej miał małe szanse na przekazywanie swoich genów.

Dzisiejszego króla pyta komputer: „Chcesz żebym odpowiadał na Twoje pytanie zanim je zadasz?”. Z ilu miejsc zebrał informacje, żeby takie butne deklaracje składać? Komu i do czego zechce te informacje dalej sprzedać? O ile wzbogaci swoją ofertę danych na mój temat,
gdy otoczę się jeszcze setką bystrych „dworzan”, żebym nie musiał się trudzić otwieraniem sobie drzwi i zapalaniem światła?

Ja tu rządzę

Czyli może dawny, prawdziwy król miał trudniej? My po prostu rozwinęliśmy nie tylko technikę budowy super dworzan elektromechanicznych, który nas zastąpią w umownym otwieraniu drzwi. Prześcignęliśmy króla także w technice panowaniu nad sytuacją. Nasi dworzanie, dzięki wolnorynkowej konkurencji, sami się nawzajem pilnują, dopingują, eliminują z naszego otoczenia typy nieposłuszne, krnąbrne, gotowe podważać nasze panowanie.

Zwolennikom czy wyznawcom takiej wiary proponuję odbycie kilku testów. (Chyba można je wstępnie przeprowadzić mentalnie, wyłącznie w wyobraźni, bez ryzykowania prób z fizycznym światem. Jak ktoś musi fizycznie to zrobi to wyłącznie na własną odpowiedzialność).

Na początek proszę królu złoty, kup mi iPhona z gniazdkiem pasującym do licznych ładowarek, które mi zostały po innych telefonach, i do innych moich urządzeń. Najlepiej idź do sklepu i powiedz: „Kupiłbym tego iPhona, ale gniazdko mi nie pasuje. Sprowadźcie z takim gniazdkiem jak mi potrzeba, to kupię”. Jeśli jest tak jak wierzysz, to oni na kolana i jęczą: „Królu wybacz, nasza wina, takie niedopatrzenie. Zaraz lecimy, a ty już się nie fatyguj, posłaniec przyniesie. Jeszcze futerko dołożymy na przeprosiny. Tylko nie każ nam głowy uciąć”.

Jak tego iPhona będziesz miał, to napisz, jestem gotów zaproponować kilka następnych, trochę głębszych, testów stopnia Twojego panowania nad otaczającymi Cię usługami.

Płaczę i wymagam

Ostatnio miałem test swojej władzy do używania programu który mi się podoba, w sposób jaki mi się podoba. Dostawca napisał, że trzeba wgrać aktualizację. OK, zgoda, dba, stara się. Pociągnął gigabajt zanim się obejrzałem. Powymieniał mi nie wiem co w środku, , ale też np. ikonki na pasku narzędzi. Jakieś funkcje zaczęły własnym życiem. Nie chciałem, nigdy bym się nie zgodził. To może trzeba było poczuć się królem, odpisać „Zabraniam”? A jak by tam były też łaty bezpieczeństwa? Czyli, chociaż

w tym układzie rzekomo to ja jestem królem, odmówić nie mogłem. Skutek? Mam coś co mi przeszkadza, bo jakiś *** w dalekim *** uważa, że tak będzie lepiej. Może i jest lepiej – ale dla którego z nas? Przypuszczam, że aktualizacje oprogramowania wbudowanego w przedmiotach będą wgrywane nawet bez takiej (choćby teoretycznej) możliwości powiedzenia „Nie zgadzam się”, jaka była tutaj. Jak tedy będziemy panować nad współczesnymi dworzanami?

A wracając do wolności korzystania z programu, który lubię i który w pełni zaspokaja moje potrzeby, to jej granice wyznaczają zwykle trzy magiczne słowa dostawcy: „Out of suport”. Czyli królu złoty zrozum, nie będziemy tego pomysłu już więcej wspierać. Owszem możemy Ci otwierać drzwi, ale nie te którymi byś najchętniej chodził, tylko te, które nam dadzą się najłatwiej i najdrożej otwierać.

Jednak królewskie życie

Prawdziwa cena za luksus życia jak król może być wysoka. Ale z drugiej strony, ten wstręt do zrobienia czegokolwiek koło siebie - może rzeczywiście usprawiedliwiony przez stulecia zbyt ciężkiej pracy. Wydaje się, że chyba ten wstręt zwycięża dziś w walce o dusze rzeszy kandydatów na królów.

Prawdziwa cena może być wysoka. Ale stać nas, bo pierwsze 3 miesiące za darmo, a potem można płacić kartą.

W trudnej sytuacji króla bez szans na władzę, cóż nam pozostaje na współczesnym monarszym dworze?

Może chociaż patrzeć i myśleć, gdy kolejny dygnitarz przychodzi oferować korne służby swoje i swoich nowych poddanych, i z przemiłym uśmiechem kłania się do ziemi.

Patrzeć i myśleć, co ściska w ukrytej za plecami ręce.