Kto ponosi winę za postęp?

Memento mori: coraz liczniejsi postępowcy - piewcy postępu wyrażającego się zastępowaniem człowieka przez komputer pierwsi będą ofiarami tejże zmiany.

FOTO

GRATISOGRAPHY

Alfred Nobel wynalazł nie tylko dynamit. W sumie opatentował 355 wynalazków – miał talent i pasję. Szukał lepszych rozwiązań. Ponoć sądził, że wynalezienie dynamitu skłoni ludzkość do zaprzestania wojen (!). Można by więc dalej wnioskować, że oglądanie skutków wojen prowadzonych z użyciem dynamitu bardzo go martwiło. I właśnie dlatego swój wielki majątek (w dużej części z dynamitu osiągnięty), postanowił przeznaczyć na coroczne nagrody dla osób, które wniosą pozytywny wkład w rozwój ludzkości.

Ponoć tak było, ale nie ma pewności, bo rodzina zmarłego wynalazcy twierdziła, że to nieprawda. Że testament (sporządzony niedługo przed śmiercią) jest po prostu skutkiem demencji starczej Nobla. I robiła wszystko żeby ten testament obalić. Ja osobiście lepiej się czuję z myślą, że to była przemyślana szlachetna decyzja człowieka, który u schyłku życia chłodno zważył wszystkie pozytywne i negatywne skutki postępu, który się dokonał za sprawą jego wynalazku.

Zobacz również:

Tym bardziej chcę się tej myśli trzymać, że to jedyny znany mi przykład takiego działania. Owszem, słychać o przypadkach, że ludzie skrajnie wzbogaceni na udanych wynalazkach zakładają różne fundacje (zaraz, zaraz, są i inne pomysły - bezwarunkowa gwarancja dochodu podstawowego - red.). Ale nie czekając na późną starość, więc nieżyczliwi przebąkują po kątach o optymalizacjach podatkowych. Ponadto, nikt nie złożył wprost takiej samokrytyki, która mogła by brzmieć: „Jam człek grzeszny, miliny młodych ludzi oderwałem od zdrowego, radosnego biegania za piłką i posadziłem z dżojstikiem przed „FIFA 16”. Oddam więc teraz swój majątek na budowę „Orlików” w jakimś dalekim kraju”. Nie, nic takiego ani podobnego nie słyszałem. Sami musimy się mierzyć z negatywnymi skutkami postępu, gdy już pozytywne zostaną skutecznie spieniężone przez autorów.

No i teraz to mi się pewnie dostanie – cóż to za malkontent, jakiś relikt, czy skansen jednoosobowy! Przecież postęp to sam miód, albo sól ziemi, śmietanka na śmietanie. Marzenie ludów. Czegoż negatywnego można się w skutkach postępu dopatrywać. Faktycznie, ten Nobel to chyba jednak miał demencję totalną gdy pisał testament, że takie poglądy zainspirował.

Przyjdzie walec i wyrówna

W trudnej sytuacji ratunkiem dla autora może być chwilowa zmiana tematu. Najlepiej daleko od wynalazków i od komputerów.

Przed moim domem była gruntowa ulica. Niezbyt równa, ale w sumie sympatyczna. Jednak, przede wszystkim dlatego, że była nierówna że robiły się na niej po deszczu kałuże, wiele osób pisało do burmistrza, że w XXI wieku (!) ulica powinna być równa. Argument trudny do zbicia – bezspornie jesteśmy w XXI wieku. No i burmistrz zamówił wyłożenie ulicy kostką brukową. Czyli postęp, radość i hura. Ale niestety, zaraz też na tej równej ulicy pobudowano w poprzek specjalne garby, żeby tę gładkość znacząco zredukować. Też chyba na polecenie burmistrza, a przynajmniej za Jego wiedzą i zgodą. Negatywne skutki postępu nie dały bowiem na siebie długo czekać. Niektórzy tak pędzili samochodami po tej, spokojnej uprzednio ulicy, że większość trochę się bała z niej korzystać.

Wydaje mi się ważną obserwacją iż, „władza” sama, już bez petycji mieszkańców, te garby – muldy wykonała. Działając z urzędu, jako odpowiedzialny za bezpieczeństwo na drogach, te muldy zrobiła, i w ten sposób postęp (czyli wygładzenie nawierzchni), sama częściowo wycofała. Zapłacili co prawda mieszkańcy – podatnicy, ale należało im się, pierwsi zaczęli.

Co więcej, zdarza się już teraz, że budując nowe gładkie, ulice, od razu w ramach projektu tworzy się takie nierówności. Czyli może być tak, że ktoś świadomie, z premedytacją, postęp próbuje dozować już projektując coś nowego. Zapewne przewidując możliwe negatywne skutki, i chcąc je ograniczyć. Zwróćmy jednak uwagę, że w drogownictwie nie stało się to od razu. Lata minęły zanim społeczności dopracowały się takiego rozwiązania. Były to lata przekraczania bezpiecznej prędkości na gładkich ulicach i spowodowanych tym wypadków.

Wolimy leczyć niż przewidywać?

