Euro, czyli system ułudy

Euro to projekt polityczny, podobnie jak Unia Europejska. Euro jest pieniądzem bez pokrycia, a więc inflacyjnym. Tworzy sztuczny system pieniężny, w którym kryzysy są nieuniknione. To opinia Bruno Banduleta, niemieckiego ekonomisty, publicysty i analityka rynków międzynarodowych, autora książki ”Ostatnie lata euro”. Przyzwyczailiśmy już czytelników do krytyki europejskiej waluty przez autorów amerykańskich (J. Stiglitz), chińskich (Song Hongbing), greckich (J. Warufakis), ale podobnych głosów płynących zza Odry jeszcze nie prezentowaliśmy. Choć według powszechnej opinii Niemcy korzystają na euro, okazuje się, że byli mu przeciwni. Wprawdzie dziś te krytyczne głosy nie mieszczą się w głównym nurcie, to jednak trudno je lekceważyć. Bandulet ciekawie opisuje także tło polityczne i polityków odpowiedzialnych za europejski projekt.

Pierwszego stycznia 1999 r. 11 państw Unii Europejskiej wprowadziło euro jako jeszcze niewidoczną walutę księgową zapisaną tylko w pamięci komputerów. Druga co do jakości waluta, niemiecka marka, została uśmiercona, a Bundesbank, druga obok szwajcarskiego banku narodowego najlepiej funkcjonująca instytucja finansowa pozbawiona władzy – pisze z nostalgią. Trzy lata później narodziło się euro w fizycznej postaci, w portfelach Niemcy nie mieli już marek.

Euro było i jest dziwaczną walutą, którą do obiegu wprowadzają narodowe banki centralne, ale zezwolenie na emisję wydaje Europejski Bank Centralny (EBC). Na banknotach są wizerunki fikcyjnych mostów i bram, bo realne mogłyby zranić czyjąś narodową wrażliwość.
W decyzji EBC z grudnia 2001 r. napisano, że emisja euro nie musi podlegać żadnym ograniczeniom ilościowym, bo wprowadzanie tych banknotów do obiegu jest sterowane przez popyt. To znaczy – konkluduje Bandulet w wydanej jeszcze w 2011 r książce – że w razie inflacji dostawy się nie wyczerpią. Za pomocą pieniądza, na którego nikt nie zarobił i który nie ma żadnego pokrycia, można więc tworzyć długi i finansowe bańki. Wprawdzie po odejściu Ameryki od parytetu złota w 1971 r., marka także utraciła pośrednie pokrycie, ale Bundesbank starał się działać tak, jakby ono istniało nadal – przekonuje.

Zobacz również:

Grzech pierworodny

Wiele krajów, wchodząc do strefy euro, nie spełniało najważniejszych warunków konwergencji (deficyt budżetowy 3% PKB, dług publiczny 60%). Jednak

dzięki machinacjom księgowym ukryto prawdziwe zadłużenie tych, którzy nie powinni mieć jakichkolwiek szans. Grekom na przykład pomagał bank Goldman Sachs, który w 2001 r., gdy Grecję wprowadzano do euro, udzielił Atenom kredytu zakamuflowanego jako transakcja walutowa nie podwyższająca oficjalnego zadłużenia. W zamian na wiele lat z góry Grecja przepisywała bankowi wpływy z loterii i z opłat lotniskowych kosztem przyszłych dochodów budżetu. W całej Europie zawierano podobne deale.
Banki inwestycyjne dawały rządom gotówkę pod zastaw przyszłych dochodów, a rządy podejmowały zobowiązania, które łatwo było ukryć w bilansach.

Stare grzechy doprowadziły do kryzysu euro w 2009-2010 r., ale pomogły dwa wydarzenia w okresie bezpośrednio poprzedzającym. W 2008 r. miała miejsce szybka ucieczka od dolara, która groziła tym, że zagranica nie zechce już finansować amerykańskich deficytów, a w końcu 2009 r. nowy grecki rząd ogłosił, że deficyt budżetowy jest dwa razy wyższy niż przewidywano. Znaczące obniżenie ratingów dla Grecji było okazją do odwrócenia trendu na rynkach walutowych i zatrzymania hossy na euro. Rynki zaczęły obstawiać bankructwo Grecji i grać przeciwko euro. Fundusze hedgingowe i banki, takie jak Goldman Sachs, zaczęły podbijać koszty ubezpieczeń na wypadek niemożności spłaty zadłużenia. Warto zaznaczyć, że takimi zabezpieczeniami (CDS) grają kontrahenci, którzy nie mają zamiaru handlować aktywami bazowymi, w tym wypadku greckimi obligacjami. To czysta spekulacja. Dzięki niej zyskał dolar, który znów wrócił do łask jako „bezpieczna przystań”.

