Cyfryzator. Muzyka ery cyfrowej wg Michała Urbaniaka

Michał Urbaniak nagrywał i komponował jazz z każdą generacją programów i komputerów. Dzisiaj widzi w cyfryzacji nadzieję dla artystów i dla samej muzyki. Na razie mamy chaos, z którego wyłaniają się nowe relacje muzyk-odbiorca, sposoby tworzenia, grania i dystrybucji muzyki.

Szymon Augustyniak Czy dzisiaj cyfryzacja zmienia muzykę? Czy artysta musi bardziej się odkrywać, odsłaniać, przyzwalać odbiorcy na więcej, np. na współuczestnictwo w komponowaniu?

Michał Urbaniak: Tej relacji twórca-odbiorca cyfryzacja wcale nie zmienia. Twórca z definicji udostępnia wszystko. Duszę. Inaczej go nie ma. W sprawach komunikacji to cyfryzacja jeszcze wiele mogłaby się uczyć od artystów.

Ale komputery zmieniły muzykę.

Zmieniły przede wszystkim sposób, w jaki się tworzy muzykę. Sam od lat 70. do dzisiaj tworzę muzykę w komputerach i stale zmieniam technologię. Jak się dorwałem do komputerów, to sam, własnoręcznie, bez muzyków, nagrałem 4 płyty MIDI. To jest nieprzerwanie moja pasja. Komputer stał się po prostu moim nowym instrumentem lub swego rodzaju magnetofonem!

Długa perspektywa. Co się zmieniło? Czy jest zupełnie inaczej?

Życie rozwiązań komputerowych do komponowania i grania muzyki ma swój cykl. Mniej więcej co siedem lat pojawiają się kolejne generacje nawiązujące do pomysłów kiedyś już dobrze działających. Bo to nie koło, ale rzekłbym jakaś wstępująca coraz wyżej spirala. Historia się powtarza, ale nie tak samo. Powracamy wariacją do znanego tematu.

Komputer jest...

...na razie tylko odtwórcą, genialnym, przeraźliwie nawet, bo źle zaprogramowany uwypukli, obnaży wszystkie błędy. Nie zdoła takich błędów przykryć interpretacją.

Od jakich maszyn zaczynał Pan komponowanie?

Pierwszy był Commodore 64, na nim nagrałem swoje pierwsze „komputerowe” płyty. Potem znakomita Amiga. Wreszcie Atari, wspaniały, fantastyczny komputer. Do dzisiaj uważam, że rytmicznie, do muzyki hiphopowej czy tanecznej, funkującej, w której ważny jest timing, jest to najlepszy komputer. Na takim właśnie komputerze Atari ST nagrałem sam cztery plyty! Był to dla mnie wtedy świetny Midi Magnetofon!

Zmienia się interfejs. Programy są coraz doskonalsze, wygodniejsze. Błyskawicznie możemy poprawić utwór, całe partytury w przerwie w garderobie i wydrukować – jak wydawnictwo PWM. Komputer jest więc narzędziem coraz doskonalszym do pisania utworów.

To być może troszeczkę rozleniwia wyobraźnię kompozytora.

Spełnia się marzenie

Mój program Sibelius działa na Microsoft Surface 3 i 4 PRO. Spełnia się marzenie – połączenie klawiatury z ołówkiem.

Może, ale nie sądzę, bo to, co się napisze, można od razu odsłuchać i pisać w sumie szybciej, mając totalną kontrolę nad kompozycjami. Używałem w taki sposób programów: Creator, Notator, Logic, ProTools, a teraz stosuję specjalny program do pisania nut Sibelius.

Bardzo długo niepodzielnie jako podstawowe moje narzędzie królował Mac. Nadal, siłą rozpędu, jestem jego fanem, ale muszę oddać sprawiedliwość: Microsoft doszlusował, nie pozostaje w tyle. Mój program Sibelius działa na Microsoft Surface 3 i 4 PRO. Spełnia się marzenie – połączenie klawiatury z ołówkiem. Nadal korzystam też z Finale, dlatego że było pierwsze, że nie obniża swoich lotów i nadal jest wśród muzyków często wykorzystane.

Pewnie ma Pan wszystkie programy...