W tych obszarach życia, gdzie zmiany odbywają się bardzo szybko, regulacje tym prawdopodobniej nie nadążają. Trudno dostrzec jakieś dorzeczne akcje, równoległe do postępu w informatyce, i mające ograniczać jego negatywne następstwa. Albo popatrzmy na drony. Coś trzeba by może zrobić z dronami? Teraz już się coś powoli robi, ale po fakcie. Po tym jak zaczęły się rozrywkowo pojawiać w korytarzach lądowania dużych samolotów pasażerskich. Inny obszar: dyrektywa ograniczająca zbieranie osobistych informacji o wszystkich na świecie pojawiła się, jak absolutnie wszystko o wszystkich zostało wielokrotnie zebrane i wielokrotnie wykorzystane. A wdrażana jest bez nerwowego pośpiechu.

W większości nowych sytuacji nastawienie administracji chyba nie zmieniła się od XIX wieku. Władze szwedzkie przecież także nie były bierne w kwestii bezpieczeństwa. Gdy w czasie badań Nobla, nad transformacją niebezpiecznej nitrogliceryny w łatwo zarządzalny dynamit, nastąpił wybuch i zginęło kilka osób, to władze zabroniły prowadzenia dalszych eksperymentów w Sztokholmie. Wynalazca musiał się wynieść w miejsce odludne. Jednak nie była to interwencja mająca/mogąca ograniczyć dalekosiężne negatywne skutki, które później takim smutkiem napełniły duszę wynalazcy (a w dalszej konsekwencji dusze znacznej części jego rodziny).

Co do (metaforycznych) nowych dróg w obszarze „cyfrowej transformacji świata”, czekających na swoje „muldy”, to jest ich taka różnorodność, że trudno rozsądnie pisać o wszystkich naraz.

Wybierzmy więc okruszek. Kiedy komputer zastąpi prawnika? Okruszek chyba reprezentatywny, bo wiele zawodów można wstawić w tym zdaniu, i będzie grupa tematów: kiedy komputer zastąpi nauczyciela, lekarza, aptekarza, …

Zaraz, zaraz, spoko. Akurat aptekarza to nigdy. Aptekarze sprytni – mają odpowiednią ustawę, i trzeba mieć dyplom z uniwersytetu aptekarskiego. Myślę, ze żaden komputer dyplomu z uniwersytetu szybko nie dostanie, bo komputera na uniwersytet aptekarski się nie przyjmie. Formularz osobowy kandydata wymaga podania wzrostu i koloru oczu. Więc tu może mamy pozamiatane. Nawet nie mulda a szlaban.

Czy prawnicy okażą się równie sprytni? Kilka możliwości zablokowania potencjalnej konkurencji mają. Na przykład: a kto napisze warunki korzystania z tych komputerowych porad prawnych? Niby mógłby komputer, jako pierwsza porada dla twórcy, ale nie wiadomo na jakich warunkach miałby to wykonać, żeby było formalnie w porządku. I kto ustali jakie prawo będzie właściwe.

Jak nie zablokują, to może nie będziemy ich bardzo żałować. Powiemy sobie, no cóż, nie byli tacy sprawni jak się powszechnie uważało. Jakiś wynalazca ich okiwał. Może faktycznie pecet nam lepiej doradzi niż oni?

Solidarni wobec peceta?

Poza tym, przecież nie umrą z głodu. Mogą się czegoś nowego nauczyć i zmienić zawód. Hm, hm. Ale na jaki? Przecież wynalazcy nie zatrzymają się na prawnikach, czy lekarzach. A może ktoś naprawdę wierzy, że się zatrzymają? Ktoś wierzy, ze tylko „drodzy, więc niedobrzy” prawnicy i lekarze zostaną mu udostępnieni w wersji cybernetycznej, za półdarmo, albo lepiej za darmo? A jego ważne i niepowtarzalne zajęcie, np. przyjmowanie wypełnionych formularzy - wniosków o wydanie prawa jazdy, pozostanie nietknięte. Albo, że ważne decyzje typu: jak masz 10 tys. pensji, to damy Ci 100 tys. kredytu, jak masz pensji 11 tys., damy kredytu 110 tys. - pozostaną domeną ludzi na zawsze.

To jest istota pewnego kłopotu i niezręczności z obiecywaną wspaniałą zmianą – ten postęp ma spowodować, że w końcu komputery wszystko za nas zrobią lepiej, szybciej, taniej. Tylko co my będziemy robić?

Po pierwsze z czego będziemy żyć? Już ktoś chciał płacić swoim obywatelom za to że są. Ale Ci akurat się nie zgodzili. może dlatego że kraj skalisty i chyba mało w nim gliny (następny akapit wyjaśni związek tych kwestii). Choć może jestem niesprawiedliwy i niekonsekwentny – skoro komputery będą odpowiadać na wszystkie pytania, to i na to nam odpowiedzą.

