S. Gomułka: Co będzie dalej?

W państwach rozwijających się w tempie zbliżonym do naszego stopa zysku jest wyższa niż w krajach rozwiniętych, dlatego kapitał inwestycyjny odpływa z państw doganianych do tych doganiających – mówi prof. Stanisław Gomułka w rozmowie z Patrycją Dziadosz.

W magazynie New York Times pojawił się artykuł Ruchira Sharmy, głównego stratega banku Morgan Stanley poświęcony Polsce. Autor wskazał, iż nasz kraj jest na najlepszej drodze do tego, by z gospodarek rozwijających się przeskoczyć do klubu gospodarek rozwiniętych. Czy rzeczywiście mamy na to szanse?

Aby precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie, trzeba wyjaśnić definicję państwa rozwijającego się. Zdaniem Międzynarodowego Funduszu Walutowego o tym czy państwo jest rozwinięte świadczy dochód społeczeństwa: po przekroczeniu 15 tys. dolarów państwo jest uważana za rozwinięte. Moim zdaniem takie podejście jest błędne. W mojej definicji państwo rozwijające to takie, w którym Produkt Krajowy Brutto w przeliczeniu na mieszkańca jest wyraźnie niższy niż w państwach wysoko rozwiniętych, ale w których równocześnie gospodarka rozwija się w dobrym tempie, znacząco wyższym niż w krajach rozwiniętych, głównie dzięki przyswajaniu innowacji z zewnątrz. Abyśmy mogli nazwać konkretne państwo rozwiniętym, uśredniony poziom dochodów mieszkańców powinien wynosić przynajmniej ok. 80 proc. dochodów w takich krajach jak Niemcy, Japonia czy Stany Zjednoczone.

Zobacz również:

Kraje najbardziej rozwinięte od kilkudziesięciu lat rozwijają się w tempie od 1 do 1.5 proc., a Polska od roku 1990 w tempie 4 proc. rocznie. Przez najbliższe 10 lat nadal będziemy krajem doganiającym, co jest dobrą informacją, bowiem tempo wzrostu zbliżone do państw wysoko rozwiniętych oznaczałoby, że obecna różnica w PKB w przeliczeniu na mieszkańca pozostałaby na obecnym poziomie, a ten według siły nabywczej wynosi w Polsce ok. połowy tego, co w Stanach Zjednoczonych i około 55-60% poziomów w Niemczech i Japonii. Różnice w poziomie nagromadzonego bogactwa na mieszkańca są ponadto dużo większe niż w poziomie dochodów. Te poziomy w roku 1990 były w relacji do krajów wysoko rozwiniętych około połowę niższe niż są obecnie, więc od tego czasu zrobiliśmy bardzo duży postęp na drodze do pozycji kraju rozwiniętego, ale do pełnego sukcesu pozostaje nam jeszcze całkiem dużo i całkiem daleko.

Czy sama obecność w klubie państw wysokorozwiniętych wiąże się z pozytywnymi benefitami inwestycyjnymi?

Dla inwestorów liczy się przede wszystkim stopa zysku, która jest ściśle związana z tempem wzrostu gospodarki danego państwa. W państwach rozwijających się w tempie zbliżonym do naszego stopa zysku jest wyższa niż w krajach rozwiniętych, dlatego kapitał inwestycyjny odpływa z państw doganianych do tych doganiających.

Ruchira Sharma, jako receptę na sukces naszej gospodarki wskazał ostre zerwanie z komunizmem, odcięcie od Rosji oraz stabilność rynku. Zgadza się Pan z tym poglądem?

