Euro do likwidacji

Jak ratować pogrążoną w kryzysie strefę euro? Unia walutowa powinna się rozwiązać, i to jak najszybciej, w imię wyższego celu, jakim jest ocalenie wspólnego europejskiego rynku. Ten światoburczy pogląd głoszą dwaj polscy ekonomiści – Stefan Kawalec i Ernest Pytlarczyk, autorzy książki „Paradoks euro. Jak wyjść z pułapki wspólnej waluty”.

Politycy i ekonomiści zwykle wskazują dwie drogi wyjścia strefy euro z kryzysu – wzbogacenie strefy o kolejne instrumenty i instytucje lub powrót do walut narodowych. Alternatywy takiej nie przyjmują za prawdziwą autorzy książki „Paradoks euro. Jak wyjść z pułapki wspólnej waluty” wydanej w 2016 r. Stefan Kawalec i Ernest Pytlarczyk rozwiewają wątpliwości jakoby reforma strefy euro, polegająca na powołaniu unii fiskalnej, mogła zrekompensować brak polityki monetarnej i kursowej w państwach członkowskich i ostatecznie pokonać obecny kryzys, a tym bardziej zabezpieczyć przed kolejnymi. Porównują politykę obrony euro do obrony systemu waluty złotej podczas Wielkiego Kryzysu. Wtedy ten system ostatecznie załamał się, ale jego uporczywa i długotrwała obrona sprawiła, że kryzys był szczególnie bolesny tak w wymiarze ekonomicznym, jak i politycznym.

Paradoks euro polega na tym, że kraje Południa, dotknięte kryzysem, nie mogą bezpiecznie zrezygnować ze wspólnej waluty, bo to groziłoby wybuchem paniki na rynku bankowym i załamaniem gospodarczym. Nie mogą więc poprawić swojej konkurencyjności, a kraje Północy muszą ciągle je ratować, co rodzi konflikty i grozi niekontrolowanym rozpadem strefy. Potrzebne jest więc jej rozwiązanie w sposób kontrolowany, a w pierwszej kolejności powinny to zrobić kraje najbardziej konkurencyjne z Niemcami na czele.

Zobacz również:

Dwa kryzysy

Autorzy przypominają, w jakich bólach rodziła się strefa euro, kto był za, kto przeciw, kto euroentuzjastą, a kto eurosceptykiem. Najbardziej cieszyli się Francuzi, bo kończył się żywot niemieckiej marki i – jak uważali – niemieckiej hegemonii monetarnej. Kraje Europy południowej traktowały przyjęcie euro jako awans cywilizacyjny – wejście do klubu bogatych i oazy stabilności. Sceptyczni, o zgrozo, byli Niemcy. Szkoda im było niemieckiej marki, która przez dziesięciolecia rządziła Europą. Ostatecznie jednak przeważył argument, że euro zabezpieczy niemiecki eksport przed konkurencją, choćby Francuzów, którzy nie będą już mogli zdewaluować franka. Postawili tylko dwa warunki: Europejski Bank Centralny (EBC) zostanie zbudowany na wzór Bundesbanku, a jego siedzibą będzie Frankfurt.

Krytyczne opinie amerykańskich ekonomistów, którzy przestrzegali przed skutkami wprowadzenia euro, nie były traktowane serio. Euro miało przecież wzmocnić wspólny rynek, eliminując ryzyko kursowe. I przez dziesięć lat wydawało się, że projekt odnosi sukcesy. W 2008 r. z okazji obchodów 10-lecia euro ostatecznie odtrąbiono zwycięstwo, gdy nagle, kilka miesięcy później wybuchł kryzys. Początkowo był kojarzony z globalnym kryzysem finansowym, którego źródło biło za oceanem, ale gdy w 2010 r. Grecja, Portugalia, Włochy, Hiszpania i Irlandia nie mogły sprzedać swoich obligacji, stało się jasne, że strefa euro ma własny kryzys. Amerykańscy ekonomiści stawiali trafne prognozy.