Po drugie: czym wypełnimy czas, żeby odczuwać sens i radość życia? Wszyscy zostaną artystami, będą tańczyć śpiewać, lepić garnki z gliny? Nie ma chyba na Ziemi tyle gliny na garnki odpowiedniej jakości. Chociaż, nie jestem pewien, a może wystarczy? Ktoś, np. jakieś ministerstwo postępu, powinno już chyba te złoża oszacować, żebyśmy wiedzieli ile zawodów można zlikwidować bezpiecznie, przynajmniej w kontekście zasobów glinki ceramicznej. Niestety, obserwuję tu godny ubolewania marazm.

Mój pesymizm co do „kierunku artystycznego” pogłębia obawa, że jak dużo ludzi będzie talerze lepić, to nie da się tego długo utrzymać w tajemnicy, i jakiś niezwykle ambitny start-up zbuduje robota sterowanego komputerem, który będzie lepił dużo ładniejsze i dużo szybciej.

Skoro na urzędników nie ma co liczyć, to może po prostu spróbować ograniczyć postęp? Niech po prostu przestaną sami. Co prawda droga nie będzie taka gładka, jak się wizjonerom marzy, ale za to nie trzeba będzie budować na niej garbów. Czy to możliwe? Czy można powstrzymać wynalazców?

We wspominanym wyżej wypadku podczas badań z nitrogliceryną zginęli współpracownicy Alfreda Nobla, także jego brat, Emil. Jednak Alfred nie zaprzestał eksperymentów. Co więc mogłoby go powstrzymać? Nie mam pomysłu.

Co do możliwości użycia poczucia odpowiedzialności za następstwa jako potencjalnego hamulca dla inwencji twórczej, to pozostańmy przy Noblu, jako naszym wzorcu troski o skutki. Otóż jak już wynalazł ten diabelny dynamit, to zapewne miał wszelkie możliwości zaobserwować, iż oprócz przyśpieszenia budowy tuneli, umożliwia on znacznie skuteczniejsze zabijanie dużych ilości ludzi. Czyli nie była to chyba jakaś niezwykła skokowa iluminacja dopiero na koniec życia. Ale te (domniemane) obserwacje i smutne refleksje wynalazcy nie powstrzymały go przed wynalezienia tzw. prochu bezdymnego, którego zalety są ewidentne przede wszystkim w zastosowaniach militarnych. Pozostawiam bez komentarzy.

Wyrok w zawieszeniu

Czyli postęp górą, bez względu na konsekwencje dla ogółu. Nie ma więc nadziei dla prawników.

Na razie są wakacje, więc się nie martwmy. Choć długofalowo komputer nas wszystkich wykończy, to szczęśliwie od tych marketingowych przechwałek jeszcze kawałek do skutecznej realizacji. Realizacji na masową skalę, dostępnej dla każdego, w cenie mniejszej, niż pół budżetu rozwojowego sporej firmy.

Żeby jakąś opinię wyrazić, trzeba np. umieć zbudować zdanie. W mojej ocenie, faktyczne miejsce, w którym jesteśmy na drodze rozwoju sztucznych inteligentów pokazuje poniższy przykład. Jest to komputerowe tłumaczenie opisu miłego wakacyjnego miejsca, który cytuję w całości ze strony biura podróży:

„(Przetłumaczone przez ******) Niesamowite widoki z tym bar, basen jest zbyt wielkie w tym barem. (Oryginał) Amazing views from this bar, the pool is great too including the swim up bar.”

Żeby sobie jeszcze poprawić humor, wymyślam, jak komputerowy tłumacz przetworzył by na polski jakieś naprawdę trudne zdanie. Na przykład może dam mu do przetłumaczenia ładną frazę: „fell into the trap of over-promising and under-delivering”.

A gdy kiedyś wakacje się skończą, i nadzieja osłabnie, to zostanie przynajmniej mała pociecha. Przecież autorzy peanów na cześć pozbawienia prawników pracy zapewne swoje posady stracą wcześniej. Bo po drodze do trudnego celu – cybernetycznego prawnika, dużo łatwiej będzie stworzyć system generujący takie standardowe, bezkrytyczne pochwały nowości, jakich co najmniej kilka na tydzień nawiedza moją skrzynkę pocztową.

Andrzej Pilaszek

Andrzej Pilaszek

O Autorze

Andrzej Pilaszek ukończył na Uniwersytecie Warszawskim studia informatyczne oraz organizację i zarządzanie a podyplomowo program MBA z University of Illinois.

Doświadczony manager w obszarze IT, przede wszystkim w zakresie zastosowań biznesowych. Skutecznie łączy wiedzę i duże doświadczenie informatyczne, z doświadczeniem w zakresie zarządzania biznesowego, rozwiązując problemy na styku informatyki i biznesu.

Na początku lat 90. z firmą analityczną IDC, przygotowywał pierwsze raporty o polskim rynku IT. Współpracował z polskim „Computerworld” od wydania nr 1.

Przez wiele lat zaangażowany w rozwój zastosowań IT w elektroenergetyce i gazownictwie, pracując jako manager w dużych firmach informatycznych, a potem jako niezależny konsultant i project manager.

Od roku 2012 dyrektor informatyki w PGE Energia Odnawialna SA, a następnie (do lutego 2016) dyrektor Departamentu Strategii IT w PGE SA.