Ignorancja rządzi światem

Nawet dobrze wykształceni i prominentni ludzie nie posiadają żadnej wiedzy na temat dzisiejszego świata. Nie wiedzą, że niemal cała ludzkość ma już dostęp do podstawowej opieki medycznej, a liczba osób żyjących w skrajnej biedzie zmniejszyła się w ciągu minionych dwudziestu lat o połowę – pisze Hans Rosling, szwedzki lekarz w książce” Factfulness. Dlaczego świat jest lepszy niż myślimy, czyli jak stereotypy zastąpić realną wiedzą”. Czemu książka zmarłego przed dwoma laty Roslinga będzie nadal aktualna?

Źródło: Gapminder Foundation; Anna Rosling Rönnlund, Hans Rosling, and Ola Rosling on "Factfulness"

Hans Rosling przetestował na temat sytuacji na świecie 14 tys. osób z 12 krajów, wśród których byli studenci medycyny, nauczyciele, wykładowcy akademiccy, wybitni naukowcy, bankierzy, dyrektorzy korporacji, dziennikarze, aktywiści, decydenci polityczni, a więc ludzie zainteresowani sytuacją na świecie.

Wyniki okazały się jednak druzgocące, gorsze niż gdyby odpowiedzi udzielano losowo, na chybił trafił. Ignorancja niektórych z prominentnych grup, łącznie z laureatami Nagrody Nobla z medycyny, okazała się dużo większa, niż ogółu społeczeństwa. Jedynie na pytanie o zmiany klimatyczne większość badanych odpowiedziała poprawnie.

Z czego to wynika – z nieaktualnej wiedzy? Z wpływu mediów, które lubią pokazywać dramatyczny obraz świata? Pewnie w jakimś stopniu tak, ale sedno problemu tkwi w naszych mózgach, które kreują pesymistyczne spojrzenie na rzeczywistość. Ludzki mózg jest produktem ewolucji. Zostaliśmy wyposażeni w instynkty, które pozwoliły naszym przodkom przetrwać w niewielkich grupach myśliwych i zbieraczy. To za sprawą tych dostosowań

także dziś nasze mózgi wyciągają często pochopne wnioski, bez większego zastanowienia. Kiedyś pomagały one uniknąć bezpośredniego zagrożenia, ale obecnie prowadzą nas do błędnych przekonań i przesadnie pesymistycznego obrazu świata.
Musimy więc nauczyć się kontrolować przyjmowanie bodźców o dramatycznym charakterze, by nie dać sprowadzić się na manowce – uważa Rosling.

My i oni

Ludzie mają nieodpartą pokusę dzielenia świata na dwie przeciwstawne części z wyimaginowaną przepaścią w środku. Za sprawą tego instynktu w ludzkiej świadomości pokutuje przeświadczenie, że istnieją dwa rodzaje krajów i dwa rodzaje ludzi: bogaci i biedni. Ten stereotyp ma ogromny wpływ na tworzenie błędnego obrazu rzeczywistości. Bardzo często spotykałem studentów, którzy mówili „my”, czyli Zachód i „oni”, czyli reszta świata – pisze Rosling. Ta reszta nigdy nie będzie żyć tak jak my, bo oni mają dużo dzieci i wiele z nich umiera, a my mamy mało dzieci i niską śmiertelność. Na podstawie ogólnie dostępnych danych zebranych przez Bank Światowy i ONZ wyjaśnia, że podział na kraje rozwinięte (my) i rozwijające się (oni) miał sens w latach 60., ale minęło pół wieku i świat się zmienił.

Dziś większość ludzi żyje w krajach rozwiniętych, prawie wszystkie dzieci na świecie są poddawane szczepieniom, a poziom śmiertelności maluchów do piątego roku życia wynosi zaledwie kilka procent. Nie są oni ani biedakami, ani bogaczami, żyją na średnim poziomie, nie głodując i nie umierając z powodu braku dostępu do pitnej wody czy do podstawowej opieki medycznej.