Co przyczyniło się do kryzysu strefy euro? Istotą kryzysu zagrożonych krajów strefy, poza Irlandią, jest utrata międzynarodowej konkurencyjności – piszą autorzy. Oznacza to, że płace w tych krajach w stosunku do produktywności w sektorach eksportowych są zbyt wysokie. Wzrost zatrudnienia i PKB w pozostałych sektorach nie rekompensowały tej nierównowagi, PKB spadał we wszystkich sektorach. Ujemne saldo handlu zagranicznego i deficyt na rachunku obrotów bieżących nie jest problemem, jeśli można go sfinansować, ale nie było z czego, bo kraje te są zadłużone. W Hiszpanii przez sektor prywatny, gdzie boom budowlany napędzał wzrost płac, a w Grecji, Portugalii i we Włoszech tak przez sektor prywatny, jak i publiczny. Gdyby kraje Południa w 2010 r., gdy wybuchł kryzys, chciały szybko odzyskać konkurencyjność, musiałyby obniżyć płace o 10-30 proc.

Kraje, które mają własną walutę, mogą szybko poprawić konkurencyjność bez uszczerbku dla aktywności gospodarczej, osłabiając ją, ale kraje Południa mają euro. Pozostaje więc tylko zaciskanie pasa, cięcie wydatków, podnoszenie podatków, co zresztą zgodnie zalecają Komisja Europejska (KE), EBC i Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW). Nazywa się to polityką „wewnętrznej dewaluacji” – jej celem jest spadek płac, świadczeń i cen. Wewnętrzna dewaluacja jest polityką deflacyjną.

O wyższości dewaluacji nad deflacją

Autorzy przestrzegają, by nie mylić produktywności pracy, czyli wydajności z konkurencyjnością. Konkurencyjne gospodarki mogą mieć kraje gorzej rozwinięte, jeśli płace są tam dostatecznie niskie. Polska gospodarka jest bardziej konkurencyjna od hiszpańskiej czy greckiej, choć produktywność jest u nas niższa.

Jak poprawić konkurencyjność? Najlepiej podnosząc produktywność, ale to wręcz niemożliwe, bo źródłem jej wzrostu są inwestycje, a brak konkurencyjności gospodarki nie zachęca do inwestowania. Pozostaje obniżyć płace. Można tego dokonać w dwojaki sposób – poprzez osłabienie waluty krajowej (dewaluacja, deprecjacja) lub poprzez obniżenie cen i płac (deflacja). Efekt będzie ten sam – obniżenie wartości płac krajowych wyrażonych w walutach partnerów handlowych, co przyczyni się do poprawy bilansu handlowego. Przy czym osłabienie waluty zadziała natychmiast, a deflacja to proces długotrwały i kosztowny.

Polityka deflacyjna musi najpierw poprzez spadek popytu, spowodować spadek produkcji i zatrudnienia tak, by rosnące bezrobocie skłoniło pracowników sektora prywatnego do zaakceptowania niższych wynagrodzeń. Ale płace są elastyczne w górę – lubimy podwyżki, a nieelastyczne w dół – buntujemy się, gdy chcą nam płacić mniej. By pracownicy zaakceptowali niższe wynagrodzenia, firma musi stanąć na skraju bankructwa, a bezrobocie w gospodarce wyraźnie wzrosnąć.

Można argumentować, że poprawa konkurencyjności poprzez dewaluację (system kursu stałego) czy deprecjację (system kursu zmiennego) ma także mankamenty. Nie musi być trwała, może zostać „zjedzona” przez inflację, więc potrzebuje wsparcia ze strony polityki monetarnej i fiskalnej. Narzędziem polityki monetarnej są stopy procentowe, a fiskalnej podatki i wydatki państwa. Jednak ewentualnego „zacieśnienia” makroekonomicznego nie powinno się, zdaniem autorów, demonizować, bo osłabienie waluty zawsze daje impuls wzrostowy, co sprawia, że gospodarka odzyskuje wigor. Także dla partnerów handlowych dewaluacja nie jest obojętna, bo państwo, które jej dokonuje, kupuje sobie konkurencyjność ich kosztem. Nie należy jej więc nadużywać. Ale w sytuacji awaryjnej jest korzystna także dla nich, bo utrzymają partnera, który będzie wywiązywał się ze zobowiązań, a nie zabiegał o pomoc.

