Widmo deflacji

W USA roczna stopa inflacji stała się ujemna po raz pierwszy od 1955 roku, znów spadają ceny w Japonii i ledwie rosną w strefie euro. Cieszyć się czy martwić?

Maciej Krzak

Maciej Krzak

Ciągły spadek cen nazywamy deflacją. Konsumenci mają się wtedy lepiej, bo kupują taniej. Jednak przedłużony okres deflacji niesie za sobą różne niebezpieczeństwa. W obecnym globalnym kryzysie, wywołanym przez świat finansów, postawiłbym akcent na deflację długu. Ten termin oznacza, że realna wartość długu, czyli jego siła nabywcza, rośnie. Długi są bowiem ustalane w pieniądzu jako określona kwota do spłacenia wraz z odsetkami. Deflacja sprawia, że stopy procentowe po skorygowaniu o jej prognozowaną dynamikę, czyli stopy realne, stają się wyższe. Kiedy ceny spadają, ta sama suma pieniędzy jest warta więcej dóbr i usług, więc dłużnicy muszą oddać więcej siły nabywczej, niż oczekiwali. Ich bilanse ulegają pogorszeniu i popyt spada. Notabene, bank centralny traci kontrolę nad realnymi stopami procentowymi, bo nominalne stopy procentowe może redukować tylko do zera, dlatego polityka monetarna staje się mało skuteczna. Deflacja wywołuje także oczekiwania dalszych obniżek cen, więc podmioty wstrzymują zakupy i popyt słabnie, zatem tendencje recesyjne ulegają wzmocnieniu.

Pesymiści są teraz przerażeni, że zbliżamy się do kolejnej odsłony Wielkiego Kryzysu II; deflacja była powszechna na początku lat 1930. i pogłębiła zapaść gospodarczą. Według nich fakt, że indeks CPI w USA wyniósł minus 0,4% r/r w marcu 2009 r. zapowiada ten etap, a to źle rokuje gospodarce świata, w której ostatnio powiało szczyptą optymizmu z powodu lepszych danych gospodarczych z USA i Chin. Z kolei optymiści uważają, że deflacja będzie zjawiskiem przejściowym, spowodowanym głównie przez gwałtowne potanienie surowców, w tym ropy naftowej. Przestała ona już tanieć, więc kiedy efekty zjazdu cen w dół ustąpią, to w drugiej połowie roku osłabną także tendencje deflacyjne. Te argumenty brzmią dość sensownie w świetle danych o kształtowaniu się inflacji. Najważniejsze indeksy tzw. inflacji bazowej, inflacji oczyszczonej z cen żywności i energii, znajdują się wyraźnie na pozytywnym terytorium. Potwierdza ten argument choćby kształtowanie się indeksu cen konsumpcji w USA po odjęciu cen żywności i paliw, który mimo znacznego spadku jesienią 2008 r., w marcu br. wzrósł o 1,8% rok do roku (r/r), a więc blisko wysokości uznawanej za "idealną" przez Zarząd Rezerwy Federalnej (Fed). Jest też daleko od najniższego poziomu z jesieni 2002 r., kiedy to strach przez deflacją skłonił Fed do szybkich obniżek stóp procentowych od funduszy federalnych do 1% w skali roku. A to, jak wiemy, zachęciło banki w USA do masowego pożyczania pieniędzy na domostwa mało wiarygodnym klientom, co stało się zaczynem kryzysu finansowego na skalę światową.

Zobacz również:

W strefie euro stopa inflacji wyniosła w marcu zaledwie 0,6% r/r, niektóre kraje jednak odnotowały symptomy deflacji - Hiszpania, Irlandia, Portugalia i Luksemburg. Zjazd cen jest szybki; rok wcześniej stopa inflacji w strefie euro wynosiła 3,6% r/r. Jednak po usunięciu energii, żywności, alkoholu i tytoniu z koszyka dóbr i usług konsumpcyjnych indeks inflacji bazowej wyniósł 1,5% r/r, a więc także nie sygnalizował jeszcze zjawisk deflacyjnych. Chociaż i on podlega trendowi spadkowemu, ale nie tak silnemu jak CPI; rok wcześniej jego dynamika wyniosła 2,7% r/r. Niska dynamika CPI zatem odzwierciedla przede wszystkim spadek cen energii - o ponad 8% r/r.

Gorzej sytuacja przedstawia się w Japonii., w której CPI w lutym obniżył się o 0,1% r/r, a po korekcie o ceny żywności i energii odnotował taki sam spadek. Japonia ma za sobą historię deflacji w latach 1990., więc jej wspomnienia są ciągle żywe i oznaki, że wraca, zapewne przełożą się na zachowania konsumentów i firm szybciej niż w innych krajach, co jeszcze bardziej pogrąży Japonię w dotkliwej już i tak recesji. Prognozuje się, że PKB obniży się w 2009 r. o ponad 5%.

Mimo niewielkiej poprawy gospodarka światowa, zwłaszcza europejska i japońska, kurczy się nadal. Nastąpiło spowolnienie dynamiki spadków, ożywienie zaczęło się jedynie w Chinach. To zapowiada, że tendencje deflacyjne będą się jeszcze pogłębiać przez jakiś czas. Dochody konsumentów będą nadal malały, a obecne znaczne spadki cen produkcji sugerują, że nie przełożyły się one jeszcze całkowicie na ceny konsumpcji. Groźby deflacji nie można zatem lekceważyć. Główne banki centralne prawie wystrzelały się już z amunicji, redukując stopy procentowe prawie do zera. Zostaje im tylko emisja pustego pieniądza, aby podtrzymać oczekiwania inflacyjne. Na szczęście na razie nie pojawiły się oczekiwania deflacyjne, być może w dużej mierze dzięki bardzo luźnej polityce pieniężnej.

W Polsce tendencje deflacyjne w indeksach cen CPI i inflacji bazowej są na razie niewidoczne. Nie ma zatem powodu do zmartwienia, ale gdyby ugruntowała się deflacja u najważniejszych partnerów gospodarczych, oznaczałoby to tam pogłębienie recesji, a zatem transmisję tych impulsów do Polski.

Autor jest wykładowcą WSHiP im. R. Łazarskiego oraz ekspertem CASE i PKPP Lewiatan.