To prawda. Ja mam wszystkie programy muzyczne. Każdego chcę spróbować. Ale poza tym mogę dzięki temu współpracować z innymi muzykami. A ja bardzo lubię pracę z innymi.

Pomimo że Sibelius opanował amerykański świat muzyczny, muzyki tanecznej i muzyki poważnej jako czołowy program do pisania, sięgam po inne programy pozwalające na projekty nie tylko z Amerykanami.

Zastrzeżenie: do komponowania korzystam z Logic Pro. Choć przyznam, że trudno to edytować, żeby wyglądało jak zawodowa partytura.

Nie ma litości

Komputer świetnie mobilizuje do warsztatowej doskonałości. Nie ma litości rytmicznej, intonacyjnej. Dzisiaj poza podkładem nie da własnej interpretacji, nie dogra mi wariacji, nie poda tematu, nie będzie na scenie partnerem.

Nie brakuje Panu w tych programach struny, tak jak kiedyś zabrakło jej Panu w skrzypcach? Nie kusi, aby usiąść z koderem, programistą, UX-owcem? Stworzyć własny program?

Na razie mam ciągle niespełniony pomysł na instrument, na którym bym grał do końca życia. Połączenie lyrickonu, dętego instrumentu elektronicznego ze skrzypcami – aby grać ustami jak na saksofonie, a palcami przebiegać po gryfie skrzypiec. To moje oficjalne wyzwanie dla mistrzów lutniczych.

To hardware. A software? Jest pole do popisu?

Komputery już dały popis. Komputery już zmieniły muzykę. Komputery i hip-hop. Zrytmizowały ją. Bardzo ciekawe są poszukiwania sposobów łączenia gry żywego muzyka i komputera. Wzajemnego, zmiennego podporządkowywania ich sobie.

No tak, niektórzy grają dziś tak, że nie odróżnisz ich od komputera.

Tak i nie. Rytmizacja to mocny prąd. On w ogóle zmienił podejście i styl muzyków, promując czysty perfekcjonizm.

Więc co pozostaje?

Lyrikon

Mam ciągle niespełniony pomysł na instrument, na którym bym grał do końca życia. Połączenie lyrickonu, dętego instrumentu elektronicznego ze skrzypcami.

Jest wyzwanie, z którym dzisiaj oprogramowanie sobie nie poradzi, bo to muzycznie bardziej ambitne wyzwanie. Jest 12 nut i można je w różny sposób zapisać, modelować, akcentować, kompresować. Ale i tak doświadczony muzyk, artysta, nada nucie własny życiorys, szlif rozpoznawalny i jedyny.

Może go świadomie skopiować albo nawiązać do niego inny doświadczony muzyk. To są cienie, niuanse, ale uchwytne od razu. I tych indywidualnych, mistrzowskich, stylistycznych różnic nie potrafią powtórzyć ani dzisiejsze programy, ani młody muzyk.

Komputer nie jest też jeszcze partnerem na scenie ani współtwórcą artystycznego wydarzenia.

Komputer jest faktycznie na razie tylko odtwórcą, genialnym, przeraźliwie nawet, bo źle zaprogramowany uwypukli, obnaży wszystkie błędy. Nie zdoła takich błędów przykryć interpretacją.

Już mówiłem, że komputer świetnie mobilizuje do warsztatowej doskonałości. Nie ma litości rytmicznej, intonacyjnej. Dzisiaj poza podkładem nie da własnej interpretacji, nie dogra mi wariacji, nie poda tematu, nie będzie na scenie partnerem.

Cyfryzacja i wrażliwość

Cyfryzacja powoduje, że o wrażliwość i wzruszenie odbiorców możemy zawalczyć. A tak naprawdę muzyka jak dawniej wychodzi od twórcy, przez wykonawców, do słuchacza, tylko już innymi drogami i sposobami niż kiedyś.

Czy to się zmieni?

To tylko kwestia czasu. Są w Stanach studia nad muzyką elektroniczną, są też na całym świecie prowadzone badania nad sztuczną inteligencją. Kwestią czasu jest uwzględnienie w sztucznej inteligencji emocji i wyczucia nastroju, które pozwolą na takie eksperymenty. Na to, żeby komputer na scenie zareagował na moją grę jak żywy muzyk albo żeby poprowadził temat.