Czy w przededniu katastrofy Goldman Sachs nie chciał ratować Grecji? Ależ chciał. W listopadzie 2009 r. jego ekipa zjawiła się w Atenach z propozycją odsunięcia w czasie długów służby zdrowia. Tym razem jednak Grecy odmówili. Słono za to zapłacili – bank odwrócił swoją strategię i zaczął grać przeciw Atenom.
Teraz zarabiał windując ceny ubezpieczenia greckich obligacji.

Można śmiało powiedzieć, że gdyby nie wielkie banki inwestycyjne i fundusze hedgingowe euro by nie powstało. Ale też nic go nie uratuje, gdy pewnego dnia ci gracze skierują kciuki w dół – pisze Bandulet.

Inflacyjny pieniądz

EBC, w przeciwieństwie do Rezerwy Federalnej (Fed), ma w pierwszej kolejności dbać o stabilność cen. Przy czym sugeruje się, że deflacja jest zła, choć wzrost produktywności powinien prowadzić do spadku cen. Tak się działo w epoce standardu złota. Faktycznie EBC preferuje inflację w granicach 2% mierzoną indeksem cen konsumpcyjnych (CPI). Drugą miarą jest masa pieniądza w obiegu – M3, którą EBC wyznaczył na 4,5%. Jeśli patrzeć na inflację CPI, jest ona na przestrzeni lat nieznaczna, jeśli zaś na indeks M3 – duża i zmienna. A to właśnie M3 jest właściwą miarą, bo przyczyną wzrostu wszystkich cen – i towarów, i papierów wartościowych – jest zwiększenie pieniądza w obiegu. Ceny konsumpcyjne nie informują o kryzysie, taką informacją jest zadłużenie.

Euro, jako pieniądz bez pokrycia, jest pieniądzem inflacyjnym. Można go dowolnie produkować. W obecnym systemie, po odejściu od parytetu złota, pieniądz produkują masowo banki komercyjne udzielając kredytów. Sprzyja temu system rezerw cząstkowych. Banki pożyczają dużo więcej niż mają, wręcz tworzą pieniądz z niczego, co jest źródłem nadmiernego zadłużenia. Gdy bank ugnie się pod ciężarem kredytów i grozi mu niewypłacalność, woła o pomoc do banku centralnego i do rządu, który dysponuje jedynie pieniędzmi podatników.

W systemie złota karą za hazard była upadłość, w obecnym systemie nie ma żadnej kary. W 2009 r. Grecy byli winni niemieckim i francuskim bankom 300 mld euro. Gdyby Grecja ogłosiła niewypłacalność, bankom groziłaby upadłość. Na ratunek pośpieszyła Angela Merkel. Głosząc hasło solidarności, miała na myśli solidarność nie z Grekami, lecz z bankami.
Po kryzysie żadnych działań naprawczych nie podjęto.

Pieniądz bez pokrycia to pieniądz inflacyjny, prowadzący do nadmiernego zadłużenia i kryzysów. System dolara, podobnie jak system euro także dryfuje ku katastrofie – pisze Bandulet.

Niepotrzebna ofiara

Nie byłoby euro, gdyby nie trzej panowie – Jacques Delors, Francois Mitterand i Helmut Kohl. Bandulet prezentuje całą trójkę. Delors to francuski socjalista – były minister gospodarki, w latach 1985-1995 przewodniczący Komisji Europejskiej, zimny technokrata i aparatczyk, który pchnął integrację europejską dalej niż ktokolwiek przed nim i po nim. Mitterand również socjalista, prezydent Francji w latach 1981-1995, dobrze wykształcony cynik, grający w czasie II wojny na dwie strony (pracował dla Vichy i dla opozycji), mądry strateg, któremu udało się dogłębnie dopasować krajobraz polityczny Europy do francuskich interesów. I wreszcie Helmut Kohl z CDU, kanclerz RFN od 1982 r., zwany też kanclerzem zjednoczenia, owiany nie wyjaśnionymi do końca skandalami z subwencjami partyjnymi, ekonomiczny dyletant, który wymienił markę NRD na markę RFN w stosunku 1:1, degradując w ten sposób gospodarkę landów wschodnich na długie lata.

