Czy Europa musi ginąć za euro

Ostatni kryzys obnażył wady systemowe strefy euro. By projekt unii walutowej zadziałał, potrzebny jest pewien poziom solidarności, którego w Europie nie ma. Niemcy przekonują, że strefa euro nie jest „unią transferów” i wykorzystują dominującą pozycję, by narzucać swoje poglądy innym – pisze Joseph Stiglitz w książce „Euro – w jaki sposób wspólna waluta zagraża przyszłości Europy”.

FOTO:

WEF

Oznaką dobrze działającej gospodarki jest niskie bezrobocie i szybki wzrost, którego korzyści odczuwa większość społeczeństwa. To, co się dzieje w Europie, jest dokładnym przeciwieństwem. Rozwiązania zagadki należy szukać w decyzji z 1992 r. o wprowadzeniu wspólnej waluty bez powołania instytucji, które umożliwiłyby jej sprawne funkcjonowanie. Od czasu odejścia od standardu złota każdy wie, jak zgubna jest sztywna waluta. Czemu Europa zdecydowała się na związanie sobie rąk, narzucając kontynentowi podobną sztywność, jaką wcześniej zafundował światu standard złota? Zadecydowała błędna ideologia, nieograniczona wiara w rynki i puste frazesy polityków, którzy niczego nie nauczyli się o gospodarce i tworzą własną rzeczywistość – uważa Stiglitz.

Większość inicjatyw integracyjnych jest rodzajem zarządzanych umów handlowych zawieranych za zamkniętymi drzwiami (Nafta, Ttip). Próbują one wykorzystać globalizację na korzyść małej grupki uprzywilejowanych, wielkich korporacji. Projekt strefy euro różnił się, bo zawierał większą integrację na poziomie politycznym (parlament, standardy regulacji), ale był przesiąknięty neoliberalną ideologią i partykularnymi interesami, więc ani nie przyniósł dobrobytu, ani nie zbliżył do siebie państw na poziomie politycznym. Ale Europa nie musi ginąć za euro. Ciągle jeszcze możliwe są reformy w obrębie unii walutowej, co może być politycznie trudne, albo rodzaj polubownego rozejścia się.

Zobacz również:

Wada wrodzona

Różnorodność Europy zawsze była jej siłą, ale dla wspólnej waluty stała się wyzwaniem. Euro było wadliwe od samego początku – sztywny kurs, brak instytucji, które pomagałyby gorzej przystosowanym krajom, polityka monetarna scedowana na bank centralny, który miał się zajmować tylko inflacją, brak elastyczności z powodu twardego ograniczenia deficytów. Już sama struktura i regulacje nie wspierały wzrostu. A wynikały one z przekonania rynkowych fundamentalistów, że jeśli politykę gospodarczą ograniczy się do niskiej inflacji, rynki zapewnią wzrost i dobrobyt. Neoliberalizm został ostatecznie skompromitowany po 2008 r., ale w Niemczech, które dominują w Europie, nadal ma się dobrze – komentuje Stiglitz.

Warunkiem sprawnego działania unii walutowej jest pewien poziom zbieżności, w strefie euro tę rolę pełni jedynie dyscyplina finansowa (niskie deficyty, małe zadłużenie). Kryteria konwergencji popychały Europę w stronę nierówności – słabsze państwa doznawały szoku, a silne bogaciły się ich kosztem. Nastąpił drenaż siły roboczej i kapitału. Unijne ograniczenia hamują działania, które umożliwiłyby biednym doganianie bogatych.

W czasie ostatniego kryzysu wylansowano tezę, że przyczyną zła jest rozrzutna polityka, choć w kłopoty wpadły również Irlandia i Hiszpania, którym daleko do rozrzutności. Programy pomocowe zawierały dwa elementy: polityką oszczędności, która nie po raz pierwszy okazała się nieskuteczna, a także reformy strukturalne, przy czym tzw. Trojka (KE, MFW, EBC) nie zidentyfikowała, które są niezbędne. Skończyło się na obniżce płac, do której doprowadziła redukcja praw pracowniczych oraz na wzroście bezrobocia. Przywracanie konkurencyjności miało odbyć się drogą tzw. dewaluacji wewnętrznej, bo dewaluacja waluty była niemożliwa. Lepiej by było, gdyby to Niemcy podniosły swoje płace i ceny, ale wtedy to one poniosłyby także koszty, a do tego nie były skore.

