Copyright w IoT

Rzeczy, czyli przedmioty martwe, przez wieki leżały tam gdzie je ktoś sobie położył. Właściciel mógł robić z nimi co mu się spodobało. Do spółki z Internetem - rzeczy zyskują jednak przewagę intelektualną i władzę wykonawczą.

FOTO

Gratisography

Cóż to za ohydny tytuł „Copyright w IoT”? Staram się nadążać za zmianami norm językowych, za „normalnością”, zgodnie z krzywą Gaussa wyznaczoną przez większość populacji. No i taka forma wyszła, dla prostego komunikatu, że chcę wspólnie z Państwem popatrzeć na ciekawe skrzyżowanie dwóch nurtów: prawa autorskiego i licencjonowania oraz tzw. Internetu rzeczy, czyli IoT (Internet of Things).

Rzeczy, czyli przedmioty martwe, są znane od dawna i przez wieki leżały tam gdzie je ktoś sobie położył. Właściciel mógł sobie robić z nimi co mu się spodobało. To były jego rzeczy. Wyłącznie jego, właściciela, rzeczy.

Zobacz również:

Pominę zupełnie wątek milionów sporów o to kto był lub jest właścicielem jakiejś konkretnej rzeczy. Bo choć kwestionowano sobie wzajemnie posiadanie praw właścicielskich do tego czy owego, to nie kwestionowano zasady, że właściciel, (jak tylko zostanie „ogniem i mieczem” uzgodniony), będzie ze swoimi rzeczami mógł wszystko. Pominę też niechlubny wątek kwestionowania prawa ludzi do posiadania rzeczy, do prywatnej własności. Dajmy sobie też spokój ze współwłasnościami – bo nadal jest „właściciel”, tylko w postaci zbiorowej.

Własność prostych materialnych rzeczy to podstawa rozumienia świata dla szerokich rzesz ludzi od kiedy nasza cywilizacja pamięta.

Z kolei Internet, to w porównaniu z „rzeczami” zupełna nowość. Nie wiadomo czyją jest własnością. I wcale nie chce spokojnie siedzieć tam gdzie go położyli. Gdy już mu się znudziło siedzieć samemu w komputerach zainteresował się światem rzeczy, dotąd milczącym i nieożywionym. I zaproponował rzeczom spółkę. „Wszyscy zyskamy”, powiada. „Ludzie znacznie więcej wydadzą na nas razem, niż w sumie wydawali płacąc z osobna na rzeczy, z osobna na mnie”. „No i będzie koniec z tym pomiataniem. Ja, najmądrzejszy Internet, radzę im jak żyć a oni nie słuchają. Z kolei Was, przedmioty, traktują przedmiotowo. Razem uzyskamy nie tylko przewagę intelektualną ale i władzę wykonawczą. Jak się nie będą stosować do porad dietetycznych, to lodówka się może nie otworzyć. A to tylko początek. Tylko ułamek ułamka tego, co razem dokonamy”.

Jeśli Was powyższa forma zaintrygowała, czy chociaż rozdrażniała, to się cieszę, bo bardzo chcę jakoś pobudzić Waszą uwagę, przed ważnym komunikatem.

Rzeczy w „internecie rzeczy” stracą swoją podstawową cechę przynależności do właściciela. Przynależności wyłącznej, stuprocentowej, bezwzględnej.

Prawo wkracza do akcji

I wcale nie chodzi mi o potencjalną autonomizację ich funkcjonowania. Że mianowicie mogły by robić nie całkiem to co właściciel chce. Już się tym kiedyś zajmowaliśmy, nie ma pewności, czy mój telewizor zechce wyświetlać reklamy papierosów nastolatkom. Ale ciągle jest to mój telewizor. Skoro mój telewizor nie wykonuje jakichś funkcji, (choćby nie wyświetla reklam papierosów) to ja, właściciel, mogę go porąbać siekierą, oddać ubogim, sprzedać bogatym – co wybiorę według swojego kaprysu. Albo położyć przy śmietniku - niech ktoś go sobie weźmie. Tylko czy na pewno jutro też będę mógł?

Cóż takiego szczególnego internet jako wspólnik wniesie naszym (?) rzeczom? No przecież jakieś oprogramowanie. A wraz z nim jakieś warunki licencjonowania, jakieś ograniczenia dysponowania prawem do tego oprogramowania. Jest realna szansa, że mogą to być w szczególności także ograniczenia dysponowania nośnikiem tego oprogramowania. A tym nośnikiem będzie często sama rzecz – nie da się łatwo znaleźć i wyjąć kostki czy dyskietki z licencjonowanym kodem, i potraktować oddzielnie.

