Jak silni doradzają słabym? Keynesizm dla bogatych, neoliberalizm dla biednych

Jeśli kraje rozwijające się chcą osiągnąć sukces, to według dominującej dziś neoliberalnej doktryny, powinny kierować się zasadami wolnego rynku i wolnego handlu. Rzecz w tym, że wszystkie kraje rozwinięte bogaciły się dzięki receptom sprzecznym z ortodoksją liberalnej ekonomii. Dlaczego bogaci opowiadają biednym nieprawdziwą historię kapitalizmu? – zastanawia się Ha-Joon Chang, ekonomista z Cambridge, w książce „Źli Samarytanie”, wydanej u nas w 2015 r.

FOTO

Chris Greenhow/unsplash

Ha-Joon Chang pochodzi z Korei Południowej, która w ciągu niespełna półwiecza przeszła drogę od jednego z najbiedniejszych do jednego z najbogatszych krajów świata. W 1961 r. po zakończeniu krwawej wojny z Koreą Północną dochód na mieszkańca wynosił tam 82 dol., połowę tego, co zarabiał przeciętny obywatel Ghany.

Co stało za koreańskim cudem?

Do połowy lat 70. Samsung, jeden z czołowych dziś eksporterów telefonów komórkowych, półprzewodników, telewizorów z płaskim ekranem i komputerów, sprzedawał ryby i warzywa.
Gdy w 1974 r. Samsung kupił połowę udziałów w firmie Korea Semiconductor i wszedł w przemysł półprzewodników, nikt nie wróżył mu jasnej przyszłości. To jednak szybko się zmieniło. Już latach 80. Korea Południowa była krajem średniego dochodu – dość konkurencyjna, by kopiować zaawansowane produkty i dość bogatym, by domagać się lepszych towarów, ale jeszcze nie dość wyrafinowanym, by tworzyć oryginalne własne pomysły. Na to trzeba było poczekać kolejne 10 lat. Dziś jest w pierwszej piątce pod względem liczby patentów przyznawanych przez amerykański urząd patentowy.

Zobacz również:

Zachodni establishment chciałby, by wszyscy uwierzyli, że w latach 1960-1980 Korea Południowa prowadziła neoliberalną politykę. Ale to nieprawda – pisze Chang.
Mój kraj wspierał poprzez subsydia i ochronę celną sektory wybrane przez rząd i przedsiębiorców. Państwo było właścicielem wszystkich banków, tworzyło firmy tam, gdzie brakowało prywatnych, przejmowało przedsiębiorstwa źle zarządzane i prowadziło elastyczną politykę wobec zagranicznych inwestorów, nie przyjmując wszystkich z otwartymi ramionami. Za koreańskim cudem stała kombinacja bodźców rynkowych i państwowego sterowania.

Podobną drogę przeszła Japonia. Jej sztandarowa Toyota zaczynała od produkcji prostych maszyn włókienniczych, by w latach 90. stać się ikoną globalnego rynku.

Gdyby Japończycy w latach 60. posłuchali wolnorynkowych ekonomistów, zalecających restrykcyjną politykę finansową, szeroką prywatyzację i ograniczenie roli państwa, byliby dziś trzeciorzędną siłą w przemyśle z dochodami na poziomie Chile, nie eksportowaliby Lexusów, lecz kłócili się, do kogo należy które drzewo morwowe – konkluduje Chang.

Dwie historie globalizacji

Według oficjalnej historii ojczyzną wolnego rynku i wolnego handlu jest Wielka Brytania. Jej spektakularny sukces gospodarczy sprawił, że w II połowie 19 wieku również inne kraje zaczęły liberalizować politykę handlową i deregulować gospodarkę. Ten liberalny porządek świata osiągnął swój pełny kształt około 1870 r. Opierał się na niskich barierach dla przepływu dóbr, kapitału i pracy oraz na makroekonomicznej stabilności. Rezultatem była epoka nieznanej dotąd prosperity. Problemy zaczęły się po I wojnie światowej. Niestabilność światowej gospodarki sprawiła, że kraje znów zaczęły wznosić bariery, a system wolnego handlu dobiegł końca w 1932 r., gdy nawet Wielka Brytania wprowadziła cła.