Niewątpliwie sukces Polski jest związanych z transformacją gospodarczą, która rozpoczęła się 27 lat temu, a nawet nieco wcześniej. Ta transformacja przebiegła stosunkowo pomyślnie. Wystarczy spojrzeć na Ukrainę. W 1990 roku poziom PKB Ukrainy według siły nabywczej był zbliżony lub nawet nieco większy od naszego, a w chwili obecnej według Banku Światowego jest 3-krotnie niższy. Ten przykład bardzo dobrze obrazuje, że mimo iż dane państwo jest klasyfikowane jako doganiające, może nie wykorzystać swojej szansy i nigdy nie stać się państwem rozwiniętym gospodarczo. Zmarnowana szansa Ukrainy pokazuje czarno na białym, jeszcze jedną kwestię: system gospodarki rynkowej zdominowany przez system oligarchiczny eliminujący konkurencję, powodujący, że elity polityczne przejmują bogactwa nie poprzez innowacje, tylko działalność przestępczą hamuje rozwój gospodarki. W Polsce natomiast ostatnie ćwierćwiecze było stosunkowo dobre na tle historii kraju w ostatnich kilku wiekach – poziom PKB w przeliczeniu na mieszkańca wynosił w 1989 roku ok. 20-25 proc. PKB państw wysoko rozwiniętych, a w chwili obecnej ok. 50-55 proc. Ten skok był więc olbrzymi, ale niewykluczone, że aby dojść do 75-80 proc. PKB krajów wysoko rozwiniętych, będziemy potrzebowali kolejnych 25-30 lat.

W pierwszym kwartale tego roku Polska gospodarka urosła o 4 procent w ujęciu rocznym, w porównaniu do tego samego okresu z roku ubiegłego. Czy można to uznać za zapowiedź wzrostu gospodarczego powyżej 4 proc.?

Wahania są czymś naturalnym w cyklu koniunkturalnym. Przez ostatnie 25 lat mieliśmy wzrost gospodarczy na średnim poziomie ok. 4 proc. w skali roku, ale tych ponadstandardowych odstępstw od normy mieliśmy kilka. W latach 1994-97 tempo wzrostu było dużo wyższe niż 4 proc., podobnie w latach 2005-07. Co prawda nie mieliśmy do czynienia z recesją w sensie spadku wartości PKB, ale były okresy, w których rozwój budownictwa czy przemysłu zdecydowanie spowolnił – w szczególności na początku lat .90 oraz na początku poprzedniego dziesięciolecia. Mieliśmy także wyraźne spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego w kilku ostatnich latach, ale nie mieliśmy załamania w systemie finansowym, co spotkało państwa wysoko rozwinięte. W Polsce w latach 2007-2009 nie doszło do kryzysu w systemie bankowym, który jest bardzo istotnym czynnikiem utrzymania wysokiej aktywności w sferze realnej, co zawdzięczamy dbałością Narodowego Banku Polskiego o to, aby nie doszło do nadmiernej ekspansji kredytów gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, tak jak to miało miejsce w przypadku Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii w latach 2000-2007.

Przed objęciem władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, obawiano się, srogich konsekwencji dla gospodarki związanych z obniżeniem wieku emerytalnego, wprowadzeniem podatków sektorowych zbyt dużej aktywności w sferze socjalnej. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Czy w przyszłości te działania mogą się negatywnie odbić na gospodarce?

Obawy nie dotyczyły tyle samych obietnic, co tego, że zostaną one zgodnie z wyborczymi zapowiedziami wprowadzone w życie natychmiast po objęciu władzy. Tak się nie stało, a wręcz rząd zrezygnował z wprowadzenia w życie niektórych obietnic, dwóch przede wszystkim: daleko idącej pomocy dla frankowiczów, której realizacja doprowadziłaby do obciążenia sektora bankowego na dziesiątki mld złotych, a nawet bankructwa kilku banków; oraz podwyższenia dla wszystkich kwoty wolnej od podatku, co kosztowałoby budżet państwa ok. 20 mld. złotych. Również obniżenie wieku emerytalnego zostało przesunięte w czasie o dwa lata, więc bardzo dotkliwe konsekwencje tej decyzji będą widoczne dopiero od przyszłego roku. Bezpośrednią konsekwencją będzie zmniejszenie zatrudnienia polskich obywateli w roku 2018 o ok. 300 tys. osób, a w perspektywie najbliższych 5-10 lat nawet o ok. 1 mln. osób.