Polityka deflacyjna jest natomiast nieskuteczna w przywracaniu konkurencyjności. Autorzy odwołują się do lat Wielkiego Kryzysu i parytetu złota, gdy waluty poszczególnych krajów miały sztywno określoną wartość w złocie. W systemie tym głównym narzędziem przywracania konkurencyjności była polityka deflacyjna, która mogła być skutecznie stosowana w warunkach braku związków zawodowych i powszechnych praw wyborczych. Ale po I wojnie światowej, gdy kraje zaczęły wracać do parytetu wymiany walut, okazało się, że nic nie jest takie jak dawniej. Wielka Brytania przywróciła przedwojenny parytet funta do złota, choć relacje cen brytyjskich do cen w innych krajach były już inne. Prowadzona przez kilka lat polityka deflacyjna nie przynosiła zamierzonych efektów, za to wywołała społeczne niezadowolenie. Dopiero odejście od standardu złota i dewaluacja funta w 1931 r. przywróciły wzrost PKB. Za Wielką Brytanią podążyły inne kraje, ale powiodło się tylko tym, które porzuciły politykę deflacyjną i dokonały dewaluacji. Przykładem porażki były Niemcy, gdzie na fali niezadowolenia do władzy doszedł Hitler.

Kurs nadal działa

Doświadczenia te powinny dać do myślenia dzisiejszym europejskim liderom – uważają autorzy. Kraj należący do euro, który ma problemy z konkurencyjnością i znajduje się w recesji, jest w podobnej sytuacji, jak kraj, który w latach 30. tkwił w systemie waluty złotej.

Podają wiele przykładów z końca XX wieku związanych ze stosowaniem polityki deflacyjnej i dewaluacji – kryzysy argentyński, azjatycki, rosyjski, a także kryzys Europejskiego Systemu Kursów Walutowych (ERM). Przyczyny tych kryzysów były różne, ale wszędzie kursy walut miały „zaczep” w innej walucie i gdy doszło do ich przewartościowania, próbowano bezskutecznie ratować sytuację polityką deflacyjną. Dopiero uwolnienie kursów i dewaluacja prowadziły do wyjścia z kryzysu. Najbardziej na polityce deflacyjnej ucierpiała Argentyna. Po latach recesji i krwawych rozruchach kraj zmuszony był ogłosić niewypłacalność i zerwać ze sztywnym kursem wobec dolara (currency board). Peso straciło 70% swojej wartości. Po kilku miesiącach perturbacji gospodarka zaczęła rosnąć.

Słynny kryzys ERM z 1992 r. także doprowadził do konieczności dewaluacji wielu walut znajdujących się w systemie stabilizacyjnym i poszerzenia granic wahań kursowych. W wyniku kryzysu brytyjski funt i włoski lir opuściły ERM, co doprowadziło do ich osłabienia i okazało się korzystne dla obu gospodarek, brytyjskiej i włoskiej. Lir wrócił do systemu ERM w końcu 1996 r., a funt pozostał poza mechanizmem ERM.

Z raportu MFW z 2015 r. dotyczącego perspektyw gospodarki światowej wynika, że kurs walutowy nadal ma istotny wpływ na przepływy handlowe. Zmiany strukturalne, globalizacja nie rozerwały tego związku. Osłabienie kursu o 10% powoduje wzrost eksportu średnio o 1,5% PKB, przy czym dla różnych krajów wielkości wahają od 0,6% PKB do 3,1%. Wzrost eksportu w wyniku osłabienia waluty jest większy w gospodarce, w której są wolne moce produkcyjne, a słabszy, gdy sektor bankowy jest dotknięty kryzysem.

Obrońcy polityki deflacyjnej

Mimo tych doświadczeń polityka deflacyjna ma w Europie ciągle wielu zwolenników. Jako przykłady jej sukcesów wymienia się Niemcy w okresie 2003 – 2005 (reformy Hartza), Łotwę i Irlandię po kryzysie 2008 r., a ostatnio również Hiszpanię, której gospodarka po latach recesji zaczęła rosnąć. Jednak Kawalca i Pytlarczyka te przykłady nie przekonują.