Francuzom zależało na pozbyciu się marki niemieckiej („niemiecka broń jądrowa”) i wprowadzeniu euro, a niemiecki kanclerz miał za mało wiedzy, wyobraźni i siły, by się im przeciwstawić.
Nie informując opinii publicznej i wbrew stanowisku Bundesbanku, przystał na projekt unii monetarnej z euro i EBC na czele. Był przekonany, że jest to cena, jaką musi zapłacić za zjednoczenie Niemiec. Jednak mylił się. Jak dowodzi Bandulet, ani Francja, ani Wielka Brytania, ani osłabiony Związek Sowiecki nie były w stanie zapobiec zjednoczeniu Niemiec, bo taka była wola Stanów Zjednoczonych. Wyraził ją prezydent Ronald Reagan podczas swojej berlińskiej wizyty w 1987 r. Długo przed upadkiem muru i wystarczająco długo przed rozpoczęciem intensywnych prac nad uruchomieniem Europejskiej Unii Walutowej.

A prace te rozpoczęły się wraz z powołaniem komisji Delorsa w 1988 r. Rok później był już gotowy raport Delorsa, a KE dała zielone światło na etapowe wprowadzenie reformy, choć władze Bundesbanku projekt krytykowały. Co więcej, Kohl zgodził się również na sztywny harmonogram unii monetarnej, która miała zacząć działać od 1999 r. , czego nie przewidywał nawet raport Delorsa. W 1992 r. podpisano w Maastricht traktat, który określał warunki konwergencji. Do 1999 r. wszystkie kraje miały je spełnić. Uczestnictwo w unii monetarnej miało obowiązywać po wsze czasy. Amerykanie nie naciskali na przyjęcie traktatu, więc tym bardziej Niemcy powinny go odrzucić – konkluduje Bandulet.

Iluzja konwergencji

Powodzenie euro zakładało bezwarunkowe dotrzymywanie kryteriów. Jednak po pierwsze w kryteriach tych nie ma wskaźników oceny realnej gospodarki, jak produktywność czy konkurencyjność, po drugie – gdy „zaklepano” unię monetarną, większość krajów nie spełniała nawet kryteriów, na które się zgodzono. W 1997 r. większość aspirantów upiększała pospiesznie swoje budżety wszystkimi możliwymi metodami, a resztę zrobiły spekulacyjne rynki finansowe. Fundusze hedgingowe skupowały obligacje w drachmach czy w lirach, bo w określonym terminie miały być one wymienione na obligacje w euro. Zysk bez ryzyka.

W wielu krajach odbyły się referenda w sprawie przyjęcia euro (Francuzi powiedzieli tak, Duńczycy i Szwedzi – nie), ale Niemcom odmówiono tego przywileju. Opozycja wobec euro w Niemczech miała charakter elitarny, sprzeciwiali się profesorowie ekonomii i niektórzy politycy, media trzymały stronę Kohla.

W 1993 r. bawarski polityk związany z FDP, Manfred Brunner, zaskarżył Traktat z Maastricht do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. Sędziowie orzekli, że jest zgodny z konstytucją, ale choć ustanawia „związek państw”, to nie „państwo opierające się na europejskim narodzie”, co oznacza, że w gestii niemieckiego parlamentu muszą pozostać „zadania i uprawnienia o zasadniczym znaczeniu”. Trybunał stwierdził także, że choć działa we współpracy z Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości, to jednak w kwestiach spornych rezerwuje dla siebie ostatnie słowo!