Jedyną dotąd zrealizowaną kosztowną obietnicą wyborczą jest tylko tzw. program 500 plus. Ale program ten został do tej pory sfinansowany wpływami ze sprzedaży uprawnień do sieci LTE oraz nadzwyczajnym zyskiem Narodowego Banku Polskiego, co łącznie dało blisko 30 mld. złotych. Gdyby nie te nadzwyczajne źródła dochodu, mieliśmy już dzisiaj poważny problem z nadmiernym deficytem. Również efekt uszczelnienia systemu podatkowego, który zapowiedzieli rządzący, jest umiarkowany. W okresie wyborów mówiono o zysku w granicach 50-70 mld. złotych rocznie, a tymczasem na rok bieżący wicepremier Morawiecki planuje zysk z tego tytułu w granicach 10 mld. złotych. Ekonomiści mają więc podstawy by obawiać się o to, co będzie dalej…

No właśnie, co będzie dalej?

Maksymalny deficyt dopuszczalny według kryteriów Unii Europejskiej wynosi 3 proc., a to oznacza, że powinniśmy mieć z nim do czynienia wyłącznie w przypadku silnego spowolnienia gospodarki, czy wręcz recesji, a nie w sytuacji stosunkowo dobrego wzrostu gospodarczego. Tymczasem rządzący podchodzą bardzo bezstresowo do polityki budżetowej i zapominają, że przy tempie wzrostu ok. 4 proc. nie powinniśmy mieć deficytu w sektorze finansów publicznych, a wręcz przeciwnie - mieć nadwyżkę. Tymczasem ustawa budżetowa dopuszcza deficyt na poziomie blisko 60 mld. złotych. Jeśli realizacja będzie zbliżona do planu, to zbliżymy się do maksymalnych poziomów długu dopuszczalnego przez naszego ustawodawcę: 55% PKB według ustawy o finansach publicznych oraz 60% PKB według Konstytucji RP. To już teraz przekłada się na wysokie rentowności papierów wartościowych i wysoki koszt obsługi długu publicznego, a w dłuższej perspektywie zagraża stabilności makroekonomicznej. To nie jest komfortowa sytuacja. Realizacja budżetu w pierwszych 6 miesiącach roku jest dobra, po części na skutek transferów zysku NBP, a po części niskich nakładów na inwestycje publiczne. Silna ekspansja konsumpcji napędza popyt krajowy, ale niskie inwestycje publiczne oraz coraz silniej odczuwany brak pracowników spowoduje zmniejszenie tempa wzrostu podaży oraz wzrost inflacji. Utrzymujące się duże ryzyko prawne stwarza też problem dla przedsiębiorców krajowych i zagranicznych, bo zwiększa ryzyko inwestycyjne.

Zdaniem premier Szydło, rząd od półtora roku realizuje ambitny kompleksowy projekt mający pobudzić polską gospodarkę, czy Pan się z tą opinią zgadza?

Nie widzę efektów tego nadzwyczajnego pobudzenia gospodarki. W ośmioleciu, w którym rządziła koalicja PO-PSL mieliśmy do czynienia z negatywnymi efektami kryzysu światowego, a mimo to tempo wzrostu oscylowało w granicach 3 proc. W ostatnim dwuleciu mamy podobny wzrost, bowiem o ile w pierwszym kwartale bieżącego roku wzrost wynosi ok. 4 proc, o tyle w roku ubiegłym wynosił tylko 2,7 proc., przy bardziej sprzyjającemu rozwojowi, niż w latach 2008-2015, gospodarczemu otoczeniu zewnętrznemu. Program 500 plus mocno promuje konsumpcję zmniejszając możliwości inwestycyjne, w efekcie czego udział inwestycji w dochodzie narodowym, który miał rosnąć systematycznie do poziomu ok. 25 proc. PKB, w ostatnich dwóch latach spadł i w chwili obecnej oscyluje w okolicy 17 proc. Szczególnie wyraźny był spadek inwestycji publicznych w roku 2016, który wynosił ok. 30 proc. i a ogółem blisko 8 proc. Co prawda w pierwszym kwartale bieżącego roku mamy do czynienia z zauważalnym odbiciem, ale nadal do poziomu niższego niż w pierwszym kwartale 2015 roku.

Nie dostrzega Pan żadnego sukcesu w obszarze inwestycji?

Nie można powiedzieć, że rząd nie ma żadnych sukcesów w tym obszarze, ale są one bardzo umiarkowane. Oczywiście należy przypuszczać, że w sektorze inwestycji publicznych będziemy mieli w roku 2017 do czynienia z poprawą sytuacji, ale czy ta poprawa pojawi się także w sektorze inwestycji prywatnych? To jest wielki znak zapytania. Brak stabilności prawa oraz niepewności dotyczące systemu podatkowego mogą spowodować zmniejszenie inwestycji prywatnych. Rzesza przedsiębiorców wstrzymuje się z inwestycjami do czasu, aż będą funkcjonowały zmiany dotyczące przejmowania przedsiębiorstw przez państwo.