Są dwa wyjścia – albo reformy zmierzające do stworzenia systemu wspólnych depozytów i wspólnego zadłużenia (np. w postaci euroobligacji), albo polubowny rozwód. Można wyobrazić sobie również rozwiązania pośrednie: w miejsce jednej strefy euro dwa bloki – północny i południowy z oddzielnymi walutami. Można też pomyśleć o systemie zróżnicowanych kursów walutowych – tzw. elastycznym euro (np. euro greckie nie byłoby wymienialne na niemieckie po kursie parytetowym). Stopniowo widełki oscylacji kursów byłyby zawężane, aż do momentu zaistnienia wspólnej waluty. Najmniej kosztownym rozwiązaniem byłoby jednak opuszczenie strefy euro przez Niemcy i polubowny rozwód.

Takie rozwiązanie zalecają również dwaj polscy ekonomiści – Stefan Kawalec i Ernest Pytlarczyk – w książce „Paradoks euro – jak wyjść z pułapki wspólnej waluty”, którą prezentowaliśmy na tych łamach. Udowadniają oni, że korzyści ze wspólnej waluty, takie jak brak ryzyka kursowego, są niewspółmierne w porównaniu z utratą własnej polityki kursowej, dzięki której szybko i bez wielkich kosztów można przywrócić gospodarce konkurencyjność. Stiglitz dodatkowo zwraca uwagę na fakt, że ryzyko kursowe w ogóle nie powinno być problemem, skoro rynki działają sprawnie, jak uważają neoliberałowie. Wahania kursowe są jednak dowodem na niedoskonałość rynków.

Koszty wyższe niż korzyści

Proces zbliżania Europy poszedł w niewłaściwym kierunku – pisze Stiglitz.

Integracja jest możliwa bez wspólnej waluty. Euro zostało stworzono za wcześnie i podzieliło kontynent. Własna waluta pozwala na dostosowanie się do różnych wstrząsów i szybki powrót na ścieżkę wzrostu. Kraje, które zachowały waluty narodowe i elastyczny kurs rozwijają się szybciej niż strefa euro, gdzie z euforią wita się każdą oznakę ożywienia. Tymczasem kryterium dobrej polityki nie jest samo wyjście z kryzysu, lecz jak długo to trwało.
Europie zajęło to prawie dziesięć lat, a w wielu krajach eurogrupy PKB jest ciągle niższy niż przed kryzysem. W przypadku długotrwałego załamania nie obserwujemy odbicia. Recesja się kończy, ale straty nadrobić trudno.

Joseph E. Stiglitz, Euro. W jaki sposób wspólna waluta zagraża przyszłości Europy, Wydawnictwo Krytyka Polityczna, 2017

Joseph E. Stiglitz, Euro. W jaki sposób wspólna waluta zagraża przyszłości Europy, Wydawnictwo Krytyka Polityczna, 2017

W strefie euro spadek PKB na mieszkańca wyniósł w latach 2008-2015 1,7%. Amerykańska gospodarka, gdzie zaczął się kryzys, odnotowała w tym czasie wzrost o 3%. Pupil Europy – Niemcy – urosły o 6,8%, co daje wzrost roczny o 0,8%, a polska gospodarka powiększyła się o 28%. Mówi się, że Niemcom udało się przejść przez kryzys bez większego szwanku, bo utrzymywały niski poziom deficytu i długu. Bzdura – nie ma potwierdzenia, że zadłużenie wyższe niż 3% PKB przynosi negatywne skutki.
Poza tym Niemcy wypadają dobrze tylko na tle innych krajów euro. Nie dość, że w ciągu ośmiu omawianych lat rozwijały się niemrawo, to jeszcze dużą część obywateli dotknęła stagnacja lub wręcz spadek dochodów. Wzrosły za to nierówności mierzone współczynnikiem Giniego. Trzeba też mieć świadomość, że niemiecki wzrost bazuje na nadwyżkach w handlu zagranicznym, które powstają kosztem innych krajów. Niemieckie firmy zaspakajają ogromny popyt chińskiej gospodarki, a reszta Europy musi sobie radzić z masowym zalewem tanich chińskich towarów.