Jeśli kupując telewizor podpisałem, dodane gdzieś tam na końcu, drobnym drukiem, że nie tylko sam nie skopiuję oprogramowania, ale że również zapewnię iż nikt go nie będzie mógł skopiować, to położenie przy śmietniku telewizora, czyli nośnika tegoż oprogramowania już słabiej wygląda. Bo przecież ten co go podniesie gotów skopiować, i jeszcze nawet komercyjnie wykorzystać. A każdy egzemplarz jest potajemnie, w lewy dolnym rogu, znaczony indywidualnym numerkiem. Wiadomo będzie czyja kopia w pirackich wersjach wypłynęła. W sumie nie tyle telewizor położyłem w ogólnie dostępnym miejscu, co egzemplarz chronionego programu. Tak przynajmniej może to prawnie być zakwalifikowane. To co w takim razie mogę zrobić ze swoim telewizorem, ze swoją rzeczą? Trudno z góry mieć pewność. Na pewno nie mogę nic, na co nie wyraża zgody umowa licencyjna zawartego w nim programu!

Te

rzeczy z internetu to już nie są takie „rzeczy” jakie mieliśmy przez tysiąclecia. W tym sensie nazwa „Internet rzeczy” może stać się bardzo, bardzo myląca,
bo odwołuje się do podświadomej, tysiącletniej pewności, podczas gdy podstawy tej pewności mogą być zachwiane.

Te (u)twory z „internetu rzeczy”, to po trosze będą rzeczy nasze, a po trosze funkcjonalnie „rzeczy internetu”. Funkcjonalnie, trochę dziwacznie, wbrew osadzonym cywilizacyjnie intuicjom, bo to nie będzie współwłasność. Niby nadal jestem stuprocentowym właścicielem. Ale funkcjonalnie jednak nie całkiem.

Czy mogę pożyczyć koledze swoje buty do biegania? To zależy, czy umowa licencyjna ich „systemu operacyjnego” dopuszcza taką możliwość. Czy mam prawo sublicencjonować zapisany w nich software? Choćby na 2 godziny? Nie musi być tak łatwo powiedzieć sprzedawcy: nie twoja rzecz co komu co pożyczam.

Czy to realne?

Dziś chyba jeszcze nie. To znaczy technicznie i prawnie jak najbardziej. Ale marketingowo, sprzedażowo nie. Po pierwsze, w fazie promowania nowego konceptu – rzeczy podłączonych do internetu - nie ma takiej potrzeby. Sam fakt bycia „inteligentnym” butem wystarcza aby się producent mógł różnicować wobec „bezmyślnych” butów konkurencji. W fazie rozwoju myśli się raczej o zdobyciu jak największego udziału w rynku, niż wyciągnięciu każdego możliwego grosza. No i lepiej nie płoszyć wahających się amatorów IoT jakimiś ograniczeniami.

Ale jak już wszystkie buty zmądrzeją, to funkcjonalność oprogramowania zapewne będzie tym głównym czynnikiem, który pozwoli się producentom różnicować. I tej funkcjonalności oprogramowania będą bronić, na różne sposoby. A do tego, gdy się już rynek nasyci, warunki się mogą usztywnić – trzeba będzie wyciągnąć jak najwięcej ze swojej działki. Tak już było. Najpierw podstawowe pakiety oprogramowania dostarczano w sposób umożliwiający kopiowanie z dziecinną łatwością. Niech idą pod strzechy. A potem pojawiło się BSA (Business Software Alliance), i wykreowana psychoza strachu przed wejściem do domów kontrolerów z policją, konfiskowaniem komputerów, karaniem osób posługujących się nielegalnymi kopiami. Nie oceniam działań podjętych w odpowiedzi na łamanie prawa, nie o tym jest niniejszy artykuł. Chcę tylko powiedzieć, że w fazie pionierskiej komputerów osobistych takich działań nie było. A potem się zjawiły. Na marginesie, zapewne Państwo wiecie, że wg. Wikipedii, BSA nadal w Polsce jest aktywne, między innymi: „Udostępnia punkty kontaktowe zbierające informacje o naruszaniu tych praw [autorskich]. Informacje są następnie przekazywane organom ścigania.”

Oczywiście są możliwe różne ścieżki rozwoju. Na przykład

producenci samochodów nie wpadli na to żeby explicite konkurować softem. Przepraszam właściwie jeden nawet na to wpadł, ale potem zaraz wpadł (dał się złapać).
Jednak generalnie wydaje się, że oni, robiąc od wielu dziesięcioleci samochody, ciągle mają wkodowane, że trzeba się różnicować cechami samochodu. Natomiast „Internet rzeczy” lansują nie sami producenci „rzeczy”. Lansują go także firmy informatyczne, które w swoim DNA mają wkodowane konkurowanie i wygrywanie funkcjonalnością softu. I wkodowaną twardą walkę o prawną ochronę wszystkiego, także tego co choćby przez chwilę koło tego softu leżało.

