Czytając Harariego: rewolucja jakiej nie było

Większość ludzi nudzą dyskusje o sztucznej inteligencji, algorytmach opartych na big data czy bioinżynierii, gdy jednak pada magiczne słowo „praca”, od razu zainteresowanie rośnie. W XX wieku ludzie walczyli z wyzyskiem, a teraz będą z postępującym brakiem znaczenia – pisze izraelski historyk i filozof Yuval Noah Harari w książce „21 lekcji na XXI wiek”.

Yuval Harari, FOTO: YouTube/Talks in Google

Harari zauważa, że rewolucjami w technologii internetowej i biotechnologicznej, które zmieniły świat w większym stopniu niż cokolwiek innego, kierowali nie politycy i wyborcy, lecz inżynierowie, naukowcy i przedsiębiorcy. Ludzie, którzy nie zdają sobie sprawy z konsekwencji swoich decyzji, a już na pewno nikogo nie reprezentują.

Czy politycy potrafią wziąć sprawy w swoje ręce? Na razie wydaje się, że nie. Rewolucja technologiczna nie jest nawet pierwszoplanowym punktem programów partii politycznych.

W XX wieku globalne elity wypracowały trzy narracje – faszystowską, komunistyczną i liberalną. Faszystowską wyeliminowała druga wojna światowa, komunistyczna zawaliła się w końcu lat 80., a liberalna pozostała dominującym przewodnikiem po przeszłości i drogowskazem na przyszłość – tak się przynajmniej wydawało globalnym elitom. Rozstrzygnięto już przecież wszystkie polityczne i ekonomiczne kwestie, a jedyną opcją pozostawał odnowiony pakiet liberalny składający się z demokracji, praw człowieka, wolnych rynków oraz państwowej opieki społecznej. Jeśli świat chciał żyć w dobrobycie i pokoju, musiał go przyjąć. Ludzkość bez granic miała przekształcić się w jedną globalną społeczność. Odtrąbiono nawet „koniec historii”, jednak coś poszło nie tak.

Donald Trump obwieścił światu, że kreowanie jakiejś globalnej wizji nie jest zadaniem Ameryki, która powinna skupić się własnych problemach, a zwolennicy brexitu pokazali, że przyszłość Europy leży poza kręgiem ich zainteresowań. Nie odrzucono całego pakietu liberalnego, lecz jedynie tę część, która dotyczy globalizacji. Ludzie nadal wierzą w demokrację, wolny rynek, prawa człowieka i odpowiedzialność społeczną, ale wolą doglądać tych szczytnych celów w ramach swoich granic.

Dlaczego? Czy za obecny kryzys odpowiadają rewolucje w technologii informacyjnej i biotechnologicznej? Większość ludzi nudzą dyskusje o sztucznej inteligencji, algorytmach opartych na big data czy bioinżynierii, gdy jednak pada magiczne słowo „praca”, od razu zainteresowanie rośnie.

Utrata znaczenia

Nikt nie wie, jak będzie wyglądał rynek pracy w 2050 r., ale powszechnie przyjmuje się, że uczenie maszynowe i robotyka zmienią niemal każdy fach. Ludzie mają dwa rodzaje umiejętności – fizyczne i poznawcze. W przeszłości maszyny rywalizowały z ludźmi w zdolnościach fizycznych, a w sferze usług pojawiały się nowe zajęcia wymagające zdolności poznawczych, analitycznych i komunikacyjnych. Obecnie jednak sztuczna inteligencja (SI) zaczyna w tych dziedzinach osiągać lepsze wyniki niż człowiek. Rewolucja w SI polega bowiem nie tylko na tym, że komputery są coraz szybsze, ale również na tym, że są coraz inteligentniejsze.

Im lepiej pojmujemy mechanizmy biochemiczne, które są podstawą naszych emocji, pragnień i wyborów, tym skuteczniejsze mogą być komputery w przewidywaniu naszych zachowań i zastępowaniu ludzi w roli kierowców, prawników, bankierów czy artystów. Za zanikanie miejsc pracy odpowiada bowiem nie sama technologia informacyjna, lecz połączenie jej z biotechnologią.