Te wywody budzą jednak zdumienie i niedowierzanie. Świat jest czarno-biały i tyle. Tymczasem

75% populacji żyje w krajach o średnim poziomie dochodów. Jedynie 9% w krajach naprawdę biednych.
Za najgorsze miejsca do życia uważane są: Afganistan, Republika Środkowoafrykańska i Somalia. Według Roslinga świat ze względu na dochody można podzielić na cztery grupy. Skrajna bieda oznacza, że człowiek musi przeżyć za mniej niż 2 dol. dziennie – przykładem są właśnie wymienione wcześniej kraje. Mieszka tam miliard ludzi. Druga grupa to kraje biedne, gdzie dzienny dochód wynosi od 2 do 8 dol. Zamieszkuje je 2 miliardy populacji. Przykładem Indie, Bangladesz, Kenia. Trzeci poziom to kraje średniozamożne, takie jak Chiny, Brazylia, ale również Rumunia i Bułgaria. Stawka dzienna wynosi od 8 do 32 dol., tak żyją 3 miliardy ludzi. I wreszcie poziom czwarty – zamożne kraje Zachodu ze stawką 32 dol. i więcej, zamieszkiwane przez miliard światowej populacji. W tej grupie znajduje się również Polska.

Czytelnicy tej książki zapewne żyją na poziomie 4 i to, co określają mianem biedy, nie ma nic wspólnego ze skrajnym ubóstwem – zauważa Rosling. Ich bieda ma charakter relatywny, nie mogą pozwolić sobie na przykład na nowy samochód, więc muszą jeździć starym, używanym. Każdy, kto spoglądał w dół z wysokiego budynku, nie jest w stanie ocenić różnic w wysokości pozostałych zabudowań znajdujących się poniżej. Dlatego ludzie z 4 poziomu porównują skrajności i postrzegają świat jako podzielony na dwie grupy: biednych i bogatych.

Idzie ku gorszemu

Na pytanie, czy świat się zmienia na gorsze, 90% ankietowanych z poziomu 4 odpowiada, że tak, ignorując fakt, iż za ich życia dokonał się wielki postęp. W ciągu ostatnich dwudziestu lat odsetek populacji żyjącej w skrajnej nędzy spadł z 29% do 9%, a średnia długość życia w ciągu minionych czterdziestu lat wzrosła z 60 do 72 lat. Gorzej w tych badaniach wypadają, paradoksalnie, ludzie lepiej wykształceni. Mój ojczysty kraj, Szwecja, pisze Rosling, który należy do najbogatszych i najzdrowszych na świecie, w chwili moich urodzin w 1948 r. znajdował się na poziomie Egiptu, czyli w sektorze 3, a w 1975 r. na poziomie Malezji, która niedawno awansowała do poziomu 4. Ludzie idealizują swoją młodość, kierując się emocjami, a nie wiedzą i racjonalnym myśleniem.

Wpływ na nasze postrzeganie świata ma też selektywne przekazywanie informacji przez media. Nieustannie słyszymy o klęskach żywiołowych, epidemiach, katastrofach, korupcji polityków. Dziennikarze informujący o samolotach, które się nie rozbiły albo o dobrych zbiorach szybko straciliby pracę. Złe wiadomości mają więcej dramatyzmu niż te o wydźwięku neutralnym czy pozytywnym, dlatego przyciągają naszą uwagę i zawsze trafiają do mediów.

Pesymizm, a nawet strach budzą informacje o wciąż rosnącej populacji. W 1800 r. było nas miliard, a w 2017 r. już 7,6 miliarda. Co będzie, jeśli liczba ludzi na świecie będzie dalej rosła w tak zastraszającym tempie? Przecież zasoby ziemi są ograniczone. Według Roslinga, podstawowy błąd takiego myślenia polega na tym, że mamy instynkt linii prostej, co oznacza, że ekstrapolujemy dotychczasowe trendy, nie zważając na zachodzące zmiany jakościowe. Tymczasem krzywa światowej populacji nie ma kształtu linii prostej.

Z prognozy ONZ wynika, że w 2100 r. liczba ludności osiągnie 11 miliardów i się zatrzyma. Przede wszystkim dlatego, że liczba dzieci do 15. roku życia nie zwiększy się w porównaniu ze stanem obecnym i wyniesie 2 miliardy. Jak to możliwe?