Kto jak nie komputer potrafiłby to zrobić najlepiej: z morza literatury muzycznej wybrać interpretację, wyłowić temat najbardziej pasujący do partnera, do nastroju sali i wykreować własny „nastrój”.

Właśnie z tym jest problem, z mnogością, nadmiarem wszystkiego. Cyfryzacja pomaga opanować ten zalew informacji, także twórczości artystycznej, ale z drugiej strony sama go przyśpiesza. Sam jestem dobrym przykładem, bo mam za dużo domen, za dużo urządzeń, za dużo aplikacji.

Jak na heavy usera przystało. Ile Pan ma aplikacji w telefonie?

To może nawet by brzmiało zabawnie, takie przechwałki, ale od pewnego momentu jest to stratą czasu. Te fascynacje i próbowanie różnych internetowych rzeczy pochłonęło mi dużo czasu. I szkoda mi tego czasu.

W cyfryzacji trzeba się na czymś skupić. Miałem na przykład w telefonie grubo ponad 400 aplikacji. I co z tego? Najlepszy ruch, jaki wykonałem, to reset, wreszcie telefon zaczął służyć mi pomocą, a nie odciągać od pracy. Bardzo się waham, zanim coś nowego dołożę.

Czyli stał się Pan zwolennikiem Calm Technology – racjonalnego, czystego, użytkowego, upraszczającego podejścia do technologii. Ciągle mi chodzi po głowie, dlaczego Pan nie podszedł do zaprojektowania interfejsu oprogramowania muzycznego?

Mnie samemu brakuje wiedzy matematycznej i informatycznej. Pomimo że siedzę w komputerach dzień i noc, brak mi takiego podejścia i wyobraźni. Mam inną, dlatego brak mi umiejętności przekazania językiem informatyki pomysłów. Mam ich zresztą naprawdę sporo i współpracuję z informatykami, ale jeśli pomysł wykracza jakoś poza ten język, to nie udaje nam się nawiązać porozumienia.

Na początku trochę Pan zbył pytanie o relacje twórca-artysta. Cyfryzacja w świecie zwykłym, np. relacji firma i klient, zmieniła układ sił. To klient wymaga, jest nielojalny, rozbestwiony itd. Czy to miałoby sens w muzyce?

No, to dyskusyjne.

Nie wierzę w platformy pośredniczące...

... za którymi stoją sami księgowi i wynajęci programiści. Wierzę, że cyfryzacja pozwoli artystom przy pomocy programistów i pewnie księgowych szerzej i łatwiej docierać do publiczności. Można spekulować, czy nie dawać za darmo całej muzyki prywatnym odbiorcom, a tylko za komercyjne wykorzystanie dyktować wysokie ceny.

Ale jest Pan na FB czy na MySpace. Wrzuca Pan – hipotetycznie – fragment nowej płyty, a może nawet z zachętą do wsparcia, że do jej wydania potrzebuje Pan środków z mikroskładek fanów. I odzew jest dobry, ale parę osób mówi: hmmm, dlaczego nie słychać w ogóle fortepianu? Albo: może Pan to nagrać wolniej? Tak jak na XIX-wiecznych koncertach wirtuozów fortepianowych, kiedy przez posłańca podsyłano z widowni nuty.

No właśnie to jest dyskusyjne. To się może wydarza i tak w studiach nagraniowych, ale czy to by miało sens i wartość dla dzieła? Nie jestem przekonany. Bo to już jest więcej niż wspólnie z publicznością na żywo przeżywać wieczór i mieć jedność publiczność – scena.

Może to kwestia wyrobienia tych po drugiej stronie. Jakich Pan spotyka ludzi w cyberświecie?

Mam to szczęście, że najczęściej spotykam jazzmanow, hiphopowcow, fanow muzyki rytmicznej i takich, którzy mówią: nie rozumiem jazzu. Tak jest najczęściej. Dużo muzyki w Europie ma mało wspólnego z prawdziwym jazzem i jest to po prostu muzyka nudna! Ja stronię od takiej i dlatego też często spotykam ludzi, którzy mówią: Nie rozumiem jazzu, ale kocham twoją muzykę!”. Tak jest dlatego, że ja gram prawdziwy amerykański jazz i moją czarną ukochaną muzykę. Taki jest jazz amerykański i źródłowy . Tam się nie myśli! Tam się czuje! To jest moje szczęście!

