Europa wybrała socjalizm

Euro to projekt socjalistów, mający na celu spełnienie ich marzeń o scentralizowanym europejskim państwie – pisze Philipp Bagus, niemiecki ekonomista, w książce „Tragedia euro”, wydanej w 2011 r. przez Instytut Misesa.

FOTO: Picography

Bagus, wykładowca ekonomii na Uniwersytecie Króla Juana Carlosa w Madrycie, przekonuje, że od zawsze były dwie wizje Europy – klasyczno-liberalna i socjalistyczna. Ojcowie założyciele – Robert Schuman, Konrad Adenauer i Alcide de Gasperi – hołdowali wizji klasyczno-liberalnej, w której wolność stanowi najwyższą wartość. Ich sukcesem był Traktat Rzymski (1957 r.), zapewniający wolny handel, swobodny przepływ kapitału i wolność poruszania się obywateli. Za wizją socjalistyczną, według której Europa miała być protekcjonistyczna na zewnątrz i interwencjonistyczna wewnątrz, stali Jacques Delors i Francois Mitterand. Ci etatyści śnili o scentralizowanym państwie zarządzanym przez technokratów.

Philippe Bagus, foto: Instytu Misesa

Philippe Bagus, foto: Instytu Misesa

Philipp Bagus

Profesor ekonomii na Uniwersytecie króla Juana Carlosa. Jest członkiem Instytutu Misesa, stypendystą IREF, wyróżniony dwukrotnie nagrodą O.P. Alford III za publikacje z zakresu ekonomii politycznej (2011, 2017), nagrodą Rona Paula za obronę wolności w mediach w 2003 roku, nagrodą Templeton Fellowship Independent Institute (2008) oraz nagrodą Ludwiga-Erharda (2016). Oprócz „Tragedii euro”, książki przetłumaczonej i opublikowanej dotąd w 14 językach, jest współautorem książek: "Deep Freeze: Iceland's Economic Collapse", "Blind Robbery: How the Fed, Banks and Government Steal Our Money" oraz "Wir schaffen das alleine - warum Kleinstaaten einfach besser sind". Prowadzi witrynę internetową pod adresem: PhilippBagus.com.

Na początku dominowała wizja konserwatywno-liberalna, której broniły Niemcy, Holendrzy, Brytyjczycy, a także państwa Europy Wschodniej, które wyrwały się spod władzy Moskwy i chciały cieszyć się odzyskaną wolnością.

Szala na stronę socjalistów przechyliła się po upadku muru berlińskiego. Francuzi obawiali się, że Niemcy po zjednoczeniu stworzą zdominowany przez markę niemiecką obszar wolnego handlu. Oficjalnie euro miało ułatwić handel i turystykę, ale faktycznie był to krok w kierunku scentralizowanego państwa. Gdy w 2005 r. projekt konstytucji przepadł w referendach w Holandii i Francji, zmieniono nazwę na Traktat Lizboński (2007 r.), który nie wymagał powszechnego głosowania. Wpisano doń pluralizm, tolerancję, solidarność i inne frazesy, a tak naprawdę chodziło o euro,
które rodzi problemy, dając tym samym pretekst do dalszej centralizacji. Kres euro byłby końcem socjalistycznej wizji Europy, ale nie wspólnej Europy. Można nie mieć euro i należeć do wspólnego rynku. Różne waluty zdecydowanie lepiej wpisują się w europejską tradycję wolności – uważa Bagus.

Droga do euro

System rezerw cząstkowych i odejście od złota spowodowały zalew pieniądza fiducjarnego, czyli nie mającego pokrycia w dobrach materialnych (kruszcach). Mimo, że banki od bardzo dawna nie przechowują w pełni depozytów, lecz traktują je jako gotówkę i pożyczają, złoto limitowało zdolność ekspansji kredytowej, a tym samym tworzenie nowego pieniądza. Odchodzenie od złota następowało stopniowo, z każdym krokiem zwiększając możliwości tworzenia pieniądza bez pokrycia. Już system z Bretton Woods, wprowadzający wymienialność pośrednią poprzez dolara, pozwalał na ekspansję kredytową, która prowadziła do tworzenia pieniądza w czasie recesji i wzrostu inflacji. Gdy rezerwy amerykańskiego złota zaczęły topnieć i prezydent Nixon w 1971 r. zawiesił wymienialność dolara, żadna waluta nie miała już odniesienia do złota. Oznaczało to zniesienie jakichkolwiek ograniczeń w produkcji pieniądza fiducjarnego. Banki mogły rozdawać kredyty, a rządy zaciągać pożyczki na sfinansowanie deficytu budżetowego.