Kluczem do rozwiązania zagadki jest likwidacja biedy – wzrost dochodów, lepsza opieka medyczna i lepsza edukacja. Ludzie żyjący w skrajnej nędzy potrzebują licznego potomstwa, bo dzieci pełnią funkcję dodatkowej siły roboczej, a ponadto stanowią swojego rodzaju zabezpieczenie w wypadku śmierci któregoś z potomstwa. W krajach z najwyższym wskaźnikiem śmiertelności dzieci, jak Somalia, Czad, Mali czy Niger kobiety rodzą pięcioro, a nawet więcej dzieci. Gdy jednak widzą, że ich potomstwo dożywa starości i nie jest już wykorzystywane jako siła robocza, zaczynają marzyć o mniejszej rodzinie i lepszej edukacji dla dzieci. W bogatszych krajach (poziom 2, 3, 4), gdzie kobiety są lepiej wykształcone i mają dostęp do środków antykoncepcyjnych, średnia liczba dzieci przypadających na rodzinę wynosi dwoje. Dotyczy to takich państw, jak Iran, Meksyk, Brazylia, Turcja, Indie, a nawet Bangladesz. W 1972 r. po odzyskaniu przez Bangladesz niepodległości kobiety rodziły tam średnio siedmioro dzieci, a przeciętna długość życia wynosiła 52 lata. Dzisiaj rodzą dwoje, a noworodek może oczekiwać, że dożyje 73 lat. Wskaźnik przeżywalności wynosi 97%. To pokazuje, że postęp czyni cuda, a walka z biedą jest najlepszym sposobem na zrównoważony rozwój demograficzny.

Strach jest złym doradcą

Z instynktem pesymizmu łączy się instynkt strachu, podsycany przez media. Strach może okazać się użyteczny, jeśli dotyczy prawdziwego zagrożenia, ale jest okropnym doradcą, gdy blokuje nam zdolność do racjonalnego myślenia popartego rzetelnymi dowodami. Niemal codziennie dowiadujemy się o klęskach żywiołowych, katastrofach lotniczych, morderstwach i aktach terroryzmu, co sprawia, że wydaje nam się, iż żyjemy w coraz bardziej niebezpiecznym świecie. Tymczasem jest dokładnie na odwrót.

Spójrzmy na statystyki. Klęski żywiołowe odpowiedzialne są za 0,1% wszystkich zgonów rocznie, katastrofy lotnicze za 0,001%, wycieki radioaktywne za 0%, morderstwa za 0,7%, a ataki terrorystyczne za 0,05%. Warto dodać, że ataki te są często dyskutowane w mediach w najbogatszych krajach, podczas gdy tam właśnie liczba ich ofiar poczynając od 2001 r. zmniejsza się. Znaczny wzrost liczby ofiar śmiertelnych spowodowanych terroryzmem ma za to miejsce w krajach poziomu 1,2 i 3. Bez wątpienia w krajach bogatych więcej ludzie umiera z powodu alkoholizmu niż ataków terrorystycznych. W USA z rąk terrorystów w ciągu ostatnich 20 lat zginęły 3172 osoby, a z powodu nadużywania alkoholu 1,4 miliona.

Liczby mogą nam powiedzieć wiele ciekawych rzeczy, jeśli odpowiednio je zestawiamy i relatywizujemy. Jedna, samotna liczba nie jest żadną informacją. Trzeba ją koniecznie porównać z inną, a jeśli to możliwe – podzielić tę liczbę przez inną. Wskaźniki mówią więcej zwłaszcza, jeśli porównujemy grupy o różnej wielkości. Gdy porównanie dotyczy krajów lub regionów, należy szukać wskaźników liczonych na osobę. Trzeba też mieć świadomość, że w statystyce posługujemy się wartościami średnimi, które niewiele mówią o życiu konkretnych ludzi. W krajach znajdujących się na poziomach 1,2 i 3 są grupy, które żyją na poziomie 4. I odwrotnie w krajach bogatych są również grupy uboższe. Dlatego w miarę możliwości trzeba szukać różnic wewnątrz grup, zwłaszcza, gdy są one liczne. Należy też zachować ostrożność szermując pojęciem „większość”, bo to może być zarówno 51%, jak i 99%, jak i coś pomiędzy. Zdradliwe są również wyraziste przykłady, bo choć łatwiej je zapamiętać, mogą stanowić wyjątek, a nie regułę.

Zdawać by się mogło, że kto jak kto, ale ludzie biznesu powinni dokładnie analizować statystyki, ale tak się nie dzieje – pisze Rosling. Obecnie najwięcej ludzi żyje w Azji, 4 miliardy, i po jednym miliardzie w Afryce, Europie i obu Amerykach. ONZ przewiduje, że pod koniec stulecia liczba ludności w Europie i Amerykach znacząco nie wzrośnie, za to w Azji przybędzie nowy miliard, a w Afryce 3 miliardy. Jeśli dochody w Azji i Afryce będą rosły w obecnym tempie, środek ciężkości światowego rynku już za 20 lat przesunie się z Atlantyku na Ocean Indyjski.