Po II wojnie gospodarka światowa została znów zorganizowana w duchu bardziej liberalnym, tym razem pod przewodnictwem USA. W latach 80. nieliberalną politykę zarzucono nawet w krajach rozwijających się, a później w byłych krajach komunistycznych. Zmianom tym miał sprzyjać rozwój technologii komunikacyjnych i transportowych. Wzrosły możliwości zawierania korzystnych umów z odległymi partnerami. Wzmocniony został system globalnego zarządzania – w 1995 r. GATT (Ogólny Układ w sprawie Ceł i Handlu) przekształcono w WTO (Światową Organizację Handlu). Dziś WTO wraz z MFW, który miał pomagać krajom z deficytem płatniczym i Bankiem Światowym, który miał wspierać inwestycje rozwojowe, tworzy rdzeń globalnego zarządzania. Dzięki nim potencjał sukcesu jest dziś porównywany ze złotą erą liberalizmu z przełomu 19 i 20 wieku. Czy to prawda?

Nie, prawda jest inna – pisze Chang. Wolny przepływ towarów, kapitału i ludzi w latach 1870-1913 pod hegemonią brytyjską odbył się za sprawą potęgi militarnej, a nie sił rynkowych. Został on wymuszony na krajach słabszych w efekcie panowania kolonialnego oraz nierównych traktatów i w żaden sposób nie przyczynił się do ich przyspieszonego rozwoju. W tym czasie kraje bogate utrzymywały stosunkowo wysokie cła, zwłaszcza na towary przemysłowe. To nie „pobłądzenie”, a protekcjonizm konkurentów, głównie USA, sprawił, że w latach 30. Wielka Brytania porzuciła wolny handel.

Po 1945 r. prawda o globalizacji jest dokładnie przeciwna do historii oficjalnej – dowodzi Chang. W latach 60. i 70. w okresie kontrolowanej globalizacji wspieranej polityką protekcjonistyczną gospodarka światowa, zwłaszcza w krajach rozwijających się, rosła szybciej, była bardziej stabilna i sprawiedliwa w podziale dochodów niż w późniejszych dekadach. Choć celem neoliberalnych reform lat 80.i 90. było przyspieszenie wzrostu, z danych wynika, że we wszystkich krajach rozwijających się tempo dochodów w porównaniu z poprzednim okresem spadło, a nierówności wzrosły. Szczególnie widoczne było to w Ameryce Południowej i w Afryce. Azjatyckie tygrysy radziły sobie lepiej, bo nie zrezygnowały w pełni z państwowego protekcjonizmu. Ucierpiała również stabilność makroekonomiczna – świat zaczął być targany powtarzającymi się kryzysami finansowymi.

Oficjalna wersja historii globalizmu jest podporządkowana interesom bogatych – uważa Chang. To właśnie te kraje odpowiadają za 80% produkcji światowej, 70% międzynarodowego handlu i 70-90% inwestycji zagranicznych. Wraz ze zdominowanymi przez siebie organizacjami, takimi jak MFW, Bank Światowy czy WTO, tworzą preferencyjne układy i skłaniają kraje biedniejsze do wprowadzania rozwiązań, które nie służą ich interesom.
MFW i Bank Światowy bardzo rozszerzyły swój mandat po 1945 r. i zaczęły się angażować się we wszystkie obszary polityki, uzależniając pomoc od wprowadzenia zmian niekoniecznie związanych z naprawą gospodarki, jak prywatyzacja czy całkowite otwarcie się na inwestorów zagranicznych, nie mówiąc już o warunkach związanych z wartościami kulturowymi.