Nie wszystkie kraje stosowały równie inflacjogenną politykę, co przekładało się na wahania kursów walut i negatywnie wpływało na handel międzynarodowy. Bundesbank i holenderski bank centralny były dużo bardziej powściągliwe niż banki Francji, Hiszpanii czy Włoch. W Europie poszukiwano więc sposobu na skoordynowanie inflacji.

W 1979 r. powołano Europejski System Walutowy (ESW), który miał utrzymywać w określonych granicach wahania walut. Według Bagusa, dążenia do stabilizacji kursów były nie do pogodzenia z systemem, który miał temu służyć.
Pomysł polegał na tym, by banki centralne ingerowały, gdy kurs przekroczył granice wyznaczone przez korytarz. Miały sprzedawać walutę swojego kraju (produkować więcej pieniędzy), gdy kurs przekroczy górną granicę widełek lub kupować ją, sprzedając rezerwy walutowe, gdy kurs spada poniżej dolnej granicy. Interwencje banków ograniczały więc posiadane przez nie rezerwy. Dlatego Francuzi chcieli, by ESW obejmował połączenie rezerw, co zapewniłoby im i innym dostęp do niemieckich rezerw, ale Bundesbank się nie zgodził.

ESW ostatecznie upadł w 1993 r. , kiedy korytarz wahań poszerzono tak znacząco, że przestał pełnić swoją funkcję. Wcześniej Wielka Brytania wycofała funta, do czego, jak wiadomo, przyczynił się George Soros.

Jak dowodzi Bagus, ESW mogło działać tylko pod warunkiem, że wszystkie banki centralne wywoływałyby inflację w takim tempie jak najbardziej wstrzemięźliwe i wszystkie kraje miałyby deficyty nie większe niż Niemcy. Żaden z nich jednak nie chciał być pod „tyranią” Bundesbanku,
choć wszystkie chciały mieć stabilną walutę. W Europie narastało przekonanie, że istnieje jakiś inny system stabilizacyjny, co zwiększyło zaufanie do centralnych instytucji europejskich. Opinia publiczna była gotowa na przyjęcie euro.

Stabilność czyli wzrost cen

Mimo sprzeciwu niemieckich elit naukowych i finansowych euro wprowadzono w 1999 r., a w formie gotówkowej trzy lata później. Rząd przekonywał Niemców, którzy byli przywiązani do marki jako do silnej waluty, że jest to konieczne dla zachowania pokoju w Europie – pisze Bagus. Stabilność nowej waluty miał gwarantować Traktat z Maastricht (1991 r.), określający kryteria przyjęcia euro przez dany kraj, a także niezależny Europejski Bank Centralny (EBC), działający na podobnych zasadach jak Bundesbank. Warunki stabilności cen i osiągnięcie trwałego wzrostu miał wzmacniać Pakt Stabilności i Wzrostu (1997 r.), który objął wszystkie kraje UE, niezależnie od tego, czy przyjęły euro.

Wkrótce okazało się, że wszystko to było nieprawdą.

Kryteria z Maastricht nie działały automatycznie, do strefy euro przyjmowała Rada UE, jak życzyły sobie Francja, Włochy i Belgia. Niektóre kraje spełniały kryteria dzięki sztuczkom księgowym, inne tylko przez rok dzięki oczekiwaniom inwestorów, że wstąpią do strefy. Pakt Stabilności i Wzrostu był stopniowo rozmywany, zwłaszcza w kwestii deficytu budżetowego.
EBC okazał się sterowany przez polityków, którzy decydowali o tym, czy kurs euro obniżyć, czy podwyższyć. Różni się on od Bundesbanku jeszcze tym, że ma dbać nie tylko o stabilność cen, ale również wspierać politykę gospodarczą. Nawet jeśli agregaty pieniężne rosną szybciej niż zamierzano, EBC ma prawo stwierdzić, że wskaźniki gospodarcze pozwalają na prowadzenie ekspansywnej polityki pieniężnej. Nic więc dziwnego, że stabilność cen interpretuje się jako ich wzrost.