Niemieccy politycy i bankierzy wyobrażali sobie, że powstanie unia monetarna zgodna z traktatowymi zapisami – mała, ale twarda. Wierzyli, że kryteria konwergencji zostaną potraktowane poważnie, że przejdą zaostrzenia, jak ustanowienie automatycznych kar za ich łamanie, ale się mylili. Jedyne, co zdołali przeforsować, to zgodę na siedzibę EBC we Frankfurcie. Apolityczności EBC już nie udało się uratować. Premier Francji Alain Juppe (bliski współpracownik Chiraca) w jednym z wywiadów powiedział: „Nie chcemy, by wszystkie decyzje zapadały w ramach technokratycznego, na wpół automatycznego systemu, pozostając w wyłącznej gestii EBC”. Tak wizja euro-marki, została zamieniona na euro-franka – napisał Bandulet.

Zimny prysznic

Euro miało być przeciwwagą dla dolara. Europa liczyła na uniezależnienie się od amerykańskiego systemu finansowego i uodpornienie się na niebezpieczne podmuchy z Wall Street. Ale się przeliczyła, co udowodnił ostatni kryzys. Jeszcze w 2008 r. wydawało się, że najbardziej poszkodowane będą Stany Zjednoczone, ale amerykańska finansjera wykazała się taktyczną zręcznością i strategiczną przewagą nad Europą. Amerykanie potrafią w razie potrzeby wypchnąć część swoich strat do innych obszarów walutowych (1997 – Azja Południowo-Wschodnia, 1998 – Rosja). Europa nie wiedziała, że w 2008 r. ofiarą padnie jej waluta.

Amerykanie najpierw nadmuchali rynek nieruchomości, a potem wznieśli górę instrumentów pochodnych, którymi z powodzeniem mamili europejskie banki. Niemieckie i francuskie banki nie znały nawet dłużnika na końcu łańcucha sekurytyzowanych instrumentów pochodnych, a ten okazał się niewypłacalny. Mimo to inwestowały w te produkty, udzielały kredytów w dolarach na masową skalę, pożyczały na długi termin, zadłużały się na krótki, aż w końcu zabrakło im dolarów na wypełnianie zobowiązań.
Banki centralne, w tym EBC, musiały zaopatrywać je w dolary. Robiły to w Fed za pomocą transakcji swapowych. Gdyby niemiecki bank, który otrzymał pomoc od Bundesbanku upadł, wówczas Bundesbank musiałby wypłacić swoje zobowiązania wobec Fed w całości. Robiono więc wszystko, by taki bank ratować.

Już w 2008 r. dolar szedł w górę, a euro spadało. Amerykanie utrzymali dolara jako walutę rezerwową, a nawet ją wzmocnili, a przy okazji oczyścili swój system finansowy. Upadł Bear Stearms (masę upadłościową przejął JP Morgan Chase), zbankrutował Lehman Brothers, a Merrill Lynch został przejęty przez Bank of America. Wzmocnił się najinteligentniejszy z graczy – Goldman Sachs, który zarobił zarówno na boomie, jak i na załamaniu.

Za dolarem stoi niewątpliwie amerykańska branża finansowa, dzięki której USA udało się szybko wyjść z kryzysu. Najpierw rozpętała ona kryzys, potem go wyeksportowała i dużo szybciej niż europejska odliczyła aktywa. To świadczy, że jest lepiej przygotowana na kryzysy i działania naprawcze. Na niekorzyść dolara przemawia wprawdzie duży deficyt na rachunku obrotów bieżących (dług zagraniczny) i deficyt budżetowy, strefa euro jest pod tym względem lepiej zbilansowana, ale europejskie straty ratują właściwie trzy gospodarki – niemiecka, holenderska i austriacka, na Południu, w tym we Francji, hulają deficyty, a EBC nie prowadzi dużo bardziej konserwatywnej polityki w produkowaniu pieniądza niż Fed. Na pytanie czy lepiej inwestować w dolara, czy w euro, odpowiedź brzmi – lepiej szukać innej alternatywy – stwierdza Bandulet.

Błędy konstrukcyjne

Błąd konstrukcyjny euro polega na tym, że miało ono zespolić w jeden organizm elementy do siebie niepasujące. Trudno za kryzys winić Grecję, bo jej sytuacja była znana od dawna – od przyjęcia euro grecka gospodarka stawała się coraz mniej konkurencyjna. Zresztą kryzys pokazał, że również inne kraje, jak Portugalia czy Hiszpania zaczęły się chwiać. Właściwie, to należałoby pozwolić Grecji opuścić strefę euro i ogłosić upadłość, ale wtedy niemieckie i francuskie banki trzeba by ratować pieniędzmi podatników.