Jak bogacili się bogaci

Mit założycielski kapitalizmu: Wielka Brytania wcześniej od innych odkryła wolny rynek i wolny handel jako drogę do dobrobytu. Prawda: Wielka Brytania odkryła protekcjonizm państwowy jako sposób na wspieranie produkcji i eksportu zaawansowanych technologicznie towarów. Stało się to w 15 wieku za czasów Henryka VII, który podniósł cła na surową wełnę, by przemysł brytyjski mógł dogonić niderlandzkich konkurentów, przerabiających wełnę i czerpiących dużo większe korzyści ze sprzedaży przetworzonego produktu. Taka polityka przemysłowa i handlowa była kontynuowana przez jego następców. Aż do połowy 19 wieku Wielka Brytania była krajem silnego protekcjonizmu z bardzo wysokimi cłami na importowane towary przemysłowe. Jednocześnie prowadziła politykę wspierania nisko przetworzonych produktów w koloniach, a wolny handel przyjęła wówczas, gdy osiągnęła technologiczną przewagę nad konkurencją. Odejście od polityki merkantylnej wsparły teorie Adama Smitha i Dawida Ricardo. Jeden twierdził, że gospodarce szkodzą cła ochronne i dopłaty, drugi, że wolny handel służy wszystkim krajom. Teoria Ricardo jest słuszna, jeśli uznamy aktualny poziom technologii za dany, wtedy lepiej, jeśli kraj wyspecjalizuje się w tym, w czym jest relatywnie lepszy, zawodzi jednak, gdy jakiś kraj, chce uzyskać bardziej zaawansowane technologie i wytwarzać bardziej skomplikowane produkty.

Przeciwwagę dla Wielkiej Brytanii stworzyły dopiero Stany Zjednoczone. Pod brytyjskim panowaniem Amerykanie doświadczyli kolonialnego traktowania. Zakazywano im prawa do ochrony własnego raczkującego przemysłu. Cła ochronne i zakaz przywozu przetworzonych produktów Amerykanie zaczęli stosować dopiero po wybuchu wojny angielsko-amerykańskiej, a bardziej zdecydowanie w czasie wojny secesyjnej i po niej. Południe było przeciwne polityce protekcjonistycznej. Chang twierdzi, że spór o to był ważniejszą przyczyną wojny secesyjnej niż zniesienie niewolnictwa. Przez cały 19 wiek i część 20 wieku USA były najbardziej protekcjonistyczną gospodarką świata i zarazem najszybciej rosnącą. Dopiero po II wojnie światowej, gdy amerykańska gospodarka zdecydowanie przewodziła, USA zliberalizowały handel i zaczęły promować tę ideę. Ale nawet wtedy rząd amerykański wspierał kluczowe branże poprzez finansowanie badań. Bez tego USA nie utrzymałyby przewagi konkurencyjnej w takich dziedzinach, jak komputery, półprzewodniki, biotechnologie, Internet czy lotnictwo.

Francja, Niemcy i Japonia, uważane za ojczyzny protekcjonizmu, nigdy nie stosowały tak wysokich ceł jak USA i Wielka Brytania. Dopiero gdy po II wojnie USA wysunęły się na czoło peletonu i zliberalizowały handel, kraje te zaczęły się jawić jako protekcjonistyczne. Inna sprawa, że poza cłami stosowały one na szerszą skalę inne narzędzie, jak przedsiębiorstwa państwowe, subsydia czy wspieranie eksporterów w marketingu bądź kontrolowanie inwestycji zagranicznych.

Kraje bogate nie rozwinęły się dzięki polityce wolnego handlu i wolnego rynku, lecz stosując politykę protekcjonistyczną, a dziś wymuszają na biednych neoliberalne reguły. Można przypuszczać, że nie chcą kolejnych konkurentów, którzy mogliby zagrozić ich pozycji.