To znaczy, że nadal najlepszy pomysł na relacje twórca i żywy odbiorca to przestrzeń prawdziwa. Dla jazzu najlepiej miejska; Pan od dawna ma pomysł taką enklawę w Warszawie, na mały Nowy Jork.

I wtedy jest miejsce na dialog z publicznością – także na ad hoc interpretacje proponowanych tematów. Muzyka jest dla ludzi, ale nie oni mają rządzić, decydować. Bliższe jest mi amerykańskie ujęcie: sztuka to zrobić coś z niczego i umieć to przekazać czy sprzedać.

To jest ostatnia linia oporu niezależności artystycznej?

Nie wiem. Wiem, że od artysty wymaga się ogromnie dużo. Coraz więcej. Poza talentem i pracą bycia menedżerem, gwiazdą internetu, PR-owcem, promotorem, fundriserem. Muzyk musi mieć wytwórnię płytową.

Być biznesmenem?

Biznesmena musi umieć grać. Nie uda się nim zresztą być do końca, wiem to po sobie, zawsze się pęknie i wyjdzie artysta. Kiedyś podpisywałem kontrakt z Columbią, prezes pyta, czy interesuje mnie zaliczka. Tak, z twardą miną mówię, byłem na to przygotowany, wcześniej wyliczyłem sobie, że będę potrzebował 10 tys. dol. zaliczki. I z tą twardą miną mówię: 5 tysięcy. Potem, przy kolacji, opowiedziałem mu tę sytuację, śmiał się i powiedział: Son of the gun, najwyżej bym się nie zgodził; zapraszam jutro po czek. A dzisiaj trzeba umieć grać biznesmena jeszcze bardziej i zdecydowanie lepiej (śmiech).

Muzyk się zatem stale rozwija i czegoś uczy. Ale może dlatego, że cały biznes muzyczny się zmienił.

I cała rozrywka. Duże wytwórnie same zrobiły sobie kłopot. Dzisiaj polskie oddziały nagrywają katalogi otrzymane z zewnątrz, ewentualnie coś, co jest hymnem sportowym albo ewidentną masówką, sieczką. Dlatego wszyscy niezależni muzycy mają własne wytwórnie.

Dużo drobiazgu.

Dlatego mam pomysł, jak dzięki cyfryzacji zatoczyć kolejne koło i stworzyć wspólną platformę. Nie zdradzając szczegółów, powiem, że niesie to oczywiste korzyści dla artystów i odbiorców. Dlatego że nawet istniejące cyfrowe platformy pośredniczące między odbiorcą i artystą nie realizują tego potencjału.

Ma pan na myśli artystyczny, komercyjny?

Jedno i drugie, tak jak mówiłem o podejściu amerykańskim. Można nagrywać więcej, dawać szansę tworzenia i odbioru większej liczbie artystów i odbiorców. Zjednoczenie niezależnych wytwórni pod jedną marką. Zostawić niezależność, ale w jedności siła. Wtedy wytwórnie i platformy mają tylko po swojej stronie księgowych. Artyści są „na swoim”.

Michał Urbaniak

Michał Urbaniak – jedna z największych gwiazd jazzu na świecie, jeden z naszych najbardziej znanych jazzmanów. Skrzypek, saksofonista, kompozytor, aranżer, odkrywca młodych talentów. Od niedawna aktor filmowy. Skrzypek, którego Miles Davis zaprosił do nagrania albumu „Tutu”. Nagrał ponad 60 płyt. Grał na najważniejszych scenach i w największych salach (jak Carnegie Hall), w legendarnych klubach jazzowych (Blue Note, Village Vanguard).

W 1961 rozpoczął studia w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie w klasie skrzypiec (na saksofonie nauczył się grać sam). Znany był wówczas ze współpracy ze Zbigniewem Namysłowskim, Krzysztofem Komedą i Andrzejem Trzaskowskim, z którym wystąpił w 1962 r. na festiwalu w Newport i Waszyngtonie.

