Adrenalina w żyłach biznesu

Za co płaci pracodawca

Pracodawca płaci oczywiście za to, żeby jego pracownicy uczestniczyli w tego typu zabawach nieprzypadkowo, ze względu na modę czy przerost funduszu socjalnego firmy. Aby stwierdzić, że to dla niego korzystne, przyjąć trzeba na wstępie założenie: szef czy właściciel firmy chce mieć w organizacji pracowników samodzielnych aktywnych i twórczych. Trzymając się tego aksjomatu, spróbujmy zatem odpowiedzieć na pytanie: po co to wszystko?

Po pierwsze, wiąże ludzi z firmą. Dobry szef ofiarowuje im coś, co ich cieszy, ale własnych pieniędzy by na to nie wydali. Po drugie, daje prezesowi, dyrektorowi czy kierownikowi działu pełniejszą wiedzę o ludziach, których zatrudniają. Komu warto powierzyć funkcję lidera, a kto się załamie w obliczu trudności. Po trzecie, podnosi wartość pracowników, zarówno poszczególnych osób, jak też zespołu, jako całości. Są odnowieni psychicznie, bardziej zgrani.

Punkt pierwszy nie wymaga komentarza. Drugi też jest właściwie oczywisty. W ekstremalnych sytuacjach ludzie zrzucają maski. Wychodzi z nich to, czym są naprawdę, zarówno dobre, jak i złe cechy. Pracodawca może to obserwować osobiście, jako uczestnik imprezy, lub angażuje psychologa, który dodatkowo da mu głębszą interpretację ujawnionych postaw i zachowań. Tu też trzeba wiedzieć, kogo się zatrudnia. "Kiedyś po całym dniu intensywnych zajęć w leśnych ostępach nieprzygotowany do tego psycholog całkiem nam się rozkleił" - wspomina Andrzej.

Niech pan prezes poda deskę

Warto się zatrzymać przy punkcie trzecim. "Nasza oferta jest alternatywą dla najpopularniejszej w Polsce formy integrowania zespołów ludzkich, balangi alkoholowej" - twierdzi Natalia. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, co jest korzystniejsze dla pracodawcy i zdrowsze dla pracowników. Jeżeli grupa ludzi musi wspólnie pokonać jakąś przeszkodę terenową, np. zbudować prowizoryczną kładkę, aby przejść na drugą stronę huczącej górskiej rzeki, wówczas w sposób naturalny zaczynają ze sobą współpracować. Potrzeba sprawnej komunikacji wymusza rezygnację z tytułów, nie ma kierowników, prezesów, magistrów, doktorów. Bo zamiast "niech pan prezes poda deskę", łatwiej powiedzieć "Józek podaj deskę". Ludzie wyjęci na zewnątrz z biurowych pomieszczeń bez oporów łamią tego rodzaju konwenanse. Mało tego, wspólne dzieło (kładka nad wodą) jest czymś namacalnym, sukcesem grupy, czymś, co wiąże ich ze sobą. W pracy zawodowej, w dużej firmie, też wspólnie tworzą jakiś efekt końcowy, jakieś dzieło, ale dla szeregowych pracowników jest to najczęściej dzieło abstrakcyjne, niedotykalne.

"Nasze zadanie polega też na tym, aby dyskretnie motywować ludzi do przesuwania granic ich własnych możliwości, bo najczęściej są to granice psychologiczne - wyjaśnia Andrzej - często słyszymy potem od nich: nie wiedziałem, że ja to potrafię. Jeżeli ktoś na przykład ma silny lęk przestrzeni, a my go przekonamy, żeby zjechał na linie z dwudziestometrowego urwiska, to przesuwa on w ogóle granicę swoich zdolności do podejmowania trudnych wyzwań. Będzie skuteczniejszym pracownikiem, bo trafiając na skomplikowany problem, nie odsunie go od siebie, lecz podejmie próbę rozwiązania. To jest oczywiście pewne uproszczenie - mówi Andrzej - ale oddaje istotę rzeczy".

Trzeba się wyszaleć

A jeśli ktoś nie jest w stanie zmobilizować się do chodzenia po moście linowym czy opuszczania z wieży piastowskiego zamku na linie, ubezpieczany przez kolegów z działu? "Wszystkie gry i zabawy skonstruowane są w ten sposób, aby nie zdołować osób, które nie są w stanie przekroczyć różnych barier psychologicznych lub fizycznych - włącza się Natalia - powiedziane jest w regulaminie, że co najmniej pięć osób musi na przykład przejść po moście linowym, aby grupa zaliczyła kolejny etap gry terenowej. Zawsze zostaje więc furtka dla tych, którzy się nie przełamią".