Jeśli pojedynczych ludzi zastąpi połączona sieć, zagrożony będzie również zawód lekarza. Gdy wykrywa się jakąś chorobę lub nowy lek, jest rzeczą niemożliwą, by szybko zaktualizować wiedzę wszystkich lekarzy na świecie. Ale już lekarzy SI będzie można zaktualizować w ułamku sekundy. W tej samej sieci można uruchomić wiele alternatywnych algorytmów, tak by pacjent mieszkający w odległej wiosce mógł za pomocą smartfona skontaktować się z setką różnych lekarzy SI. Nie podoba ci się lekarz z IBM-u? Możesz z łatwością zasięgnąć opinii lekarza z Baidu. Dzięki uczącym się algorytmom i czujnikom biometrycznym wieśniak ze słabo rozwiniętego kraju będzie mógł korzystać z lepszej opieki zdrowotnej niż dziś bogaci ludzie w drogich szpitalach. Nieraz oczywiście potrzebna będzie pomoc manualna – zabieg, zastrzyk, zmiana opatrunku. Dlatego niektóre zawody medyczne przetrwają dłużej, dotyczy to zwłaszcza pielęgniarzy oraz opiekunów osób starszych.

Czy powstaną nowe miejsca pracy? Tak, w laboratoriach, ośrodkach badawczych i analitycznych, a także w niektórych branżach związanych z serwisowaniem. W wielu dziedzinach, od pilnowania porządku publicznego po bankowość, możliwe są też zespoły mieszane złożone z ludzi oraz SI. Jednak wszystkie te zajęcia będą wymagały wysokich kompetencji. Trudno będzie przekwalifikować pracownika supermarketu na operatora drona.
Zresztą pewnie w przyszłości również obsługa dronów zostanie zautomatyzowana. Rynek pracy czeka więc wielka niestabilność. Rewolucja, jaką niesie SI, nie będzie jednym przełomowym wydarzeniem, lecz kaskadą coraz większych wstrząsów. Wyzwanie, jakie stawiają nam nowe technologie, jest dużo większe od tych, jakimi były maszyny parowe, koleje żelazne i elektryczność. Ludzkość musi szybko wypracować całkowicie nowy model, różny od dzisiejszego.

Kapitalistyczny raj

Zanikanie miejsc pracy będzie niewątpliwie szybsze od ich tworzenia. Regulacje prawne niczego nie zmienią, mogą co najwyżej spowolnić nowe rozwiązania technologiczne, ale ich nie zatrzymają. Państwo będzie musiało pomagać obywatelom w ciągłej zmianie kwalifikacji i zapewnić wsparcie w okresach przejściowych. Będzie więc musiało chronić pracowników, a nie jak do pory miejsca pracy. Mimo tych wysiłków znaczny odsetek ludzi i tak zostanie wypchniętych z rynku pracy. Dlatego

trzeba będzie poszukiwać nowych modeli społeczno-ekonomicznych. Takim modelem może być koncepcja powszechnego dochodu podstawowego (raj kapitalistyczny) lub koncepcja powszechnych świadczeń podstawowych bez rozdawania ludziom pieniędzy (raj komunistyczny). Co jednak oznaczają pojęcia „podstawowy” i „powszechny”?

Jeśli oznaczają one jakiś minimalny poziom, to będzie można go uzgodnić jedynie na szczeblu lokalnym. Już dziś Finlandia prowadzi eksperymentalny program dochodu podstawowego dla dwóch tysięcy bezrobotnych wysokości 560 euro miesięcznie. Podobne eksperymenty trwają w prowincji Ontario, a także w niektórych miastach, jak Livorno czy Amsterdam. Ale przecież najważniejsze ofiary automatyzacji mogą nie mieszkać w Finlandii czy w Ontario.

Globalizacja sprawiła, że ludzie w jednym kraju są całkowicie zależni od rynków w innych krajach.
Czy wyborcy w USA zgodziliby się, by z podatków amerykańskich firm wspierać bezrobotnych w innych krajach, które traktowano jako rezerwuar taniej siły roboczej?

Trudno jest również zdefiniować „podstawowe potrzeby”. Czy na przykład podstawowa edukacja ma obejmować tylko naukę czytania i pisania czy również grę na skrzypcach, a może chodzi o całą edukację aż do doktoratu?
Niezależnie od tego, jak je zdefiniujemy i zaspokoimy nieodpłatnie, zostaną przez społeczeństwo uznane za rzecz oczywistą i dojdzie do ostrej rywalizacji o ponadpodstawowe dobra luksusowe, takie jak samochody autonomiczne czy ulepszone dzięki bioinżynierii ciała. W ludziach ubogich będzie wzbierał gniew z powodu globalnych nierówności i braku możliwości awansu społecznego. Trzeba zastanowić się, jak połączyć powszechne zabezpieczenie ekonomiczne z ideą wspólnotowości i jakiegoś głębszego sensu.