I jeszcze dodajmy jeden aspekt realności – fizyczną wykonalność. To oprogramowanie cały czas kolaboruje ze swoim kolegą internetem, więc ma prostą możliwość donosić na właściciela (współwłaściciela ?), gdy się zorientuje, że warunki licencjonowania nie są przestrzegane.

Będzie się działo?

Nawet gdyby powyższe scenariusze w pełni się zmaterializowały, to wcale nie uważam ich za jakąś czarną prognozę. Przecież wszyscy chcemy uczciwie korzystać z legalnych programów w komputerach. Więc

i w podkoszulkach też będziemy chcieli mieć legalny soft, z wykupionym wsparciem, i prawem do nowych wersji. Tylko trzeba o tym będzie pamiętać, ale to drobna komplikacja
, do ogarnięcia. A w zamian ile wspaniałych szans może się otworzyć.

Pierwsze wskazówki co do tych możliwości widać już dzisiaj. Wystarczy przeczytać ciepłe, przepojone troską i życzliwością, powitanie od producenta filmu na DVD, i już mamy parę pomysłów. Na przykład sukienka licencjonowana tylko na obszar 1. Do części krajów nie da się w niej wjechać. Albo jakiś inny ciuszek, w którym można chodzić tylko w domu. W dziedzinie damskich strojów postęp może być oszałamiający. Dziś koszmarny sen dla Pań, to spotkać się na przyjęciu z drugą osobą w identycznej sukni. Dzięki selektywnemu licencjonowaniu nigdy więcej taki smutny przypadek nie musi się zdarzyć. (Chyba, że jakaś piratka, ale wtedy na pociechę jest jasna podstawa prawna, żeby ją aresztować.)

O różnych wariantach, z prawem do wypożyczania i bez takowego prawa, już wspominałem. Mogą być też pewnie wersje rzeczy licencjonowanych na wspólne gospodarstwo domowe. Może być z tym na początku pewien kłopot, żeby się przyzwyczaić. Bo jeśli np. mam gumkę w majtkach, z zastrzeżonym, niepowtarzalnym algorytmem dopasowywania siły nacisku do wielkości brzucha, to oczywiście nie wolno mi jej wyciągnąć i zrobić z niej procy, bo na tym polu eksploatacji nie nabyłem odpowiednich praw.

Ale kto będzie potrzebował ten się nauczy. Mnie osobiście całe to potencjalne zamieszanie nie martwi, dopóki gdzieś się uchowają jacyś producenci rzeczy zwykłych, nie podłączonych do sieci. To znaczy nie na zasadzie szpanu, że są buty nie podłączone, ale dwa razy droższe od podłączonych, zrobione tak, żeby od razu widać, że one specjalnie rozłączone. Tylko takich zwykłych-zwykłych. Więc nie będę dalej tego wątku kreowanych możliwości i ubocznie powstałych niedogodności rozwijał. Życie samo się tym zajmie, jak już wiele razy.

Mam też nadzieję, że tak jak z oprogramowaniem komputerowym, nie wszystko wpadnie w ręce wielkich korporacji. Żegnam się więc z Państwem, oczami duszy widząc jakąś uroczą, półprzezroczystą, niezapiętą na część guzików, letnią bluzeczkę. Oczywiście, niech żyje i rozkwita open-source!

Andrzej Pilaszek

Andrzej Pilaszek

o Autorze

Andrzej Pilaszek ukończył na Uniwersytecie Warszawskim studia informatyczne oraz organizację i zarządzanie a podyplomowo program MBA z University of Illinois.

Doświadczony manager w obszarze IT, przede wszystkim w zakresie zastosowań biznesowych. Skutecznie łączy wiedzę i duże doświadczenie informatyczne, z doświadczeniem w zakresie zarządzania biznesowego, rozwiązując problemy na styku informatyki i biznesu.

Na początku lat 90. z firmą analityczną IDC, przygotowywał pierwsze raporty o polskim rynku IT. Współpracował z polskim „Computerworld” od wydania nr 1.

Przez wiele lat zaangażowany w rozwój zastosowań IT w elektroenergetyce i gazownictwie, pracując jako manager w dużych firmach informatycznych, m.in. SAP Polska, a potem jako niezależny konsultant i project manager. Od roku 2012 dyrektor informatyki w PGE Energia Odnawialna SA, a następnie (do lutego 2016) dyrektor Departamentu Strategii IT w PGE SA. Od marca 2017 r. pełni w PGE Systemy SA funkcję Senior Project Managera.

Mamy przyjemność regularnie gościć na łamach teksty Autora od wiosny 2016, układają się one w refleksyjno-analityczny cykl "PodŚwietlana przyszłość".