Beneficjenci euro

EBC, który miał być jak Bundesbank, stopniowo przekształcił się w bank centralny o cechach charakterystycznych dla krajów romańskich. Kontrolę nad nim faktycznie sprawuje południowa Europa, której rządy są bardziej skłonne do akceptowania deficytów i wywoływania inflacji. Euro jest dla krajów romańskich korzystne, bo inflacja tej waluty mogła dokonywać się bez widocznych oznak. Postępuje ona zresztą cały czas i ma charakter ukryty.

Wprowadzenie euro wiązało się z oczekiwaniem, że pieniądz w krajach romańskich będzie solidniejszy. Zmniejszyły się tam oczekiwania inflacyjne. Stopy inflacji spadły jeszcze przed wprowadzeniem wspólnej waluty, dzięki czemu mogły one spełnić kryteria z Maastricht. Zmniejszyły się też odsetki od kredytów prywatnych i od obligacji rządowych, ponieważ zmalała premia za ryzyko. Istniało przekonanie, że w razie problemów kraje silniejsze będą pomagać słabszym. Prawdziwe oszczędności w krajach Południa nie zwiększyły się. Boom kredytowy, jaki miał tam miejsce, doprowadził do powstania bańki aktywów, która pękła w 2008 r.

Kraje Południa po wprowadzeniu euro mogły sobie pozwolić na większy import, gdyż euro było mimo wszystko silniejszą walutą niż ich poprzednie waluty narodowe. To przełożyło się na wyższy standard życia, na który mówiąc wprost nikt nie zapracował. Produktywność gospodarki rosła bardzo wolno lub wcale, za to płace szły w górę, co niestety pogarszało konkurencyjność i zwiększało deficyt handlowy.
Natomiast Niemcy miały tradycyjnie wysokie nadwyżki handlowe dzięki wysokiej produktywności gospodarki. Mogły inwestować zagranicą, a Niemcy jeździć na tanie wakacje. Ale ponieważ pozycja euro była słaba w porównaniu z tym, jaka mogłaby być pozycja marki, import i standard życia nie rosły tak szybko jak by mogły. Również ceny w Niemczech rosłyby wolniej, gdyby nie było importu inflacji z krajów Południa. Na euro, a właściwie jego słabości, zyskali jedynie niemieccy eksporterzy.

Dlaczego więc Niemcy zgodzili się na euro? Według Bagusa przeważyły racje polityczne (cena za zjednoczenie), które najgłośniej wypowiadali Francuzi. Bundesbank narzucający ostry reżim pieniężny po prostu im przeszkadzał.
Były jednak także grupowe interesy wewnętrzne. Niektórzy niemieccy politycy także chcieli pozbyć się upartych bankierów z Bundesbanku, bo brak konkurencji walutowej daje większą władzę. A perspektywa harmonizacji przepisów w ramach UE podobała się zarówno zawiązkom zawodowym, bankom komercyjnym, eksporterom, jak i niektórym branżom (np. niemieckie firmy są liderami w ekologicznych technologiach).

Każdemu według potrzeb

EBC ma ogromną scentralizowaną władzę, tworzy pieniądz, a w konsekwencji przesądza o losie całych społeczeństw. Związki między bankiem centralnym a politykami w każdym kraju są bardzo silne. Bank kupuje obligacje rządowe, rząd płaci za nie odsetki, zwiększając zyski banku, które są następnie przekazywane rządowi. Rząd nie musi spłacać tego długu, ponieważ cały czas może emitować nowe obligacje, a bank centralny je kupi. Nazywa się to rolowaniem długu. Jeśli idzie o EBC, to przekazuje on swoje zyski narodowym bankom centralnym, zależnie od liczby ludności i PKB w danym kraju. Jednak Bundesbank utrzymywał więcej aktywów przynoszących odsetki w stosunku do ludności i PKB Niemiec niż bank centralny Francji w stosunku do ludności i PKB. Po wprowadzeniu euro zyski przekazywane rządowi Niemiec spadły, a rządowi Francji wzrosły.