Pierwszą zagraniczną płytę nagrał w 1970 ale jego kariera nabrała rozmachu kiedy w 1973 r. wraz z żoną, Urszulą Dudziak, wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Podpisał prestiżowy kontrakt płytowy z wytwórnią Columbia. Pod tym szyldem ukazała się reedycja jego album "Super Constellation" - w USA zatytułowana "Fusion", a następnie "Atma" i "Fusion III", które zapoczątkowały pasmo amerykańskich sukcesów Michała Urbaniaka i Urszuli Dudziak.

Fan i zwolennik wykorzystania komputerów w muzyce. Fan rytmu, a więc rapu i hip-hopu, właściwie prekursor łączenia tych gatunków z jazzem. Twórca i lider własnych projektów, jak “Jazz Legends”, “Fusion”, “Urbanator”, “UrbSymphony”. W październiku ub. roku z tym ostatnim projektem wystąpił na świetnie przyjętym koncercie w Warszawie, kiedy jego zespół i orkiestra Filharmonii Narodowej wystąpiły pod batutą Jerzego Maksymiuka.

Wśród muzyków, z którymi współpracował, są takie tuzy, jak Quincy Jones, Billy Cobham, Stephane Grappelli, Joe Zawinul, Herbie Hancock, Wayne Shorter, Kenny Garrett, George Benson , Marcus Miller, Jaco Pastorius, Toots Thielmans, Kenny Kirkland, Larry Coryell, Lennie White, Alphonze Mouzon, Marcus Miller (Michal Urbaniak był odkrywcą jego talentu), Ron Carter, Stéphane Grappelli oraz ten, o którym mówi „największy” - Miles Davis.

/ za: Culture.pl, Urbaniak.com /.

NuPlays to taki pomysł? Wizytówka z kodem do Pana płyty dostępnej online do odtworzenia?

Tak, z tym wiążemy nadzieje. Chciałbym, aby to był łatwy sposób dostępu do muzyki. Intuicyjny. Próbujemy, podchodzimy do tego. Ja dałem tam swoją muzykę, dało ją też wielu niezależnych twórców.

To mocno wiąże użytkownika z platformą. Wie Pan, ten użytkownik dzieli się dużą liczbą wiadomości o sobie z platformą, jego profil rośnie. Chciałby Pan wiedzieć o swoich odbiorcach tyle co bank?

Nie, to w ogóle nie jest ten kierunek. Mówiłem, że artysta ma się znać na nowych technologiach, ale nie jest to celem samym w sobie. Celem pierwszorzędnym jest prosty, intuicyjny interfejs do kontaktu z muzyką kanałem cyfrowym.

}To jest pewne wyzwanie, bo miałem zacięcie, sięgając po Pana nagrania na tej platformie.

Też widzę, że deweloperzy tej platformy mają z tym właśnie najwięcej pracy. Kreują jakiś proces korzystania i wydaje się im, że jest to proste, ale mam znajomych, którzy mówią: dostałem od ciebie prezent i nie umiem z niego skorzystać. Bardzo się angażuję, aby to było jak najłatwiejsze, więc przekazuję wszelkie uwagi. To się sprawdza, że informatyka bez użytkownika nie stworzy nic przyjaznego.

Padł stary model dystrybucji muzyki i artysta się zbliżył do publiczności.

No to jest jeszcze projekcja. Artysta sobie nałożył na barki dodatkowy kierat. Ale świadomie. Wierzę, że trzeba stworzyć jakiś nowy sposób tej relacji. Teraz jest chaos. Wierzę w bezpośredni kontakt artysty z odbiorcą, najlepiej peer-to-peer, bez platform typu Spotify.

Ile płaci artystom Spotify?

Oni płacą 0,003 centa za odtworzenie. Stary model upadł, nowy wcale jeszcze się nie wyłonił, jak mówiłem, nie wierzę w platformy pośredniczące, za którymi stoją sami księgowi i wynajęci programiści; wierzę, że cyfryzacja pozwoli artystom przy pomocy programistów i pewnie księgowych szerzej i łatwiej docierać do publiczności. Można spekulować, czy np. nie dawać za darmo całej muzyki prywatnym odbiorcom, a tylko za komercyjne wykorzystanie dyktować wysokie ceny.

Jest chaos, ale z tego coś wyjdzie.