Warunek udanej integracji? Państwa powinny być podobne do siebie gospodarczo i wyznawać wspólne wartości odnośnie polityki gospodarczej, bo to tworzy podstawę spójności politycznej. Jednak w czasie powstawania euro jednomyślności nie było. Wybrano rozwiązania odpowiadające Niemcom, które mają obsesję na punkcie niskich deficytów, i reszcie je narzucono. Po 2008 r. rządy musiały akceptować publiczne oszczędności wbrew woli społeczeństw. Widać to zwłaszcza w programach narzuconych Grecji, która ostatecznie straciła suwerenność gospodarczą. Projekt europejski zawsze cierpiał na deficyt demokracji (KE nie jest wybierana w sposób bezpośredni, a EBC jest samodzielny i niezależny), teraz ten deficyt wzrósł.

Zaślepienie czy złe intencje

Wraz z euro powstał EBC, do którego należy ustalanie stóp procentowych i udzielanie pożyczek ostatniej szansy dla banków. W ten sposób wpływa on na kurs euro w stosunku do innych walut. Kraje, które przystąpiły do eurogrupy, zrezygnowały z kontroli nad stopami procentowymi i z możliwości korekty kursu. Gdyby miały podobną strukturę, wstrząsy w handlu zagranicznym odczuwałyby podobnie. Ale jest inaczej. Kryteria konwergencji miały je do siebie zbliżyć, ale oddaliły. Skąd w ogóle przekonanie, że jeśli wydatki rządowe będą zbilansowane, zostanie zachowana równowaga w handlu zagranicznym? Wiele krajów nie miało dużych długów, a dziś boryka się z deficytem na rachunku bieżącym. W kryteriach konwergencji tego deficytu zabrakło.

Strefa euro musi mierzyć się z dwoma wyzwaniami: z bezrobociem i z długookresowym deficytem handlowym wielu krajów. Według keynesistów, bezrobocie można zmniejszyć obniżając stopy procentowe, co prowadzi do obniżki kursu i daje impuls eksportowy, albo poprzez politykę fiskalną – obniżając podatki i zwiększając wydatki. W strefie euro wzbogaconej o zasady konwergencji, żadne z tych rozwiązań nie jest możliwe.
Pozostaje jedna droga – polityka cięć, która powiększa recesję. Czego zatem oczekiwali architekci eurogrupy? Myśleli tak: małe deficyty i mały dług budują zaufanie inwestorów, a wzrost inwestycji powoduje automatyczne dostrajanie rynków i daje pełne zatrudnienie. Teoria tyle naiwna, co błędna, nie wykorzystywana w żadnym modelu makroekonomicznym – stwierdza Stiglitz.

Brak równowagi bilansu płatniczego powoduje konieczność ciągłego zapożyczania się na zewnątrz, co prowadzi do kryzysu zadłużenia i recesji. Gdyby była możliwość dewaluacji waluty, import stałby się mniej opłacalny i deficyt miałby szansę się wyrównać. Ale jej nie ma. Pozostaje więc dewaluacja wewnętrzna (obniżka cen i płac), która osłabia gospodarkę i przynosi efekty przeciwne do pożądanych, bo elastyczność płac w dół jest niewielka, nawet przy wysokim bezrobociu. Architekci euro koncentrując się na elementach fiskalnych, myśleli, że zachodzi związek między wydatkami publicznymi a deficytem na rachunku bieżącym, ale się mylili – ten deficyt jest najczęściej generowany przez sektor prywatny. Przykład – bańka nieruchomościowa w Hiszpanii. Neoliberałom trudno jednak jest przełknąć, że rynki są omylne, krótkowzroczne i zachłanne.