Kiedyś pieniądz miał właściciela – złoto było pieniądzem prywatnym. Każdy mógł je wydobywać i wprowadzać do obiegu. Producenci złota ponosili koszty i czerpali korzyści. Wzrost podaży złota powodował wprawdzie wzrost innych cen, ale nikt nie był zmuszany do przyjmowania zapłaty w tym kruszcu. Ponadto nie wiązało się to ze spadkiem wartości pieniądza. W XX w rządy przejęły i zmonopolizowały produkcję pieniądza. Prywatny pieniądz został zastąpiony państwowym pieniądzem fiducjarnym, który jest prawnym środkiem płatniczym. Korzyści z tego przypadają bankom i rządom, a na jego użytkowników narzucane są koszty w postaci wzrostu cen i niższej jakości pieniądza.

Dziś, w systemie rezerw cząstkowych, każdy bank może produkować pieniądz fiducjarny za pomocą kredytu. Potrzebne są jednak pewne limity, żeby bank nie zbankrutował. Dlatego mamy banki centralne, które koordynują akcję kredytową wszystkich banków. Efekty istnienia monopolistycznego producenta pieniądza oraz systemu bankowego opartego na rezerwie cząstkowej regulowanego przez banki centralne występują wszędzie na Zachodzie. Ale EBC jest szczególnym bankiem centralnym – wykorzystują go wszystkie kraje należące do unii walutowej do finansowania swoich deficytów.

Te kraje, które mają wysokie deficyty i emitują dużo obligacji rządowych, zyskują najwięcej, a nowe pieniądze, jakie produkują, rozlewają się po całej unii walutowej. Ofiarami są obywatele wszystkich krajów wspólnej waluty, bo ceny rosną wcześniej niż dochody. Są nimi również rządy krajów prowadzących bardziej powściągliwą politykę fiskalną,
bo wskutek dużego apetytu krajów o wysokim deficycie, muszą płacić od swych długów wyższe odsetki.

Tragedia wspólnego pastwiska

Czy kraj strefy euro może zbankrutować? Teoretycznie EBC mógłby odmówić zaakceptowania określonych obligacji jako zabezpieczenia dla udzielonych kredytów. Ale w praktyce EBC na to nie pozwoli, co pokazał ostatni kryzys. EBC zmieniał zasady akceptowania zabezpieczeń, obniżając dopuszczalny poziom ocen dla papierów wartościowych.

A gdy okazało się, że Grecja nie spełni warunków oceny ratingowej, EBC ogłosił, że przyjmie greckie papiery dłużne, nawet jeśli będą one oceniane jako śmieciowe. Euro jest bowiem projektem politycznym i żaden kraj nie może opuścić unii walutowej. W razie potrzeby kraje bogatsze mają ratować słabsze. Europa wybrała socjalizm.

Philipp Bagus, Tragedia euro, Instytut Ludwiga von Misesa, Warszawa 2011

Philipp Bagus, Tragedia euro, Instytut Ludwiga von Misesa, Warszawa 2011

Politycy, którzy koncentrują się na najbliższych wyborach i nie chcą przeprowadzać niepopularnych społecznie reform, wykorzystują wydatki publiczne, a zwiększanie deficytu usiłują przerzucić na barki bardziej powściągliwych krajów strefy euro. Ta fatalna pokusa życia na kredyt bierze się z samej konstrukcji unii walutowej, z jednego banku centralnego, który chętnie odkupuje od banków obligacje rządowe, a w 2010 r. zapowiedział nawet, że będzie je kupował bezpośrednio. Ograniczenia zawarte w Traktacie z Maastricht i w Pakcie Stabilności i Wzrostu nie są stosowane automatycznie. Kraje nie mają motywacji, by ograniczać deficyt i zmniejszać dług państwowy, bo nigdy wobec żadnego z nich nie zastosowano sankcji. Zawsze łatwo było zebrać większość głosów, by do nich nie dopuścić. Bagus porównuje strefę euro do tragedii wspólnego pastwiska, które wszyscy eksploatują w rabunkowy sposób, nie myśląc o przyszłości.