W 1999 r., gdy wprowadzano euro, Niemcy były chorym członkiem Wspólnoty, krajem niekonkurencyjnym. Dopiero reformy Petera Hartza polegające na uelastycznieniu rynku pracy i likwidacji bezterminowych zasiłków dla bezrobotnych doprowadziły do obniżenia poziomu płac w stosunku do płac u partnerów handlowych. Co więcej – udało się to bez obniżenia płac nominalnych, bo w innych krajach strefy euro płace w tym czasie rosły bardzo szybko. By poprawić konkurencyjność niemieckiej gospodarki, wystarczyło jedynie spowolnić tempo wzrostu płac. To był szczególnie korzystny zbieg okoliczności. Sukces reform Hartza jest nie do powtórzenia.

Sukces polityki deflacyjnej na Łotwie okaże się fikcją, gdy pokusimy się o porównanie z Islandią. W obu krajach przed 2008 r. miał miejsce wysoki wzrost finansowany napływem kapitału pożyczkowego oraz ekspansja sektora budowlanego. Gdy wybuchł kryzys, kapitał przestał napływać. Sektor finansowy doznał szoku, a sektor nieruchomości załamał się. Oba kraje otrzymały pomoc międzynarodową, dokonały dostosowań fiskalnych i w 2011 r. odnotowały wzrost PKB. Tyle tylko, że koszty tych dostosowań były różne. W Islandii spadek PKB był o połowę mniejszy niż na Łotwie, a zatrudnienie zmniejszyło się o 5%, podczas na Łotwie o 17%. Różnice wzięły się z tego, że Islandia miała płynny kurs i dokonała dewaluacji, a łotewska waluta była sztywno powiązana z euro. Dostosowanie rachunku obrotów bieżących dokonało się na Łotwie nie poprzez wzrost konkurencyjności, lecz poprzez spadek zatrudnienia i PKB.

W Irlandii natomiast nie było potrzeby odzyskania konkurencyjności, bo sektor eksportowy – usługi informatyczne (tu mają swoje centra Microsoft, Google, Oracle, Facebook, Amazon) – cały czas był konkurencyjny. Dzięki temu recesja, która powstała wskutek załamania sektora nieruchomości i kryzysu bankowego, mogła zostać przezwyciężona dzięki prywatnym inwestycjom zagranicznym bez obniżenia płac w gospodarce. Wprawdzie sektor bankowy wymagał pomocy międzynarodowej i Troika (MFW, EBC, KE) wymusiła na rządzie zacieśnienie fiskalne, ale płace nie spadły, bo nie spadły inwestycje. Zacieśnienie polityki podtrzymało jedynie zaufanie inwestorów, ale wyjście z kryzysu nie było efektem „wewnętrznej dewaluacji”.

W chwalonej przez MFW Hiszpanii wewnętrzna dewaluacja okazała się równie nieskuteczna w obniżaniu płac, jak na Łotwie. Dostosowanie gospodarki i likwidacja deficytu na rachunku obrotów bieżących nastąpiły w wyniku spadku PKB i spadku zatrudnienia. Jeśli nie nastąpi spadek płac w stosunku do partnerów handlowych, zagospodarowanie potencjału bezrobotnych może prowadzić do ponownego pojawienia się deficytu na rachunku bieżącym. Siedem lat po rozpoczęciu kryzysu PKB Hiszpanii znajdował się poniżej poziomu sprzed kryzysu.

Mityczne fundusze

Wielu liderów europejskich uważa, że przyczyną kryzysów jest niekompletna konstrukcja eurolandu, że potrzebne są nowe instrumenty, których dostarczy unia fiskalna i znaczący budżet strefy euro. Czy rzeczywiście utworzenie unii fiskalnej dostarczy instrumentów do poprawy konkurencyjności zagrożonym krajom?

Na pewno takim instrumentem nie są transfery finansowe. Z analiz wynika, że choć mogą przyczyniać się do poprawy jakości życia, nie powodują przyspieszenia rozwoju krajów i regionów uboższych, nie napędzają na trwale gospodarki, nie tworzą nowych miejsc pracy. Najważniejszym czynnikiem umożliwiającym szybszy rozwój jest wolny dostęp do ogromnego unijnego rynku oraz konkurencyjność napędzana prywatnymi inwestycjami. W Polsce na przykład w latach 2004-2014 udział eksportu w PKB zwiększył się z 30% do 37%, a przychody z eksportu do UE były 15-krotnie większe od środków netto otrzymanych z unijnego budżetu. To dzięki eksportowi PKB na mieszkańca mógł rosnąć.