Kryzysy zadłużenia zwykle nie zdarzają się w krajach, które zapożyczają się we własnej walucie. Zawsze można dodrukować pieniądze i spłacić długi. Dlatego do załamania w stylu greckim nie dojdzie np. w USA. W strefie euro zaś kraje zapożyczają się w walucie, którą używają, ale której nie kontrolują. Jedne stały się dłużnikami drugich, a unia walutowa zmieniła się ze związku równych państw w agencję ściągającą długi na rzecz bogatych z Niemcami na czele. To właśnie Niemcy mają wysokie nadwyżki w relacjach z innymi krajami. W stosunku do PKB, nawet wyższe niż Chiny, o których mówi się, że z powodu rosnących nadwyżek zagrażają stabilności światowej gospodarki. Prawda jest bowiem taka, że suma deficytów musi równoważyć nadwyżki. Jeśli w strefie euro Niemcy mają nadwyżki handlowe, to inne kraje muszą być na minusie – przekonuje Stiglitz.

Przed kryzysem Niemcy zamieniały te nadwyżki na kredyty i wprowadzały do krajów peryferyjnych, jak Hiszpania czy Irlandia, przyczyniając się do tworzenia baniek spekulacyjnych, które stały się przyczyną załamania. Sekret niemieckich nadwyżek, podobnie jak chińskich, tkwi w tym, że oba te kraje mają duże możliwości zwiększania wynagrodzeń. Dopiero niedawno Berlin wprowadził płacę minimalną, a stawka godzinowa jest niższa niż np. we Francji. Gdyby płace w Niemczech wzrosły, robotnicy mogliby kupować więcej towarów z importu, a producenci mieliby słabsze zachęty do ekspansji eksportowej, co prowadziłoby do zmniejszenia niemieckiej nadwyżki i służyłoby większej stabilności w Europie.

System rozbieżności

Siłą Europy miał być swobodny przepływ kapitału i siły roboczej. W czasach kryzysu ta siła okazała się słabością. Kapitał zamiast przepływać z krajów silniejszych do słabszych, zmienił kierunek, na czym najbardziej ucierpiały małe i średnie firmy, zatrudniające dwie trzecie wszystkich pracowników. Odpływ pieniędzy z banków w krajach dotkniętych kryzysem jest zrozumiały – banki nie mogą liczyć na wsparcie, bo rząd nie dysponuje potrzebnymi środkami. A konsekwencje są poważne. Wraz z ucieczką kapitału banki muszą ograniczać kredyty, gospodarka słabnie, zmniejszając zdolność rządu do ratowania banków. Rozwiązaniem byłby jeden system gwarantowania depozytów dla wszystkich banków w sferze euro. Niemcy jednak nie chcą się na to zgodzić, nawet jeśli wspólnemu systemowi gwarancyjnemu towarzyszyć miałyby wspólne regulacje i procedury ratowania banków.

Wraz z kapitałem z krajów słabszych odpływa siła robocza, która jest lokowana nieefektywnie i zwiększa nierówności. Wynagrodzenie netto nie zależy od efektywności pracownika, lecz od tzw. długu odziedziczonego. Ludzie jadą tam, gdzie jest mniejszy dług, powiększając obciążenia tych, którzy zostali. Gdy zaś ucieka wykwalifikowana kadra, następuje drenaż mózgów, co uniemożliwia nadrabianie dystansu dzielącego kraje biedne od bogatych. Rozwiązaniem byłoby uwspólnienie długu poprzez emisję euroobligacji. Kraje powinny przestać zadłużać się samodzielnie – uważa Stiglitz.

Najbardziej niebezpiecznym podziałem w Europie jest podział na dłużników i wierzycieli, a duży wpływ na to ma EBC, który został źle zaprojektowany. Nie zapewnia stabilności ani silnej gospodarki, a jedynie bezrobocie i niski wzrost. EBC koncentruje się na walce z inflacją, a problemem Europy jest bezrobocie.
Do tego dochodzi złe zarządzanie, wynikające z deficytu demokracji. EBC służy bardziej interesom banków niż obywateli. Inflacja redukuje wartość zadłużenia, dlatego bankierzy tak zajadle z nią walczą, wpływając na decyzje zarządzających bankiem technokratów. Tymczasem polityka monetarna ma ogromny wpływ na redystrybucję, więc nie można jej powierzyć temu pozornie niezależnemu gremium – pisze Stiglitz. W czasie kryzysu amerykańska Rezerwa Federalna (Fed), która dba nie tylko o poziom cen, ale i o zatrudnienie, obniżyła stopy procentowe, podczas gdy EBC drżał przed inflacją. Dzięki temu Ameryka szybciej wyszła z recesji niż Europa. EBC i inne banki centralne nie mogą pozostawać poza systemem demokratycznej kontroli. Kraje, gdzie banki centralne mają ograniczoną autonomię, jak USA, zniosły załamanie lepiej.