Strefa konfliktów

Jeśli dobra nie przekraczają granic, to armie je przekraczają – pisze Bagus, który jest zwolennikiem klasycznego liberalizmu (szkoły austriackiej). Wszelkie blokady, ograniczenia w handlu rodzą konflikty.
Wolny handel międzynarodowy służy pokojowi, zwłaszcza w czasach podziału pracy. Oprócz blokad i ceł ograniczeniem wolnego handlu i dobrowolnej wymiany jest przymusowy transfer dóbr, do którego autor zalicza również reparacje wojenne, choć ich powody nie mają charakteru czysto ekonomicznego, jak w przypadku protekcjonizmu. Ojcowie założyciele UE nie chcieli, by doszło do wojny, dlatego ustanowili strefę wolnego handlu – dowodzi. Jednak Traktat Rzymski pozostawił przestrzeń dla niedobrowolnego transferu dóbr. Takim mechanizmem jest system redystrybucyjny, mający na celu harmonizację rozwoju regionów i krajów poprzez fundusze strukturalne oraz fundusze spójności. Ich beneficjentami są biedniejsze regiony i kraje UE, a największymi płatnikami – Holendrzy, Duńczycy i Niemcy.
Zdaniem Bagusa, ta redystrybucja stanowi potencjalne źródło konfliktów, ponieważ za transferowane dobra nic się nie otrzymuje.

Kolejnym mechanizmem niedobrowolnego przepływu dóbr jest rynek pieniężny. EBC prowadzi redystrybucję zasobów, tworząc nowe pieniądze i rozdzielając je rządom krajów strefy euro w wysokości zależnej od deficytu, jaki one tworzą. W efekcie rządy te wydają więcej niż otrzymują w podatkach. Drukują obligacje, sprzedają je systemowi bankowemu, który przedstawia je w EBC jako zabezpieczenie dla pożyczek udzielanych na tworzenie nowych pieniędzy. W rezultacie wzrasta podaż euro i presja na wzrost cen, które rosną szybciej niż dochody. Wspólna waluta instytucjonalizuje konflikt w miarę jak nasila się walka o przejęcie wpływu na podaż pieniądza. Przykładem jest Grecja, która mimo nierozwiązanych problemów strukturalnych, drukowała kolejne obligacje, a EBC je akceptował. Niemcy pytali, dlaczego ich rząd ratuje Grecję, choć Grecy przechodzą na emeryturę wcześniej niż oni.

Unia transferów

Bagus opisuje szczegółowo, jak doszło do kryzysy euro w latach 2009-2010 i jak wykuwał się program pomocowy dla krajów zagrożonych. Od Grecji się zaczęło, choć w kłopoty wpadły wszystkie kraje Południa, łącznie z Francją. Niemieckie banki (w tym Deutsche Bank), które były zaangażowane w kredytowanie Grecji i innych krajów zaproponowały, że wraz z francuskimi bankami udzielą Grecji pożyczki. Oferta została jednak odrzucona jako sprzeczna z traktatem UE. Gdy kryzys zaczął się pogłębiać, a agencje ratingowe obniżały oceny dla Grecji, Hiszpanii i Portugalii, na scenę wkroczyła UE wraz z jej liderami – Niemcami i Francją. Po zapowiedziach rządu greckiego cięcia wydatków publicznych (wynagrodzenia dla administracji, emerytury) oraz podwyżki podatków wypracowano dwa pakiety ratunkowe subsydiowanych pożyczek, w których uczestniczył także MFW. EBC natomiast porzucił wymogi ratingowe dla greckich obligacji, przez co stracił wiarygodność niezależnego banku centralnego.

Na pakiet pomocowy naciskali Francuzi, bo długi Grecji, Hiszpanii, Portugalii i Irlandii wobec banków francuskich były wyższe niż wobec banków niemieckich. Mimo to

udział Niemiec w programach ratunkowych był większy niż Francji (odpowiednio 28% i 21%). Opinia publiczna i niemieccy bankierzy byli oczywiście niezadowoleni, EBC nazwano przybudówką do francuskiego ministerstwa finansów, a unię walutową – unią transferów. Niemcy pod przewodnictwem Angeli Merkel stały się darczyńcą socjalistycznej wizji Europy
– konkluduje Bagus.