Nieskuteczność transferów finansowych jako metody podnoszenia konkurencyjności autorzy ilustrują przykładami – wschodnich Niemiec, południowych Włoch oraz niektórych południowych stanów USA. Napływ funduszy do zacofanych krajów i regionów uważają wręcz za przeciwskuteczny, bo utrudnia odzyskanie konkurencyjności poprzez politykę wewnętrznej dewaluacji. Polityka ta ma na celu obniżenie popytu, cen i płac, tymczasem przychodzące transfery zwiększają popyt, ceny i płace. Unia fiskalna będzie więc prowadzić do utrwalenia podziału na kraje konkurencyjne i deficytowe, którym ciągle trzeba będzie pomagać.

Kolejnym mitem, z którym naprawiacze eurolandu wiążą nadzieje, to uelastycznienie rynku pracy. Zdaniem autorów, reformy uelastyczniające ten rynek mogą przyspieszać procesy dostosowawcze, ale nic nie wskazuje na to, by w sytuacji kryzysowej prowadziły do płynnego obniżenia płac. W USA rynek pracy jest elastyczny, a problem wysokiego bezrobocia w niekonkurencyjnych stanach rozwiązuje emigracja. Niektóre obszary wyludniają się, popadając w letarg. Dla krajów europejskich to nie do zaakceptowania – ani wysoki poziom bezrobocia, ani jego likwidacja poprzez masową emigrację. W ogóle porównywanie USA i UE jest błędem. W USA obszar walutowy pokrywa się z obszarem państwowości, stanowiącej źródło tożsamości obywateli, a problemy z konkurencyjnością dotyczą niektórych regionów, a nie całego państwa. W UE żaden kraj nie zgodzi się na rozwiązania, które nie są dla niego korzystne, bo UE powstała jako wspólnota wzajemnych korzyści i respektowania potrzeb wszystkich jej członków.

Pułapka euro

Kontynuowanie polityki obrony euro jest zagrożeniem dla integracji. Zasada konsensusu i poszanowania interesów wszystkich członków UE, która zadecydowała o sukcesie integracji, została złamana, gdy zaczął się kryzys, a obrona euro stała się najwyższym celem. To rodzi animozje – kraje Południa, tkwiące w pułapce euro, wytykają Niemcom, że odnoszą sukcesy w handlu zagranicznym dzięki sztucznie zaniżonemu kursowi euro, istnieniu grupy słabszych krajów, którym narzucają polityką oszczędności i wyrzeczeń. Z kolei Niemcy odpowiadają, że w latach 1995-2013 ich wzrost gospodarczy był niższy niż średnia w strefie euro, bo kapitał odpływał do krajów Południa, a swoją dobrą kondycję po 2007 r., zawdzięczają reformom Hartza. Teraz zaś muszą finansować pomoc dla krajów Południa. Tej pomocy niechętne są także mniejsze kraje strefy – Słowacja, Słowenia, Finlandia.

Paradoksalnie, w pułapce euro tkwi także Francja, która była motorem wprowadzenia wspólnej waluty. Od lat francuska gospodarka rozwija się bardzo wolno. By poprawić jej konkurencyjność, ekonomiści proponują obniżenie wysokich podatków obciążających koszty pracy i podniesienie podatków pośrednich. Tyle tylko, że w początkowym okresie spowodowałoby to spadek popytu i PKB. Efekt recesyjny można by zrównoważyć okresowym zwiększeniem deficytu budżetowego, co nie wchodzi w grę, bo Francja jest objęta procedurą nadmiernego deficytu, albo osłabieniem waluty, ale Francja ma euro.

Ryzyko związane z pułapką euro zmniejsza szanse na rozszerzenie strefy. Po 2007 r. tylko trzy kraje bałtyckie przyjęły euro, z powodów politycznych. Jedna trzecia mieszkańców UE nie posiada wspólnej waluty. Mamy więc Europę trzech prędkości: konkurencyjne kraje strefy euro, kraje zagrożone, walczące z recesją i kraje pozostające poza strefą. Obrona euro za wszelką cenę, zwiększanie centralizacji i kompetencji instytucji unijnych stały się powodem Brexitu. Dla Wielkiej Brytanii pożytki z przynależności do UE, związane były głównie ze wspólnym rynkiem, a nie z pogłębianiem „harmonizacji”.