Wolność, równość i tak dalej

Wbrew temu, co nam się wydaje, decyzje, tak osobiste, jak i polityczne, podejmujemy nie na podstawie racjonalnych kalkulacji, lecz uczuć. A niedługo będą to robić algorytmy, które już dzisiaj, analizując nasze zachowania w różnych sytuacjach, są w stanie wykrywać te emocje i hakować je. No tak, ale decyzje mają często wymiar etyczny – czy algorytmy rozumieją etykę? Może się okazać, że lepiej od nas, bo my jesteśmy etyczni w teorii, a w życiu biorą górę strach, gniew i pożądanie. Algorytmy nie mają emocji, bo nie ukształtowały się w wyniku ewolucji i doboru naturalnego, więc w sytuacjach kryzysowych będą lepiej stosować się do wymogów etyki niż ludzie.

W ślepym posłuszeństwie nie ma niczego złego, dopóki roboty będą służyć dobrym panom. Nawet powierzenie im działań wojennych mogłoby dać gwarancję, że po raz pierwszy w historii prawo wojenne na polu bitwy byłoby przestrzegane. Tyle tylko, że roboty zawsze stanowią odbicie tego, jak są zaprogramowane. Kłopot polega nie na ich sztucznej inteligencji, lecz na okrucieństwie ich twórców.
Równie groźne mogą być systemy monitoringu. W demokracji informacje są w dużym stopniu rozproszone, w systemie totalitarnym scentralizowane, co daje dyktatorom bardzo skuteczne narzędzie inwigilacji i pozbywania się niepokornych. Jeśli demokracji uda się przetrwać, i tak mogą pojawić się nowe formy dyskryminacji. Już dziś banki i korporacje używają algorytmów do analizy danych. Twój wniosek kredytowy często rozpatruje nie człowiek, lecz algorytm, a z nim dyskusji nie ma. Decyzje dyrektorów, prezesów korporacji, premierów będzie kształtowała SI. Całą władzę skupi wąska elita, a reszta będzie cierpiała z powodu braku znaczenia. Cóż to za demokracja?

Połączenie IT z bioinżynierią zagraża nie tylko wolności, ale i równości.
Nierówności istnieją odkąd istnieje własność, ale w XX wieku zaczęły się zmniejszać dzięki globalizacji. Dziś jednak znów widzimy oznaki rosnącej nierówności, bo niektóre grupy monopolizują owoce globalizacji. Niewykluczone, że narastające nierówności ekonomiczne przełożą się na biologiczne. Dzięki biotechnologii bogacze będą mogli doskonalić swoje ciała i mózgi, zwiększając ilość neuronów kosztem komórek glejowych, a ludzkość zostanie podzielona na superludzi i bezużyteczną resztę. Jeśli chcemy zapobiec skupieniu całej władzy i bogactwa w rękach wąskiej elity, trzeba uregulować prawa własności danych, tak jak w przeszłości uregulowano prawa własności środków produkcji.
Giganci IT gromadzą dziś dane i na razie sprzedają je reklamodawcom, ale gdy władza zostanie przeniesiona z ludzi na algorytmy, to one zaczną podejmować decyzje, kontrolować nasze życie i kształtować przyszłość.
Dlatego lepiej dla wszystkich byłoby, gdyby prawnicy, politycy i naukowcy, którzy dokonali przełomu technologicznego, zastanowili się, jak uregulować kwestię własności danych.

Zglobalizować politykę

Dzisiaj zagrożeniem nie jest tylko przełom technologiczny, który może zmienić naturę człowieczeństwa i przeistoczyć homo sapiens w cyborgi, ale także wojna jądrowa i kryzys klimatyczny. Państwa narodowe, które dały nam publiczną edukację i służbę zdrowia, zainspirowały troską o innych, należą do najbardziej dobroczynnych ludzkich osiągnięć, ale obecnie stoimy przed wyzwaniami, które wykraczają poza ich granice.