Kryzys i działania Trojki, które były niewłaściwą odpowiedzią na kryzys, osłabiły wadliwą konstrukcję strefy euro. Pakiety pomocowe, których osią było oszczędzanie, pogłębiły kryzys i osłabiły jedność strefy euro. Choć działania te były nieskuteczne, ogłoszono sukces polityki cięć.

Stiglitz opisuje programy pomocowe dla Irlandii, Portugalii, Hiszpanii i Grecji, szczegółowo omawiając przykład grecki. Programy, które miały przywrócić równowagę gospodarczą w tych krajach, pogrążyły je, bo skupiono się na dostępie do rynków kapitałowych zamiast na wzroście gospodarczym. Każdy kraj, który przyjął pakiet pomocowy, przechodził załamanie. Miało być krótkie, ale trwało lata. Trojka wadliwie zdefiniowała problemy. W Grecji ich przyczyną był długookresowy deficyt budżetowy, a w Hiszpanii banki, które lekką ręką dawały kredyty deweloperom. Działania Trojki były zbieżne z interesami Niemiec, krajem wierzycielskim, który chciał odzyskać pieniądze. Gdyby przeprowadzono restrukturyzację długów i skupiono się na inwestycjach, kryzys trwałby krócej i nie byłby tak głęboki. A przecież restrukturyzacja długów jest naturalnym elementem kapitalizmu – przekonuje ekonomista. Gdy mniej środków idzie na obsługę długu, więcej pozostaje na politykę wzrostową.

Więcej czy mniej Europy

Pozostaje pytanie, co dalej. Unia Europejska musi dziś zdecydować, czy chce więcej, czy mniej Europy. Jeśli więcej, to musi to być znacznie więcej niż chcą ci, którzy przestrzegają przed „unią transferów”.

Według Stiglitza, potrzeba przede wszystkim głębokich reform strukturalnych – stworzenia unii bankowej i wspólnego ubezpieczenia depozytów, a także uwspólnienia długu poprzez emisję euroobligacji, których gwarantem byłaby cała strefa euro. Pieniądze powinny być przeznaczane na pożyczki inwestycyjne dla krajów w potrzebie.
Należałoby także znieść destabilizatory w postaci z warunków z Maastricht, a przede wszystkim wymóg 3-proc. deficytu budżetowego, jeśli wydatki rządowe są kierowane na inwestycje.

Europie potrzebny jest również fundusz solidarnościowy na rzecz stabilizacji, z którego finansowano by zasiłki oraz aktywną politykę na rynku pracy w krajach przeżywających trudności. Towarzyszyć temu powinno poszerzenie mandatu EBC w celu zapewnienia pełnego zatrudnienia. Bank centralny musi lepiej niż do tej pory kontrolować sektor finansowy tak, by nie tworzyły się bańki spekulacyjne, a zwiększenie płynności służyło udrożnieniu kanałów kredytowych dla przedsiębiorstw. Choć w czasie ostatniego kryzysu EBC zwiększył płynność, środki wróciły do niego w postaci rezerw banków komercyjnych, omijając sferę realną.

Ekonomista uważa także, że długotrwałe nadwyżki handlowe, jakie posiadają Niemcy, są źródłem deficytów handlowych i fiskalnych w pozostałych krajach. Krótko mówiąc, Niemcy swoją nadwyżką wpędzają w długi innych, prowadząc do rozwarstwienia w eurogrupie. Dlatego zaleca …opodatkować te nadwyżki, a wpływy przeznaczyć na fundusz stabilności. Nazywa to prawdziwą polityką spójności. Unia jako całość musi także ograniczyć konkurencję w obniżaniu podatków, by powstrzymać wyścig, na których jedni, np. Luksemburg, zyskują kosztem innych. W ogóle odpowiedzialność za redystrybucję powinna zostać przesunięta na szczebel unijny. Należałoby w tym celu opodatkować wszystkie dochody powyżej pewnego pułapu, np. 250 tys. euro.