Irlandia była w innej sytuacji niż kraje Południa. Miała wprawdzie wysoki deficyt, ale też konkurencyjną gospodarkę. Przyczyną kryzysu była nadmierna ekspansja kredytowa. Gdy bańka napędzona przez banki pękła, władze przystąpiły do ich ratowania z pieniędzy podatników, podnosząc stawki podatku VAT.

Irlandczycy opierali się przyjęciu pomocy z Brukseli, bo sami by sobie poradzili, ale unijni urzędnicy chcieli szybko powstrzymać kryzys, by nie rozlał się na inne zagrożone kraje. Ponadto pomoc, jaką udzielili Irlandii, przyśpieszyła proces centralizacji władzy w UE.
Bruksela mogła teraz pośrednio kontrolować irlandzki budżet, żądając na przykład rezygnacji z niskiego podatku dochodowego od osób prawnych. Irlandia się jednak sprzeciwiła.

Kryzys nie przyczynił się do realizacji niemieckich żądań – fundusz ratunkowy nie został wprowadzony na trzy lata, lecz zamieniono go na fundusz stabilizacyjny, który ciągle generuje koszty. Może on kupować obligacje krajów euro na rynku pierwotnym, a także samodzielnie emitować obligacje, co oznacza wprowadzenie tylnymi drzwiami możliwości emisji euroobligacji, przed czym Niemcy się broniły. Nie zgodzono się również na automatyczne kary dla krajów, które łamią warunki Paktu Stabilności i Wzrostu, o co niemiecki rząd zabiegał.

Droga donikąd

Kryzys strefy euro wziął się z nadmiernego zadłużenia, z zaniżonych stóp procentowych, z ekspansji kredytowej, której nie odpowiadał przyrost oszczędności, a także z wadliwej konstrukcji unii walutowej.

Słabością euro jest to, że pozwala na redystrybucję, na której korzystają kraje generujące deficyt i zwiększające podaż pieniądza szybciej niż inne. Zanim wprowadzono euro, kraje zadłużone od czasu do czasu dewaluowały swoje waluty, by odzyskać konkurencyjność. Dziś nie muszą tego robić, bo brak konkurencyjności kompensują wydatkami publicznymi.
Nadmierna konsumpcja, będąca następstwem zaniżonych stóp procentowych i wzrostu nominalnych wynagrodzeń, jeszcze tę konkurencyjność osłabia.

Jaka przyszłość czeka system zachęcający do działań zmierzających do samozagłady – pyta Bagus. Są trzy możliwości. System może się rozpaść. Zadłużone kraje mogą wystąpić ze strefy euro, uznając, że dewaluacja waluty narodowej oraz niespłacenie zobowiązań są dla nich korzystne. Pokusa wystąpienia może zresztą dotyczyć również krajów prowadzących bardziej odpowiedzialną politykę, na przykład Niemiec. Nadwyżki handlowe i rozsądna polityka fiskalna doprowadziłyby do aprecjacji marki, do obniżenia cen towarów importowanych, do mniejszych kosztów inwestycji podejmowanych za granicą i do podniesienia standardu życia. Druga możliwość, na którą się raczej nie zanosi, to twarde egzekwowanie limitów wynikających z Paktu Stabilności i Wzrostu. I wreszcie trzecia droga, którą zdaje się wybrano, prowadzi do pogłębiania unii transferowej. Ta droga nie jest jednak raz na zawsze wytyczona, bo podążanie nią, może wywołać protesty krajów bogatszych, których obywatele czują się wykorzystywani.

Projekt euro jest projektem politycznym. Spełnieniem marzeń francuskich polityków o europejskim imperium, którym będą rządzili. Tyle tylko, że Francja nie jest gospodarczą potęgą w Europie, kasę trzyma kto inny. Pytanie, którego Bagus nie zadał, a które się narzuca: kto przy zdrowych zmysłach wchodziłby w sojusz, w którym on ma płacić, a rządzić mają inni? Czy więc sojusz niemiecko-francuski jest realny?