Źródło: Gapminder

Źródło: Gapminder

Dzisiaj ludzie żyjący w bogatych krajach Północnego Atlantyku stanowią 11% populacji i 60% całego rynku konsumenckiego, ale za 20 lat będą stanowili już tylko 50%, a w 2040 r. 40%. Tymczasem ani inwestorzy, ani producenci nie widzą w Afryce ani w wielu krajach azjatyckich przyszłościowego rynku
– zaznacza Rosling. Z jego licznych spotkań z tymi grupami wynika, że nie mają pojęcia o zachodzących zmianach. Producenci podpasek prześcigają się w wymyślaniu coraz nowych ich typów dla 300 milionów kobiet na poziomie 4, nie widząc ogromnego potencjału dla standardowych produktów na rynkach, które nieustannie rosną.

Ten wzrost wyraźnie się zaznaczył po kryzysie 2008 r.

Przez wiele lat po załamaniu Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) prognozował wzrost dla krajów z poziomu 4 na 4% rocznie, traktując kryzys jako krótkotrwały wypadek przy pracy. Dziś wiemy, że prognozy te były chybione.
W tym samym czasie ze statystyk wynikało, że szybki wzrost, powyżej 5%, miał miejsce w krajach z poziomu 2, takich jak: Ghana, Nigeria, Etiopia i Kenia w Afryce oraz Bangladesz w Azji. Prognozy MFW mają ogromny wpływ na to, gdzie są inwestowane fundusze emerytalne. Obszary, które uważano za kraje niskiego ryzyka i wysokiej stopy zwrotu okazały się krajami o wysokim ryzyku i niskiej stopie zwrotu. Jednocześnie kraje afrykańskie z dużym potencjałem rozwoju pozbawione były szansy na inwestycje.

Jedna perspektywa

Kształtowanie światopoglądu na podstawie doniesień medialnych jest zdecydowanie złym pomysłem. Jednak proste idee są nas bardzo atrakcyjne. Nareszcie mamy poczucie, że coś rozumiemy, wszystkie problemy mają jedną przyczynę albo posiadają jedno rozwiązanie. Rzecz w tym, że takie nastawienie prowadzi do błędnego postrzegania świata.

Na przykład prosta i piękna idea wolnego rynku prowadzi do przekonania, że za całe zło w ekonomii odpowiada ingerencja rządu. Należy więc obniżyć podatki i zmieść wszelkie ograniczenia, by na świecie zapanował dobrobyt. A to przecież nieprawda.
Według Roslinga, są dwie przyczyny, dla których ludzie skupiają się na jednej perspektywie – jedna to ideologia polityczna, druga ideologia zawodowa.

Oprócz mediów również eksperci zajmujący się jedną dziedziną oraz aktywiści z organizacji pozarządowych wpływają na nasz błędny obraz świata. Obie te grupy brały udział w badaniach ankietowych prowadzonych przez Roslinga i obie wypadały gorzej niż inni respondenci. Bycie inteligentnym, posiadanie dobrego wykształcenia, a nawet Nagrody Nobla nie jest tożsame z posiadaniem wiedzy o świecie opartej na faktach. Aktywiści, którzy również uchodzą za ekspertów, celowo lub nieświadomie wyolbrzymiają problemy, które zwalczają. I tak

aktywistki walczące o prawa kobiet zdają się nie wiedzieć, że edukacja 30-letnich kobiet trwa średnio zaledwie o jeden rok krócej niż 30-letnich mężczyzn, a aktywiści zajmujący się gatunkami zagrożonymi w większości nie mają wiedzy, że populacje pand wielkich, tygrysów czy nosorożców czarnych w ostatnich latach rosną a nie maleją.
W wielu obszarach od praw prawa człowieka po ochronę zwierząt nastąpił wyraźny postęp, tymczasem aktywiści starają się podnieść świadomość opinii publicznej, twierdząc, że jest coraz gorzej.

Aktywiści wyolbrzymiają zagrożenia, z którymi walczą, bo chcą wywołać strach i poczucie pośpiechu – teraz albo nigdy. Na przykład

aktywiści zajmujący się walką z globalnym ociepleniem i emisją dwutlenku węgla, choć dobrze wiedzą, że świadomość klimatyczna jest wysoka, podkręcają temat, głosząc najczarniejsze scenariusze, które nie mają poparcia w naukowych prognozach.
Wiadomo, że dokładność przewidywań pogody ogranicza się do tygodnia naprzód. Również prognozowanie wzrostu gospodarczego i stopy bezrobocia jest zaskakująco trudne. Wynika to ze złożoności systemów biorących udział w tych zjawiskach. Przyszłość do pewnego stopnia zawsze jest niepewna i powinniśmy o tym otwarcie mówić. Tymczasem oni łączą zmiany klimatyczne z konfliktami, biedą czy migracjami, co jest zupełnie nieuprawnione. Ukuli nawet pojęcie „uchodźców klimatycznych”.
Globalny problem zmian klimatycznych jest tak samo istotny jak bieda. Gdy jednak ludzie wyczuwają przesadę, tracą zainteresowanie jednym i drugim.