Jednak nie tylko reformy strukturalne są potrzebne, by strefa euro zaczęła dobrze funkcjonować. Należałoby również prowadzić inną, bardziej elastyczną politykę ratunkową, bo różnice między krajami są ogromne. Niewątpliwie niektóre z nich potrzebują restrukturyzacji długu. Jednocześnie

Stiglitz sceptycznie ocenia szanse na reformy strukturalne. Według niego, pozostają trzy opcje: powstrzymywanie rozpadu strefy poprzez minimalne ruchy na zasadzie „jakoś to będzie”, rozwód lub stworzenie elastycznego euro.

Polubowny rozwód

Koszty „polityki jakoś to będzie” są znacznie wyższe niż koszty polubownego rozstania, zwłaszcza że rezygnacja z euro w obecnym kształcie wiąże się z korzyściami w przyszłości. Stiglitz proponuje wyjście ze strefy krajów objętych kryzysem, takich jak Grecja, opuszczenie strefy przez kraje najlepiej prosperujące, jak Niemcy i Holandia lub wprowadzenie elastycznego euro dla krajów lub grup krajów, które będą posiadały „swoje” euro, a ich wartość będzie się wahała w granicach określonych przez eurogrupę. We wszystkich wariantach zamiast pieniądza papierowego miałby funkcjonować pieniądz elektroniczny, co dałoby duże oszczędności (nie trzeba by nic drukować) i możliwość lepszego kontrolowania wpływów podatkowych. Jedyne, co należałoby zrobić, to otworzyć rachunki bankowe tym, którzy jeszcze ich nie posiadają.

Wiadomo, że podaż pieniądza zależy od podaży kredytów, które ostatecznie gwarantuje państwo, bo tylko ono ma możliwość nakładania i ściągania podatków. Kontrolę nad tym procesem pośrednio sprawują banki centralne, ale jest ona nieskuteczna – raz podaż pieniądza jest za duża (inflacja), a raz za mała (deflacja). Jak to rozwiązać? Otóż bank centralny powinien sprzedawać bankom komercyjnym na aukcjach prawo do tworzenia nowego kredytu. Co miesiąc określałby ich sumę, biorąc pod uwagę sytuację makroekonomiczną. To prawo powinno być obostrzone dodatkowymi warunkami – najniższe oprocentowanie dla małych i średnich firm, najwyższe dla deweloperów i spekulantów. Taki system zwiększałby stabilność makroekonomiczną, prowadziłby do większej konkurencji i niższych stóp procentowych oraz chroniłby banki przed zbyt ryzykownymi decyzjami.

Stiglitz podpowiada również, jak zarządzać deficytem na rachunku obrotów bieżących w czasie rozwodu. Jeśli jakiś kraj, np. Grecja, znalazłby się poza strefą euro, mógłby korzystać z elastycznego kursu – przeprowadzić dewaluację i przywrócić równowagę w handlu zagranicznym, wzmacniając gospodarkę. Można również sięgnąć po tzw. kwity handlowe, które kiedyś forsował Warren Buffett. Rząd przekazywałby każdemu eksporterowi kwity w postaci elektronicznej równe wartości jego eksportu. Importerzy musieliby je kupować na wolnym rynku, by płacić nimi za sprowadzane towary. Dałoby to zbilansowanie rachunku obrotów bieżących i stabilizowałoby całą makroekonomię.