Cóż z tego, że USA wprowadzą zakaz modyfikacji genetycznej zarodków, skoro nie będzie on obowiązywał chińskich naukowców?
Cóż z tego, że ludzie na całym świecie chcą żyć w pokoju, skoro Rosja i USA rozpoczęły właśnie kolejny wyścig zbrojeń nuklearnych z wykorzystaniem najnowszych osiągnięć techniki? Cóż z tego, że na zmiany klimatyczne ma wpływ emisja gazów cieplarnianych, skoro różnice interesów pomiędzy państwami są ogromne, bo jedne, jak Rosja czy Arabia Saudyjska mają bogate zasoby surowców energetycznych, a inne, jak Chiny czy Japonia są ich pozbawione?

Te kryzysy nie będą się powstrzymywały, lecz napędzały.

W obliczu katastrofy ekologicznej państwa mogą pokładać nadzieję w dalszym rozwoju projektów technologicznych, które będą zwiększać ryzyko apokaliptycznych wojen.
Do lokalnej lojalności państw narodowych trzeba więc dodać globalne zobowiązania i na ich podstawie budować zglobalizowaną politykę. Nie chodzi o globalny rząd, bo to wątpliwa i nierealistyczna wizja, lecz o przypisanie odpowiedniej wagi problemom globalnym w polityce poszczególnych państw. W końcu mimo różnic kulturowych i granic świat stał się jedną cywilizacją.

Wybuch trzeciej wojny światowej jest mało prawdopodobny, bo – jak dowodzi Harari – byłby to krok samobójczy nawet dla groźnych reżimów takich, jak dynastia Kimów w Korei Północnej. Ponadto

wielkie mocarstwa dobrze wiedzą, że w wojnach XXI wieku, gdy głównym aktywem nie są bogactwa materialne, lecz wiedza technologiczna, więcej się traci niż zyskuje. Najskuteczniejszą strategią jest nieangażowanie się i zostawianie pola bitwy innym,
co z powodzeniem realizują na przykład Chiny. Rosja próbuje jeszcze starej metody fizycznych podbojów (Krym, Donbas), ale i ona stawia dziś głównie na wojnę cybernetyczną i globalną kampanię dezinformacji, której celem jest rozbicie NATO i Unii Europejskiej. Wydaje się, że prawdziwe niebezpieczeństwo w obecnym świecie stanowią grupy terrorystyczne, które mogą być zarzewiem apokaliptycznej wojny, jeśli wejdą w posiadanie broni masowej zagłady i zdecydują się jej użyć. Z terroryzmem należy walczyć, ale w ukryciu, a nie jak obecnie w blasku fleszów. Terroryzm budzi wielki strach, a media oraz politycy tylko ten strach podsycają, co zagrzewa wąskie zdeterminowane grupy do dalszych ataków.

Coraz mniej wiemy

Technologia zmienia styl życia i nasze kontakty ze światem zewnętrznym. Ludzie mają dziś setki przyjaciół na całym świecie, ale nie ma im kto zrobić herbaty, gdy zachorują. Zamiast umówić się z sąsiadem na spacer albo rozegrać partyjkę szachów, tkwią zapatrzeni w ekrany komputerów, oddając się grupowemu myśleniu. Na internetowych forach zamykają się wewnątrz kamery pogłosowej, w której wszyscy myślą podobnie.

Racjonalność jednostki to tylko wytwór liberalnego grupowego myślenia. Ten problem nęka nie tylko wyborców, którzy wiedzą najlepiej, co jest dobre i klientów, którzy zawsze mają rację, lecz także polityków i dyrektorów korporacji. Efekt jest taki, że ludzie coraz mniej wiedzą o tendencjach technologicznych, ekonomicznych i politycznych, oddalając się od prawdy i od własnych ocen.

Dobre, sprawiedliwe wybory są trudne w zglobalizowanym świecie, bo powiązania ekonomiczne i polityczne są zagmatwane i trudne do ogarnięcia. Nieetyczne postępowanie wiąże się więc często z niewiedzą, a poszukiwanie prawdy i sprawiedliwości stało się trudniejsze, bo weszliśmy w epokę postprawdy i fake newsów. Homo sapiens potrafi podbijać świat, wymyślając fikcyjne opowieści. Ale