Demontaż strefy

Autorzy dowodzą, że ani Unia, ani wspólny rynek nie potrzebują euro, bo stwarza ono więcej problemów niż korzyści. Jednak rozwiązanie strefy nie będzie łatwe, bo pozycje konkurencyjne poszczególnych krajów są różne. Gdyby strefę opuścił kraj niekonkurencyjny, doszłoby do paniki i załamania rynku bankowego, bo ludzie ruszyliby po depozyty, dodatkowo zaś wzrósłby jego dług denominowany w euro – publiczny i prywatny. Gdyby zaś z euro zrezygnował kraj konkurencyjny, np. Niemcy, nie byłoby szturmu na banki, bo depozytariusze oczekiwaliby, że marka będzie mocniejsza od euro, nie byłoby też negatywnego efektu bilansowego (wzrostu zadłużenia). Skorzystałyby na tym kraje mniej konkurencyjne, bo euro by się osłabiło.

Pomysł zachęcający Niemcy i inne kraje do opuszczenia strefy pojawił się jakiś czas temu. W 2012 r. Kawalec i Pytlarczyk zaproponowali, by dokonać kontrolowanego rozwiązania strefy euro poprzez sekwencyjne wychodzenie z niej grup krajów, poczynając od najbardziej konkurencyjnych. W 2013 r. w Brukseli dołączyli oni do innych ekonomistów z UE, którzy ogłosili Manifest Solidarności Europejskiej, nawołujący do likwidacji strefy oraz do stworzenia nowego mechanizmu koordynacji walutowej i pomocy krajom zadłużonym, by mogły wejść na ścieżkę wzrostu. Koszty tej pomocy byłyby mniejsze niż gdyby kraje te pozostały w strefie euro.

Autorzy kreślą możliwy scenariusz. Najpierw strefę opuszczają Niemcy, Holandia i Austria. Po dwóch latach kraje o średniej konkurencyjności, takie jak Francja. Po kolejnych dwóch latach reszta. By zapobiec ucieczce depozytów z krajów niekonkurencyjnych do konkurencyjnych, należałoby ograniczyć zamianę depozytów na nową walutę do podmiotów krajowych. W okresie przejściowym EBC pozostawałby bankiem centralnym dla wszystkich krajów strefy euro. Uzgodniony zostałby nowy system koordynacji walutowej, oparty na kursach płynnych w odpowiednio szerokich przedziałach wahań, zarządzany przez EBC.

W początkowym okresie poszczególne kraje nie odzyskałyby pełnej suwerenności w posługiwaniu się instrumentami polityki monetarnej i kursowej. Cele polityki monetarnej – pożądany poziom inflacji – określałyby rządy narodowe, a EBC prowadziłby na ich rzecz politykę monetarną. Po rozwiązaniu strefy euro i stabilizacji nowych relacji kursowych kompetencje EBC przejmowałyby narodowe banki centralne, a EBC mógłby zostać instytucją zarządzają europejskim mechanizmem koordynacji walutowej.

Polska nic nie musi

Ekonomiści, którzy namawiają do likwidacji euro, nie są oczywiście zwolennikami wprowadzenia tej waluty w Polsce. "W traktatowych zobowiązaniach nie ma określonego terminu, możemy pozostawać poza euro, jak długo zechcemy, powinno nam natomiast zależeć na dostępności do europejskiego rynku" – przekonują. Stagnacja gospodarcza w okresie międzywojennym wynikała z odcięcia od rynków zbytu byłych zaborców, utrzymywania zbyt silnej waluty opartej na złocie i prowadzenia polityki deflacyjnej. Z tych doświadczeń warto wyciągnąć wnioski.

Argumenty przemawiające za przyjęciem euro – wyższy wzrost gospodarczy, bezpieczeństwo i stabilizacja, rozwój handlu dzięki likwidacji ryzyka kursowego – legły w gruzach po wybuchu kryzysu strefy euro. Polska gospodarka przeszła przez kryzys suchą nogą właśnie dlatego, że nie miała euro. W 2009 r., gdy sytuacja w Europie pogorszyła się, kapitał od nas odpłynął, a złoty osłabił się, dzięki czemu nie wpadliśmy w recesję. Dyskusja o ewentualnym przyjęciu euro toczy się jednak nadal.