Dla neoliberalnych ortodoksów wolny handel to dziś prawda objawiona. Nowy reżim handlu międzynarodowego został stworzony z chwilą powstania WTO w połowie lat 90. Kraje wstępujące musiały podpisać wszystkie porozumienia liberalizujące – we wcześniejszym reżimie GATT nie było takiego przymusu. W efekcie kraje rozwijające się straciły możliwość wspierania raczkujących przemysłów. Według Changa, uczestnictwo w handlu międzynarodowym jest warunkiem rozwoju, bo umożliwia dopływ nowych technologii, ale wolny handel nie jest właściwą ścieżką. Jeśli bogate kraje chcą pomóc biednym, powinny zaakceptować asymetryczny protekcjonizm, jak w latach 70., bo jedynie mieszanka protekcji i wolnego rynku sprzyja rozwojowi.

Mityczne inwestycje

Według neoliberalnych dogmatyków, których Chang nazywa złymi Samarytanami, inwestycje zagraniczne to samo dobro, więc trzeba się na nie szeroko otworzyć. Zasypują lukę oszczędnościową, poprawiają efektywność, bo płyną tam, gdzie jest najwyższa stopa zwrotu, upowszechniają dobre praktyki w zarządzaniu firmami i państwem. Prawda jest jednak taka, że

zagraniczne inwestycje portfelowe destabilizują gospodarkę, bo wpływają i wypływają w możliwie najgorszym momencie, tworząc bańki spekulacyjne lub pogłębiając kryzys, a bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ), choć pozornie trwałe, też mogą stwarzać problemy.

W kraju o otwartym rynku kapitałowym BIZ mogą szybko się upłynnić i wycofać, mogą też negatywnie wpływać na rezerwy walutowe i bilans wymiany zagranicznej. Nie mówiąc już o tym, że stwarzają okazję do stosowania tzw. cen transferowych, co umożliwia inwestorom płacenie podatków nie w kraju gospodarza, lecz tam, gdzie opodatkowanie jest niższe. Ponadto trzeba rozróżnić brown field (kupowanie istniejących firm) i green field (tworzenie nowych firm). W 2001 r. brown field stanowiły 80% wszystkich BIZ. Takie inwestycje często nie generują nawet przyrostu potencjału produkcyjnego. Wprawdzie zatrudniają ludzi i wprowadzają nowe techniki zarządzania, ale efekt „rozlewania się” tych dobrodziejstw na gospodarkę nie musi nastąpić. BIZ przynoszą korzyści w krótkim okresie, ale nie zawsze w długim. W krajach rozwijających się zagraniczni inwestorzy nie angażują się na wyższym poziomie technologicznym, najczęściej uruchamiają montownie, pracujące na bazie importowanych części, hamując w ten sposób rozwój firm krajowych.

Co zrobić, by zaprzęgnąć BIZ w realizację strategii długofalowego rozwoju? Chang podpowiada – BIZ trzeba uregulować, stosując selektywne instrumenty przyciągania inwestycji do tych obszarów, które państwo uznało za strategiczne i stawiając warunek transferu pożądanych technologii. Historia i doświadczenie pokazują, że większość bogatych krajów, jak

Ha-Joon CHang, Foto: Discott/wikimedia

Ha-Joon CHang, Foto: Discott/wikimedia

USA, Japonia czy później Korea Południowa i Finlandia stosowały wręcz drakońskie ograniczenia dla BIZ. Gdyby nie to, nie byłoby dziś Lexusa ani Nokii. Źli Samarytanie zrobili wprawdzie wiele, by te regulacje delegalizować poprzez międzynarodowe umowy
, dotyczy to np. wymogu stosowania lokalnego wsadu, ale zawsze trzeba patrzeć na BIZ jako na element strategii rozwojowej i nie przyjmować wszystkich z otwartymi ramionami.

Państwowe na cenzurowanym

Prywatyzacja to credo neoliberalnej ekonomii. Państwowe firmy są nieefektywne, bo trudno kontrolować ich menedżerów, mogą liczyć na pomoc państwa, więc nie bankrutują nawet wtedy, gdy są chore. Argumenty przekonujące, ale dokładnie takie same można zastosować do dużych firm prywatnych z rozproszonym akcjonariatem – pisze Chang. Jeśli firmy te są istotne politycznie, mogą przecież liczyć na wsparcie państwa.