Nie tylko strefa euro została źle skonstruowana, ale i cała Unia Europejska.

Podział zadań i obowiązków między organami UE jest dziwny. Nie Parlament Europejski, a Komisja Europejska przygotowuje projekty ustaw, które następnie uchwala Rada Unii Europejskiej (ciekawe ciało, którego skład się ciągle zmienia). Parlament jedynie „uczestniczy” w tym procesie, co jest ewidentnym naruszeniem trójpodziału władz. W tej sytuacji bardzo istotne zadanie powinno przypadać władzy sądowniczej, ale w luksemburskim trybunale (TSUE) zasiadają ludzie, którzy nie chcą wchodzić w paradę centralnej władzy w Brukseli. Często podkopują oni obowiązujące traktaty oraz ingerują w fundamentalne kompetencje państw członkowskich, nawet w dziedzinach, które są dla nich zastrzeżone.
Bandulet cytuje byłego prezydenta Niemiec, Romana Herzoga, który w artykule dla Frankfurter Allgemeine Zeitung (FAZ) z 8 września 2008 r. obnaża grzechy luksemburskiego Trybunału.

Pod pręgierz Bandulet bierze również Traktat Lizboński (niby-konstytucja UE), w którym nie ma odniesienia do tradycyjnych wartości czy jak w niemieckiej konstytucji do Boga, lecz do nie definiowalnych frazesów, typu: pluralizm, równość, niedyskryminacja, tolerancja, solidarność. Ponieważ rządzi prymat równości, wszystko trzeba harmonizować, centralizować i rozdzielać. Nic dziwnego, że różnorodność walut nie pasuje do tej koncepcji. Jaki Europejczyk przeczytał traktat poza jego autorami? Dlaczego 40 tys. brukselskich biurokratów rozsądza, kto jest dobrym Europejczykiem, a kto nie? Dlaczego nie możemy sami decydować, co jest dla nas dobre – pyta retorycznie.

Alternatywa

Była i ciągle jest alternatywa dla euro. Brytyjczycy sceptyczni wobec projektu wspólnej waluty, w 1989 r. proponowali, by obok walut narodowych do obiegu dopuścić ecu (obecnie euro) jako legalny środek płatniczy – w ramach konkurencji walut, przy swobodnym przepływie kapitału i swobodnym kształtowaniu kursów. Rok później

premier John Major zaproponował wprowadzenie twardego ecu. Specjalnie powołany Europejski Fundusz Walutowy (odpowiednik MFW) miałby skupować waluty narodowe, co oznaczałoby, że ilość pieniądza się nie zwiększa, lecz zmieniają się jedynie jego składowe. Ecu nie mógłby być dewaluowany, ale waluty narodowe – tak. Oba rozwiązania uchroniłyby UE przed kryzysem greckim, bo drachmę można by zdewaluować i przywrócić gospodarce konkurencyjność. Bundesbank popierał te projekty, ale Bruksela, Paryż, Bonn ostro się im sprzeciwiły. Chcieli mieć inflacyjny pieniądz bez żadnych ograniczeń
– konkluduje Bandulet.

Unia Europejska też nie była jedynym projektem na ułożenie ładu w Europie. Istniała przecież EFTA (Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu), która zawsze pozostawiała państwom członkowskim suwerenność – bez ograniczeń, bez wspólnej polityki, wspólnej waluty i transferu pieniędzy. Dziś do EFTA należą Norwegia, Szwajcaria, Lichtenstein i Islandia. Niedawne kłopoty Islandii były efektem jej własnych błędów, za które odpowiadają banki i polityczne elity. Pomocną dłoń wyciągnęła po sąsiedzku Norwegia, nie dlatego, że musiała, lecz dlatego, że chciała. Szwajcaria natomiast kwitnie. Poziom życia, poziom wolności obywatelskich, ochrona własności są znacząco wyższe niż w Niemczech. Niemieccy specjaliści chętnie emigrują do Szwajcarii.