Dość powszechny jest pogląd, że Polska powinna dołączyć do strefy euro, gdy ta upora się z kryzysem i ustanowi zdrowe zasady, umożliwiające jej funkcjonowanie. Ci sami ekonomiści, m.in. Marek Belka, wskazują, że Polska powinna być dobrze przygotowana, a same kryteria z Maastricht nie wystarczą, potrzebny jest test trudniejszy – konkurencyjność jak Szwajcaria, elastyczność rynku pracy jak Dania, stan finansów publicznych jak Estonia. Po drugiej stronie jest duża grupa ekonomistów, m.in. Stanisław Gomułka, Dariusz Rosati, Andrzej Wojtyna, którzy uważają, że euro nie jest przyczyną kryzysu, więc nie należy zwlekać z jego przyjęciem, a dążenie do strefy euro może uruchomić potrzebne zmiany strukturalne.

Kawalec i Pytlarczyk odcinają się od wszystkich. Ich zdaniem Polska nie powinna rezygnować z własnej waluty, ponieważ kurs walutowy jest nie do zastąpienia – to najbardziej skuteczny instrument poprawiający konkurencyjność w sytuacjach awaryjnych. Każdy kraj może w jakimś momencie utracić konkurencyjność z przyczyn, które trudno przewidzieć. Finlandia w 2008 r. przeszłaby test Belki, a mimo to wpadła w pułapkę strukturalnej niekonkurencyjności, bo na rynek wszedł iPhone i pobił Nokię, a płace Finów pozostały na wysokim poziomie. W 2014 r. fiński PKB wyniósł zaledwie 95% poziomu z 2007 r.

Jest jeszcze iluzja korzyści politycznych – piszą autorzy. Mrzonki, że gdy przyjmiemy euro, będziemy krajem liczącym się, korzystającym z dobrodziejstw integracji i przyszłego budżetu strefy. Prawda jest taka, że jeśli Polska utraci konkurencyjność i zdana będzie na łaskę unijnych instytucji, nasza pozycja nie wzmocni się, lecz osłabnie, jak Grecji. A nawet jeśli kryzys nas ominie, swoboda decyzji zmniejszy się, będziemy musieli słuchać silniejszych. Nadzieje pokładane w przyszłym budżecie strefy euro są nieporozumieniem – będziemy płatnikiem netto, a beneficjentem wtedy, gdy wpadniemy w kryzys. To nie jest zachęcająca perspektywa. Nasza gospodarka ma szansę rozwijać się i doganiać bardziej rozwinięte, tylko wtedy, gdy będziemy mieli własną walutę – uważają autorzy. Najlepiej byłoby, gdyby strefa się rozwiązała, poprawiłoby to perspektywy wspólnego rynku, którego zachowanie leży w żywotnym interesie Polski.

Dzieło i Autorzy

Stefan Kawalec – ekonomista, były wiceminister finansów, współtwórca „planu Balcerowicza”. Był doradcą Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz instytucji rządowych i komercyjnych w kilku krajach. W okresie PRL działacz opozycji demokratycznej i „Solidarności”, internowany w stanie wojennym. Obecnie prezes firmy doradztwa strategicznego Capital Strategy. Ukończył matematykę na Uniwersytecie Warszawskim.

Ernest Pytlarczyk – Główny Ekonomista w mBank S.A. Kieruje zespołem nagradzanym za najlepsze prognozy dotyczące polskiej gospodarki. Pracował na Uniwersytecie w Hamburgu, w Banku Centralnym Niemiec (Deutsche Bundesbank) we Frankfurcie oraz w Banku Handlowym w Warszawie S.A. Uzyskał tytuł doktora ekonomii na Uniwersytecie w Hamburgu.

Książka szeroko komentowana, nagrodzona także pierwszym miejscem w konkursie Dziennika Gazety Prawnej Economicus 2017 w kategorii „Najlepsza książka szerząca wiedzę ekonomiczną”.

Stefan Kawalec, Ernest Pytlarczyk, „Paradoks euro. Jak wyjść z pułapki wspólnej waluty?”, Poltext, Warszawa 2016.