W latach 60., 70. i 80. na Zachodzie znacjonalizowano wiele znanych firm, które nie dawały sobie rady, jak Rolls-Roys, British Steel, Chrysler czy szwedzki przemysł stoczniowy. Jest wiele przykładów firm państwowych, które odniosły sukces, zwłaszcza w Azji – w Singapurze, na Tajwanie, w Korei Południowej czy ostatnio w Chinach.

W Singapurze sektor przedsiębiorstw państwowych, licząc udziałem w produkcji, jest 2-krotnie większy od koreańskiego, a koreański 2-krotnie większy od argentyńskiego. Ale to azjatyckie tygrysy, a nie Argentyna są symbolami rozwoju.

Niepopularność firm państwowych jest efektem siły neoliberalnej ideologii – przekonuje Chang. Tymczasem państwowe firmy tworzono po to, by dać impuls do rozwoju kapitalizmu, a nie po to, by go zastąpić. Kapitał prywatny nie lubi długofalowych, ryzykownych inwestycji, taki projekt sfinansować może jedynie państwo. Ponadto państwowe firmy są dobrym rozwiązaniem tam, gdzie istnieją naturalne monopole (woda, elektryczność, gaz, kolej, etc.), zwłaszcza w krajach rozwijających się, w których możliwości dotowania są niewielkie, a potencjał regulacyjny państwa niski. Zresztą nawet w krajach wysoko rozwiniętych obszary te w sektorze prywatnym nie funkcjonują dobrze. Przykład – prywatyzacja brytyjskich kolei w 1993 r. zakończyła się renacjonalizacją torowisk w 2002 r.

Chang przestrzega przed pułapkami prywatyzacji. Jedną z nich jest sprzedaż przedsiębiorstw z naturalnym monopolem przy słabym potencjale regulacyjnym państwa.
Chybionym pomysłem jest też restrukturyzacja firmy przed prywatyzacją, bo to prywatyzacja ma być instrumentem naprawczym. Innym błędem jest masowa wyprzedaż państwowego majątku, co musi prowadzić do obniżenia ceny, podobnie jak wyznaczanie sztywnych terminów prywatyzacji. Wreszcie trzeba poszukać inwestora, który zagwarantuje długofalową poprawę produktywności, inaczej cały proceder nie ma sensu. Prywatyzacja wiąże się także często z korupcją, w wyniku której majątek narodowy jest transferowany do nowej oligarchii (przykład Rosji). Wniosek: państwowe firmy często da się naprawić bez prywatyzacji. Wystarczy wyznaczyć cele i ustawić priorytety, poprawić nadzór (zamiast kilku agencji nadzorujących – jedna) i stworzyć konkurencyjne środowisko (postawić warunek eksportu produktów lub stworzyć nową państwową firmę w tym obszarze).

O patentach i walce z inflacją

Kraje rozwijające się, by nadrobić zaległości, muszą mieć zapewniony transfer nowej wiedzy. Te, które szybciej ją przyjmują, szybciej pokonują opóźnienia. Tymczasem kraje bogate starają się kontrolować odpływ technologii, by dłużej zachować pozycję liderów. W 19 wieku uważano, że patenty jako sztucznie tworzony monopol, są sprzeczne z ideą wolnego handlu. Kraje dziś wysoko rozwinięte w przeszłości podkradały sobie nowe pomysły i rozwiązania, słabo chroniąc prawa autorskie obcokrajowców. Obecnie źli Samarytanie zmuszają biedne kraje do wzmożonej ochrony własności intelektualnej – pisze Chang.