Niemcy oczywiście nie mogą być państwem neutralnym jak Szwajcaria, zaszłości historyczne i sytuacja geopolityczna na to nie pozwalają, ale uczestnictwo w błędnie skonstruowanej UE nie przynosi im korzyści – generuje wyłącznie koszty. Twierdzenie, że dzięki euro Niemcy są czołowym eksporterem, nie znajduje potwierdzenia w faktach. Przed Maastricht Niemcy także były eksportowym liderem dzięki wysokiej produktywności i innowacyjności gospodarki. Bez niemieckich nadwyżek UE cienko by przędła, a euro jeszcze bardziej traciłoby na wartości, a nawet w ogóle by nie powstało – uważa Bandulet.

Jego zdaniem

kraje Europy Wschodniej lepiej by wyszły, gdyby po upadku komunizmu przystąpiły do EFTA. Tyle tylko, że na życzenie Waszyngtonu rozszerzenie NATO miało iść na wschód, poszło więc w parze z rozszerzeniem UE. Przy okazji Zachód mógł się oprzeć na skorumpowanych elitach postkomunistycznych, które z radością zamieniły RWPG na Brukselę. Poza tym UE miała pieniądze, fundusze strukturalne, których EFTA nie ma. I choć te pieniądze to tylko drobny deszczyk, smarują tryby korupcji, napełniają kieszenie nowobogackim elitom politycznym i uzależniają je od brukselskiej biurokracji, która lubi posłusznych.

Wspólnota długów

Panuje opinia, że dzięki euro niemiecki eksport kwitnie, co przekłada się na duże nadwyżki w obrotach bieżących. Bandulet się z nią nie zgadza, 60% niemieckiego eksportu idzie do krajów z inną walutą niż euro – zauważa. Przynależność do strefy euro ma wręcz negatywny wpływ na niemiecką gospodarkę, bo Niemcy w razie kryzysu muszą pomagać krajom znajdującym się w opałach. Ponadto wpłacają ogromne kwoty do unijnego budżetu, uczestniczą w MFW, gdzie mają duże udziały, podobnie zresztą jak w EBC, który skupuje ryzykowne obligacje krajów Południa, wprowadzając w obieg nowe pieniądze, co jest sprzeczne z zasadami banku centralnego i z zasadami z Maastricht. Jeśli będzie potrzeba dokapitalizowania EBC, Niemcy znów będą w nim proporcjonalnie uczestniczyć. A sytuacja wewnętrzna nie wygląda różowo – dług publiczny Niemiec przekracza 60 % PKB, zbyt mała część pieniędzy idzie na inwestycje, dochody Niemców nie rosną, pozostają na poziomie z przełomu XX i XXI wieku. Gospodarce niemieckiej lepiej służyłaby strefa wolnego handlu bez centralizacji i redystrybucji, o co tak gorliwie zabiegają Francuzi. Zresztą strefa wolnego handlu bez unijnego centralizmu byłaby również bardziej korzystna dla krajów słabszych, bo mogłyby zachować suwerenność w decyzjach i szybciej nadrabiać zaległości.

A co z euro? Unia monetarna miałaby sens – pisze – gdyby był przestrzegany pakt o stabilności z limitami zadłużenia, odpowiedzialnością krajów za długi, które zaciągają i niezależnością EBC. W czasie kryzysu wszystkie te zasady zostały pogwałcone, a unia monetarna przekształciła się w unię zadłużenia i transferów.

Ratunkiem dla euro byłoby także wprowadzenie walut narodowych obok euro, tak jak swojego czasu chcieli Brytyjczycy. Kraje Południa odzyskałyby elastyczność i mogłyby stanąć na nogi, a rynek z czasem rozstrzygnąłby, który pieniądz zyska przewagę, w jakiej walucie warto oszczędzać.
Do pomyślenia jest również trzeci scenariusz, który Bandulet przytacza za publicystą Philipem Plickertem (FAZ), a mianowicie zawężenie unii monetarnej do krajów, które posiadają zdrowe fundamenty. Są to: Niemcy, Austria, kraje Beneluxu, Finlandia. Do bloku tego mogłyby przystąpić także Czechy i Polska, jeśli uznałyby, że jest to dla nich korzystne.