A jakie jest Pana ustosunkowanie do rządowego programu mieszkanie plus które niebawem wejdzie w życie?

Idea budowy mieszkań czynszowych nie jest niczym nowym. Problemem jest to, że tych mieszkań buduje się bardzo niewiele, a przecież można budować nowoczesne, energooszczędne mieszkania na wynajem po cenie deweloperskiej w granicach 2.000-3000 złotych za mkw, na szeroką skalę – na poziomie nawet 100 tys. mieszkań rocznie. Patrząc na założenia programu mieszkanie plus, dylemat dotyczy finansowania tego programu. Nie do końca bowiem wiadomo kto go ma finansować, czy ma on być finansowany i administrowany przez państwo, czy tylko budżet państwa ma pomagać w kosztach czynszu. Jestem przeciwny pierwszemu rozwiązaniu. Mieszkania powinien budować sektor prywatny, natomiast państwo mogłoby się włączyć przekazywaniem gruntów pod zabudowę oraz we współfinansowanie czynszu osobom, szczególnie młodym, które na początku kariery zawodowej mają niewielkie dochody.

Może wizyta prezydenta Donalda Trumpa zwróci uwagę zagranicznych inwestorów na nasz kraj, na sukces jaki osiągnęliśmy w ciągu ostatnich kilkunastu latach i to przełoży się na zainteresowaniem inwestorów Polską?

Sama wizyta nie będzie miała dla inwestorów większego znaczenia, bowiem amerykańscy, a tym bardziej europejscy inwestorzy bardzo dobrze orientują się w sytuacji społeczno-polityczno-ekonomicznej naszego kraju. Obecne zawirowania prawne w naszym kraju, konflikt na tym tle z Unią Europejską nie sprzyjają rozwojowi sektora prywatnego, co podkreśla wielu przedsiębiorców. Wizyta przywódcy światowego mocarstwa i dobre oceny wygłoszone pod naszym adresem nie odmienią tego ostrożnego lub wręcz negatywnego nastawienia prywatnego sektora do polityki rządu. A ponadto wizyta prezydenta Trumpa była poświęcona kwestiom bezpieczeństwa krajów tzw. wschodniej flanki NATO oraz wsparcia w tym obszarze, jakie udzielą nam Stany Zjednoczone w obliczu dość konfrontacyjnej polityki prowadzonej przez Rosję. Donald Trump wskazał na Rosję. Ta wizyta była pomocna o tyle, że rozwój gospodarczy naszego kraju w dużej mierze zależy od relacji z innymi państwami europejskimi, a prezydent Trump mówił o potrzebie bliskiej współpracy politycznej i wojskowej Stanów Zjednoczonych oraz Unii Europejskiej.

Dziękuję za rozmowę.

Stanisław Gomułka

Stanisław Gomułka

Stanisław Gomułka

Jeden z najwybitniejszych polskich ekonomistów, współautor radykalnych reform gospodarczych, zapoczątkowanych w 1989 roku. W latach ’80 był konsultantem MFW, OECD i Komisji Europejskiej; w latach 1989-1995 i 1998-2002 doradcą kolejnych ministrów finansów; zaś w latach 1995-1998 doradcą prezesa Narodowego Banku Polskiego. W latach 1989-1995 był oficjalnym polskim negocjatorem z MFW w sprawie wszystkich programów makroekonomicznych, a w latach 1992-1992 w imieniu polskiego rządu negocjował redukcję polskiego długu z Klubami Paryskim oraz Londyńskim. W okresie od 3 stycznia do 18 kwietnia 2008 roku pełnił funkcję wiceministra finansów. W latach 1970-2005 był wykładowcą London School of Economics, obecnie członek Polskiej Akademii Nauk, a także główny ekonomista Business Centre Club. Posiada swój wpis w prestiżowym biograficznym słowniku najczęściej cytowanych ekonomistów świata „Who’s Who in Economics”.