Obowiązująca od 1995 r. umowa TRIPS (Porozumienie w sprawie Handlu Aspektami Praw Własności Intelektualnej), będąca załącznikiem do porozumienia w sprawie WTO, stworzyła nowy system ochrony, polegający między innymi na wydłużeniu okresów ochronnych oraz obniżeniu poprzeczki oryginalności, co zdaniem Changa, stało się przeszkodą, a nie zachętą dla innowacji technologicznych. Koszty ochrony, w tym społeczne, wynikające z powstałego monopolu, przewyższają korzyści, jakie przynosi nowa wiedza oraz utrudniają krajom opóźnionym rozwój gospodarczy. Proponuje więc osłabienie ochrony poprzez skrócenie jej czasu, podniesienie progu oryginalności (eliminację pomysłów banalnych), ułatwienie obowiązkowego licencjonowania i importu równoległego (równoległego do kanałów dystrybucyjnych producenta, chodzi o leki). Gdy okaże się, że słabsza ochrona w rażący sposób zmniejszy zachęty dla potencjalnych inwestorów, do gry powinien wkroczyć sektor publiczny. Może to oznaczać bezpośrednie prowadzenie badań przez instytucje publiczne, co już ma miejsce, lub poprzez specjalnie ukierunkowane dotacje dla firm sektora prywatnego.

Przeszkodą rozwojową są także neoliberalne dogmaty dotyczące polityki makroekonomicznej. Do końca lat 70. panował keynesizm. Gdy spadał popyt, rząd luzował politykę pieniężną i zwiększał wydatki, w czasie prosperity – odwrotnie, stabilizując w ten sposób wahania koniunkturalne. W latach 80. do głosu doszli monetaryści, dla których podstawą dobrobytu jest stabilność cen. Instytucją, która dba o zapewnienie stabilności w skali globalnej jest MFW, narzucający drakońskie warunki krajom, które weszły na ścieżkę „rozrzutności”. Efekty są odwrotne do zamierzonych.

Monetaryści uważają, że wrogiem numer jeden jest inflacja, która stanowi formę podstępnego podatku dla grup o stałych dochodach i spowalnia wzrost, bo inwestorzy nie lubią niepewności. Zalecają dyscyplinę monetarną (bank centralny nie powinien zwiększać podaży pieniądza) i ostrożność finansową (rząd nie powinien wydawać więcej niż ma). Jednak przykłady z różnych stron świata pokazują, że wzrost jest wyższy przy nieco większej inflacji, a niebezpieczna jest jedynie inflacja powyżej 40% rocznie. Wykazali to nawet ekonomiści z Banku Światowego. Przy przyspieszonym wzroście umiarkowana inflacja jest nie do uniknięcia, bo ten wzrost tworzy nowy popyt, który pociąga za sobą wzrost cen. Kraje, które posłuchały MFW i utrzymywały niskie stopy procentowe oraz ograniczyły wydatki publiczne, miały niski poziom inwestycji i niski wzrost.

Monetarystyczna polityka jest wybitnie nie dostosowana do krajów rozwijających się – pisze Chang. Służy jej idea niezależności banków centralnych, które mają dbać wyłącznie o niską inflację (1% - 3%). Prawda jest taka, że szefowie banków centralnych nie są ponadpartyjnymi technokratami, wyjęci spod demokratycznej kontroli słuchają wyłącznie opinii sektora finansowego i jemu służą, a nie większości społeczeństwa. W USA, które zachęcają kraje rozwijające się do tworzenia niezależnych banków centralnych, dbających o jak najniższą inflację, obowiązuje inne rozwiązanie. Fed oprócz stabilizacji cen odpowiada również za jak najniższe zatrudnienie. Po pęknięciu bańki internetowej i atakach na WTC rząd USA zwiększył wydatki i poluzował politykę pieniężną – odwrotnie do zaleceń MFW dla krajów biednych. Keynesizm dla bogatych, monetaryzm dla biednych – tak według Changa można scharakteryzować globalną politykę monetarną. Tymczasem kraje rozwijające się muszą prowadzić bardziej agresywną politykę makroekonomiczną, bo muszą inwestować w przyszłość. Posądzanie ich o rozrzutność i życie ponad stan nazywa prostactwem.