Nie mówiliśmy jeszcze o występach na żywo. Fantastyczny był koncert UrbSymphony w październiku w warszawskiej filharmonii. Orkiestra symfoniczna pod dyrekcją Jerzego Maksymiuka i zespół Michała Urbaniaka. No i nie obyło się bez komputerów.

Wszyscy w zespole mieliśmy komputery. Tylko maestro Maksymiuk nie miał, on się nauczył partytury na pamięć, dwukolorowym ołówkiem nanosił swoje uwagi. W pewnym momencie pyta: perkusista i raper nie pod moją batutą? No nie. To co ja jestem, manekin? Ale ostatecznie nawet raper był podporządkowany. Słuchał się maestro, patrzył na niego.

Chyba z tą wycieczką rapera do publiczności udało się jednak zaskoczyć nawet maestro Maksymiuka. Mówiliśmy, że komputer zmienia muzyków, Pan razem z jazzmanami wprowadził komputer także do filharmoników, i to w 1995 r. Intencją był znowu rytm.

Tak, w 1995 r. w Częstochowie pierwszy raz graliśmy z zespołem jazzowym, z raperem Solidem i orkiestrą symfoniczną. Wtedy na scenie zagrał z nami ktoś jeszcze: komputer McIntosh.

I w pewnym momencie to on zmienił tempo dla kotłów, to przyspieszenie można usłyszeć na płycie. Intencją rzeczywiście był rytm. Dziś muzycy, także symfoniczni, są już bardzie zrytmizowani i takie wsparcie nie jest potrzebne. Ale nadal szukamy rozwiązań programowych – moim pomysłem są np. szkolenia rytmiczne dla muzyków symfonicznych.

W skrócie: cyfryzacja pomaga w edukacji rytmicznej muzyków.

Robimy takie rzeczy na warsztatach z młodymi muzykami podczas Urbanator Days już dziesiąty rok! Uwrażliwia ich to na bogactwo rytmu i narzuca doskonałość warsztatową.

A cyfryzacja kontra wrażliwość? Nicolas Carr napisał książkę o spłycaniu intelektu pod wpływem nowych technologii. Wykazuje zmiany w inteligencji i emocjach pod wpływem kontaktu z komputerem...

No i?

No i jego wnioski są smutne: pamięć, inteligencja emocjonalna, umiejętności nawiązywania i utrzymania relacji – to wszystko ulega erozji. Wyobraża Pan sobie, że muzycy nie uczą się na pamięć nut?

Nie, tego sobie nie wyobrażam. To nie nastąpi. Komputer może podsuwać gotowe template’y albo „nastroje”, podpowiadać najlepsze układy rytmiczne. Może jak Audio Score zapisać zagwizdaną melodię i ułatwić, przyśpieszyć. Może kiedyś sam dojrzeje muzycznie do poziomu artysty. Ale czy to zastąpi pamięć i zabije wrażliwość muzyka? Nie sądzę. Moim zdaniem najlepsza jest muzyka nagrywana hybrydowo, czyli na żywo przez muzyków, ale za pomocą najnowszych technologii! Best of both worlds!

A publiczność, odbiorcy, ich wrażliwość?

To, że wrażliwość jest inna, widzę, wyczuwam, bo publiczność jest inna. Można rzeczywiście wiązać to z innym sposobem komunikacji ze światem i innymi ludźmi, cyfrowym. Ale nie mówię, że jest gorzej. Jest inaczej. To się jednak dopiero jeszcze zmienia, ustala. Tak jak z rynkiem muzycznym.

To, co jest dobre, to odkategoryzowanie. Przez NuPlays i przez kanały cyfrowe przyjdą do mnie ludzie po muzykę, nie odstraszy ich etykieta „jazzman”. Dzisiaj najwięcej muzyki słucha się w samochodzie i na żywo. W jednym i drugim kanale bardziej niż kiedykolwiek mają szansę zaistnieć twórcy niezależni. Cyfryzacja powoduje, że o wrażliwość i wzruszenie odbiorców możemy zawalczyć. A tak naprawdę muzyka jak dawniej wychodzi od twórcy, przez wykonawców, do słuchacza, tylko już innymi drogami i sposobami niż kiedyś.

Jestem dobrej myśli.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Michał Urbaniak, foto: Przemek Pokrycki