Elementem polubownego rozwodu powinna być restrukturyzacja zadłużenia takich krajów jak Grecja, a sposobem konwersja długów na nową grecką walutę, wartą mniej niż euro.
Jeśli zaś najsilniejsze kraje opuściłyby eurogrupę, doszłoby do osłabienia kursu euro, a słabsza waluta byłaby bodźcem do wzrostu eksportu i wzmocnienia gospodarek, które pozostaną w strefie. W tym kontekście Stiglitz widzi możliwość podziału eurogrupy na Północ i Południe oraz pozbycia się przez Niemcy nadwyżek handlowych, które destabilizują Europę. Nie proponuje całkowitego demontażu strefy euro, według uporządkowanego scenariusza, jak Kawalec i Pytlarczyk, lecz jej podział na kilka oddzielnych obszarów, z których każdy posiadałby własną elektroniczną walutę.

Brexit i błędy Europy

Celem wspólnej Europy miał być dobrobyt i pełne zatrudnienie. Euro zaś środkiem do tego celu. Okazało się jednak, że euro jest systemem dysfunkcyjnym. Choć Wielka Brytania postąpiła rozsądnie nie przyjmując wspólnej waluty, porażki euro odbiły się na brytyjskim referendum z 2016 r., bo przełożyły się na rozczarowanie wobec całej Unii Europejskiej. Choć Londyn nie był zmuszony do polityki cięć, która doprowadziła do załamania krajów kontynentalnych, sam je sobie narzucał, bo uwierzył unijnym politykom, że inflacja jest źródłem słabości gospodarki.

Były też bardziej fundamentalne powody skłaniające do Brexitu, w tym swoboda emigracji. Kraje europejskie są silnie zróżnicowane. Te, które lepiej radziły sobie z bezrobociem, doświadczyły dużego napływu emigrantów, szczególnie Wielka Brytania, bo angielski stał się językiem uniwersalnym. Tymczasem

masowa emigracja nie jest korzystna ani dla kraju przyjmującego, ani dla kraju, z którego ludzie wyjeżdżają. Napływ słabo wykwalifikowanej siły roboczej przekłada się na spadek płac, obniżenie poziomu usług społecznych i wzrost cen najmu.
Zresztą nawet bogaci imigranci tworzą problemy, bo przyczyniają się do wzrostu cen nieruchomości. Korzystają na tym tylko korporacje. Natomiast kraje emigranckie tracą siłę roboczą, w tym wykwalifikowaną, w którą wcześniej zainwestowały. To staje się istotną barierą rozwojową. Zdaniem Stiglitza, krajom tym powinna przysługiwać rekompensata.

Unia Europejska popełniła zresztą wiele innych błędów. W obawie przed nieuczciwą konkurencją i pod wpływem neoliberalnej ideologii wprowadziła ograniczenia w sferze polityki przemysłowej, która powinna być środkiem do nadrabiania zaległości przez kraje wschodzące. Ponadto nieudolne zestrojenie polityki podatkowej doprowadziło do zabójczego wyścigu obniżania podatków. Wirtuozem tego wyścigu jest Jean-Claude Juncker, były premier Luksemburga, a obecnie szef KE. Unia ma również obsesję na punkcie harmonizacji regulacji, których dokonała w większym stopniu niż było to konieczne. Cierpi też na deficyt demokracji. To właśnie nadmierne regulacje i brak demokracji stały się kością niezgody między Londynem a Brukselą.

Według Stiglitza, Wielka Brytania nie powinna stracić na Brexicie, jeśli Europa będzie wypełniać zobowiązania wynikające z członkostwa w WTO (zgodnie z Klauzulą Najwyższego Uprzywilejowania nie może być traktowana w handlu gorzej niż np. USA). Również straszenie ucieczką banków jest niedorzecznością.
Banki działają w skali światowej, a większość amerykańskich instrumentów pochodnych przechodzi właśnie przez Londyn.

Pytanie, czy brukselscy politycy wyciągną z Brexitu właściwe wnioski? Toczące się negocjacje budzą mieszane uczucia. Niektórzy uważają, że Brytyjczycy powinni ponieść surową karę, by inni nie pośpieszyli w stronę wyjścia. To złe myślenie. Wspólnota europejska nie może być oparta na strachu, lecz na wspólnych korzyściach, dobrobycie i solidarności. Inaczej nie przetrwa.

Joseph E. Stiglitz

Wykładowca makroekonomii w Columbia University, główny ekonomista Banku Światowego w latach 1997-2000, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii w 2001 r.