Postawić się rynkowi

Źli Samarytanie próbują tłumaczyć porażki neoliberalnych zaleceń dla krajach rozwijających się korupcją, brakiem demokracji oraz niewłaściwą kulturą. Chang brutalnie się z nimi rozprawia. Udowadnia, że neoliberalne sposoby na walkę z korupcją, polegające na deregulacji i wprowadzeniu sił rynkowych do sektora publicznego przynoszą skutek odwrotny do zamierzonego (handel kontraktami, zleceniami, stanowiskami). Demokracja zaś nie wspiera wolnego rynku, który rzekomo sprzyja rozwojowi, bo w demokracji jeden obywatel ma jeden głos, a na rynku jeden dolar ma jeden głos. Oznacza to, że rynek większą wagę przypisuje bogatym. Między rynkiem a demokracją występuje sprzeczność. Ale demokracja jest wartością samą w sobie, bo przyczynia się do budowania przyzwoitego społeczeństwa, więc powinniśmy dbać o to, by między nią a rynkiem zachować równowagę. Natomiast wartości kulturowe są zmienne i zależą od uwarunkowań gospodarczych, a nie od uświęconych tradycją nawyków.

Sto lat temu Japończycy byli postrzegani jako naród leniwy, ale gdy wkroczyli na ścieżkę rozwoju, kulturaliści zaczęli dowodzić, że to z powodu japońskiej odmiany konfucjanizmu, który docenia ciężką pracę. Bzdura – jest jeden konfucjanizm.

Co zatem zrobić, by wyrwać się z biedy i zacofania? Trzeba postawić się rynkowi i wejść w bardziej zaawansowane branże – radzi Chang. Neoliberałowie uważają, że poszczególne kraje powinny trzymać się tego, w czym są dobre.
Te podpowiedzi mają sens w krótkiej perspektywie czasowej, ale postęp potrzebuje inwestycji, które przynoszą owoce w długim okresie i na ogół wymagają wyrzeczeń. Elektroniczny dział Nokii zaczął przynosić zyski po 17 latach, a finansowano go z wycinki lasów. Toyocie zajęło 30 lat, zanim stała się konkurencyjna na rynku światowym, i to w warunkach protekcjonizmu i dopłat. Stany Zjednoczone po 130 latach rozwoju uznały, że mogą znieść cła. Dziś wolny handel wymaga, by słabsi od razu konkurowali z silniejszymi. Liberalna polityka inwestycyjna pozwala na funkcjonowanie lepszych firm zagranicznych, prowadząc do ograniczenia zdolności produkcyjnych w firmach krajowych. Wolne rynki kapitałowe z procyklicznym zachowaniem stadnym zagrażają długofalowym projektom, a polityka wysokich stóp procentowych sprawia, że projekty te są nieopłacalne.

Neoliberalizm przeszkadza krajom biednym, bo utrudnia zakup nowych zdolności wytwórczych, które mają decydujący wpływ na rozwój gospodarczy. Nie rolnictwo, nie usługi, lecz właśnie przemysł przetwórczy, gdzie wydajność pracy jest wysoka, powinien być ich celem. Niektóre usługi (finansowe, doradcze) też kreują wysoką wydajność, ale źródłem popytu na nie jest przemysł przetwórczy.

Neoliberałowie chcą zakazać stosowania narzędzi protekcjonistycznych, bo tworzą one rzekomo niesprawiedliwe warunki konkurencji, ale przecież konkurencja ta odbywa się między nierównymi graczami. To walka Suazi ze Szwajcarią, waga piórkowa przeciw ciężkiej.
Nie chodzi o „specjalne traktowanie” krajów rozwijających się, lecz jedynie o wyrównanie szans, z jakich bogaci korzystali w przeszłości.

Źli Samarytanie, Ha-Joon Chang, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2015

Źli Samarytanie, Ha-Joon Chang, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2015