Z tego płynie jasny, choć niełatwy w realizacji wniosek:

jeśli chcesz wyrobić sobie własne zdanie, zbudować światopogląd oparty na prawdzie, uciekaj od wszelkich ideologii, a zwłaszcza od zbyt prostych opinii i rozwiązań, serwowanych przez media, ekspertów, polityków i aktywistów.
Rozmawiaj z ludźmi, z którymi się nie zgadzasz, porównuj liczby i aktualizuj swoją wiedzę, bo ta ma krótki okres gwarancji.

Prawdziwe zagrożenia

Według Roslinga, jest pięć zagrożeń globalnych, które powinny budzić powszechne obawy: światowa pandemia, kryzys finansowy, trzecia wojna światowa, zamiany klimatyczne i skrajne ubóstwo.

Źródło: Gapminder

Źródło: Gapminder

Powołując się na grypę hiszpańską, która rozprzestrzeniła się na świecie po I wojnie światowej i przyniosła więcej ofiar niż poprzedzające ją działania wojenne (50 milionów zgonów), uważa, że choroby przenoszone drogą kropelkową stanowią większe zagrożenie dla ludzkości niż choroby typu ebola czy HIV/AIDS. Natomiast globalny kryzys finansowy może doprowadzić do upadku całych gospodarek i pozbawić pracy i środków do życia ogromne rzesze ludzi. Jeśli nawet najlepsi ekonomiści nie potrafili przewidzieć ostatniego kryzysu, nie ma powodu, by sądzić, że brak ostrzeżeń przed kolejnym gwarantuje, że do niego nie dojdzie. Zwłaszcza, że obecne rynki finansowe są tak skomplikowane i nieprzejrzyste, że opierają się wszelkiemu nadzorowi. Co do wojny światowej – nie można wprawdzie powiedzieć, że wisi ona w powietrzu, ale ludzie posiadają straszny instynkt agresywnych działań odwetowych, który może prowadzić do zaostrzania konfliktów, występujących w różnych zakątkach świata. Dlatego

trzeba usilnie budować światową sieć bezpieczeństwa, na którą składają się nie tylko porozumienia o ograniczeniach militarnych, ale również handel międzynarodowy, programy wymiany studentów czy wydarzenia sportowe.

Jeśli idzie o zmiany klimatyczne, nie trzeba rozważać najgorszych scenariuszy, by zdawać sobie sprawę, że są one zagrożeniem. Ale skoro już udało się ograniczyć substancje uszczuplające warstwę ozonową oraz ołów w benzynie, jest nadzieja, że i tym razem społeczność międzynarodowa sobie poradzi. Pod jednym wszakże warunkiem – jeśli będzie wierna zasadzie solidarności.

Największe ilości dwutlenku węgla produkują kraje najbogatsze i to one w pierwszej kolejności powinny podjąć kroki naprawcze. Nie można natomiast odmawiać ludziom żyjącym na poziomie 1 dostępu do elektryczności. Takich ludzi jest 800 milionów. Żyją w biedzie, w złych warunkach higienicznych, mają ograniczony dostęp do edukacji, są pierwszymi ofiarami zakaźnych chorób.
Potrzebują jedzenia i pracy, a gdy nie mają nic do stracenia, dołączają do brutalnych ruchów partyzanckich, jak w Afganistanie czy w Afryce centralnej. Powstaje błędne koło: bieda prowadzi do wojny domowej, a wojna do biedy.

Otwórz oczy na fakty

Szkoły powinny uczyć dzieci, jak wygląda obraz świata i życie ludzi na różnych poziomach dochodowych w różnych regionach globu. Dzięki temu, gdy dorosną, będą mogły umiejscowić informacje, jakie do nich trafiają we właściwym kontekście i zorientować się, kiedy media i aktywiści próbują budzić dramatyczne instynkty poprzez przesadnie pesymistyczne opowieści. Przy czym wiedzę tę trzeba będzie aktualizować, bo świat się szybko zmienia. Na szczęście trudne to nie jest – w dzisiejszych czasach wiarygodne dane na każdy niemal temat są ogólnie dostępne. Trzeba tylko chcieć po nie sięgnąć.