to nie Facebook i Putin zapoczątkowali epokę postprawdy, mieli mistrzów wagi ciężkiej – Goebbels mówił, że kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą, a Stalin nauczył Sowietów fałszowania historii, a nawet zdjęć. Prawda nigdy zresztą nie znajdowała się wysoko na liście priorytetów homo sapiens, również w odległej przeszłości.
Powód jest prosty – nie da się zorganizować mas bez oparcia w jakiejś ideologii, a fikcja bardziej jednoczy ludzi niż prawda. Jak sobie z tym radzić? Przyjąć do wiadomości, że darmowa informacja jest zawsze kiepskiej jakości, a za dobrą trzeba zapłacić. Jeśli jakaś sprawa wydaje ci się ważna, podejmij wysiłek, by zapoznać się z artykułami publikowanymi w naukowych czasopismach lub książkami naukowymi albo popularnonaukowymi publikowanymi przez uznanych wydawców.

Obecnie zalewają nas olbrzymie ilości informacji i nawet cenzorzy nie próbują ich blokować. Zajmują się za to szerzeniem dezinformacji lub rozpraszaniem naszej uwagi rzeczami nieistotnymi. Gdy jakiś problem nas przerasta, sięgamy po filmiki z kotkami, plotki o celebrytach lub zanurzamy się w pornografii. W epoce smartfona i Wikipedii władze nie mogą już liczyć na to, że uda im się ukryć wszystkie niewygodne informacje. Ale też łatwo daje się im zasypywać społeczeństwo sprzecznymi doniesieniami lub zajmować tematami zastępczymi.

Jak w takim świecie uczyć dzieci? Na pewno zamiast coraz większej ilości informacji ludziom potrzebna jest większa zdolność rozumienia, odróżniania tego, co ważne od tego co nieważne, a przede wszystkim umiejętność łączenia wielu bitów informacji w szerszy obraz świata.

Dziś większość szkół, zgodnie z XIX-wiecznym modelem skupia się na wpajaniu uczniom zestawu z góry ustalonych umiejętności, gdy tymczasem powinny uczyć krytycznego myślenia, komunikacji, kooperacji i kreatywności.
Słowem, kłaść mniejszy nacisk na umiejętności techniczne, a silniej akcentować umiejętności życiowe, wśród których najważniejsza będzie zdolność radzenia sobie ze zmianą, uczenia się nowych rzeczy i zachowania równowagi psychicznej w stresujących sytuacjach.
Od niepamiętnych czasów życie dzieliło się na dwie części – naukę i pracę. Za dwadzieścia- trzydzieści lat życie rozpadnie się kawałki, między którymi będzie coraz mniej ciągłości. Będziemy musieli radzić sobie ze zjawiskami, z jakimi nikt wcześniej nie miał do czynienia
– z superinteligentnymi maszynami, algorytmami, które będą precyzyjnie oddziaływać na nasze emocje, a także z częstą zmianą zawodu. By przetrwać w takim świecie, potrzebna będzie niezwykła elastyczność umysłowa i duże rezerwy równowagi psychicznej.

Harari opisuje przyszłość raczej w ponurych barwach. Przestrzega przed uleganiem fikcyjnym opowieściom tworzonym przez możnych tego świata, ale również przed tworzeniem takich opowieści przez nas samych. Na Facebooku można oglądać zdjęcia przedstawiające różne fantazyjne wizje raju gdzieś na tle lazurowego nieba z szerokim uśmiechem na twarzy i ukochaną u boku. Nie pokazują one nigdy skurczu żołądka po zjedzeniu nieświeżej zupy rybnej czy okropnej kłótni, jaką odbyliśmy pięć minut temu. Co ci ludzie czuli, gdy je robili? Technologia sprawia, że zwodzenie ludzi staje się łatwiejsze niż kiedykolwiek, a w niedalekiej przyszłości algorytmy mogą doprowadzić ten proces do końca, sprawiając, że obserwowanie rzeczywistości i samego siebie będzie niemal niemożliwe – przestrzega.

To algorytmy będą za nas decydowały, kim jesteśmy i co powinniśmy wiedzieć o samych sobie. Najwyższy czas, by podjąć wysiłek, sięgając po bardziej rzetelną wiedzę, a także skupić się na poznaniu własnych emocji i myśli, nie ulegając całkowicie myśleniu grupowemu.

Foto: Wikipedia

Foto: Wikipedia

Yuval Noah Harari jest profesorem historii na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. Doktoryzował się na Oxfordzie. Jest autorem bestsellerów: Sapiens:od zwierząt do bogów i Homo deus: krótka historia jutra.