"Natomiast ci wszyscy, którzy skutecznie rozwiążą zadania - a gama zadań jest tak duża, że najczęściej każdy znajdzie coś, w czym jest dobry - czują się dowartościowani, poprawiają swoją samoocenę, zwiększają wiarę w siebie" - mówi dalej Andrzej. "Następuje odblokowanie zdolności twórczych, zdolności do podejmowania decyzji".

"Jest jeszcze jeden element - znowu Natalia - ja to nazywam ładowaniem akumulatorów. Po takiej akcji w terenie jej uczestnicy są brudni, zmęczeni, ale szczęśliwi. Chce im się żyć i - co ważne dla firmy, która funduje całą zabawę - chce im się pracować".

"Nie zapomnę pewnej pani sześćdziesięcioparoletniej z imprezy organizowanej dla agentów Commercial Union" - wspomina Andrzej. "Kobieta, zjeżdżając na tyrolce ze skałki w Dolinie Lejowej, krzyczała do kolegi młodszego od siebie o jakieś czterdzieści lat: rób mi zdjęcie, niech wnuki widzą, jak babcia szaleje. Najbardziej kulturalny człowiek musi się czasem wyszaleć, musi pobiegać, pokrzyczeć" - przekonuje góral z Białego Dunajca. I ma przy tym bardzo dużo racji. Takie kontrolowane szaleństwo to bowiem najbardziej naturalny i najzdrowszy sposób rozładowania stresów.

Siedzące ogniwo ewolucji

Homo erectus, czyli człowiek poruszający się w postawie wyprostowanej, będący zapewne naszym bezpośrednim protoplastą, pojawił się na Ziemi jakieś 600 tys. lat temu. Przez większość tego czasu niemal każdy stres dla każdego człowieka był nierozerwalnie związany z ekstremalnym wysiłkiem fizycznym - ucieczką, pogonią, walką. Ewolucja biologiczna wyposażyła nas odpowiednio na taką okoliczność. W sytuacjach stresowych organizm produkuje adrenalinę. Hormon ten wytwarzany w rdzeniu nadnerczy przyśpiesza bicie serca, rozkurcza mięśnie dróg oddechowych, zwiększa zawartość glukozy we krwi, jednym słowem: przygotowuje człowieka do gwałtownego wysiłku fizycznego. Efektem i następstwem wysiłku jest z kolei zmęczenie i odprężenie, czyli po prostu rozładowanie stresu.

Człowiek siedzący, siedzący przez całe życie za biurkiem, za kierownicą samochodu, za stołem - to przeciwieństwo tamtego, naturalnie ukształtowanego i samoregulującego się systemu. Jest wytworem zaledwie ostatnich kilkudziesięciu lat. Komfort fizyczny, który zapewniliśmy sobie drogą rozwoju cywilizacji, nie uwolnił nas od stresów, a na domiar złego pozbawił wielu możliwości ich rozładowywania. Po trudnej rozmowie ze złośliwym klientem uśmiechamy się uprzejmie, życząc mu miłego popołudnia. Nie oznacza to oczywiście, że kamienne maczugi i gardłowe okrzyki powinny wrócić jako podstawowe narzędzia rozwiązywania konfliktów międzyludzkich. Tłumaczy natomiast popularność i wyjaśnia sens różnego rodzaju sportów ekstremalnych oraz wyczerpujących fizycznie gier lub zabaw w leśnych ostępach, górskich rzekach, skałach czy jaskiniach.

Pop-integracja

Spotkania działów i zespołów są w Polsce najpopularniejszą formą kreowania wizerunku firmy wśród pracowników - wynika z badania firmy Communications Partners. Korzysta z nich średnio 3/4 wszystkich organizacji, niezależnie od pochodzenia, struktury i wielkości zatrudnienia. Średnio połowa firm organizuje spotkania całej załogi oraz wyjazdy integracyjne. Najrzadziej robią spotkania firmy, w których większość kadry stanowią pracownicy fizyczni (20% takich firm) oraz firmy zatrudniające powyżej 500 osób (30% odpowiedzi "tak"). Natomiast aż 3/4 firm, w których pracują wyłącznie specjaliści i menedżerowie, organizuje wyjazdy integracyjne regularne. W tych firmach najczęściej też organizuje się spotkania całej firmy (90%).