Multimilioner z wyboru

Duncan Bannatyne, seryjny inwestor, który lekką ręką potrafi pożegnać się z biznesem, jaki rozwijał przez kilka lat, by zająć się czymś innym, zaznacza, że z jego młodzieńczym życiorysem nie mógł zostać nikim innym niż przedsiębiorcą.

Kiedy jako małe dziecko Duncan Bannatyne poprosił mamę o kupno lodów i dowiedział się, że ich nie dostanie, bo rodziny na to nie stać, postanowił, że w swoim dorosłym życiu nie chce klepać biedy. Własną determinacją i obrotnością dowiódł, że z najgorszych nizin społecznych można się wybić i zostać multimilionerem. Obecnie jego fortuna szacowana jest na 320 mln funtów według rankingu najbogatszych Brytyjczyków The Sunday Times. Imperium biznesowe Bannatyne’a składa się z największej na wyspach sieci prywatnych klubów fitness, ekskluzywnych hoteli, ośrodków odnowy spa i domów seniora. Choć wielu twierdzi, że życiorys biznesmena to przykład fenomenalnej historii self-made-mana.

Od furgonetki z lodami do hotelu dla milionerów

Bannatyne nie lubi takiego traktowania, wychodząc z założenia, że drogę po miliony może bez problemu przebyć każdy. Znany z ciętych i kontrowersyjnych wypowiedzi, swoją postawę podsumował niedawno deklaracją: "Żeby zostać bogatym, trzeba podjąć decyzję, że chce się fortunę osiągnąć, a to potrafi zrobić każdy. To nie jest trudne. Ja jestem tępy, a mnie się udało. Na litość boską, Peter Jones (kolega milioner inwestujący w media i telekomunikację - przyp. red.) jest jeszcze głupszy, a zbił fortunę".

Zobacz również:



Duncan BannatyneDuncan Bannatyne Mało kto jednak ma w sobie tyle wytrwałości i chęci podejmowania ryzyka co Bannatyne. Kiedy w dzieciństwie chciał mieć rower, a wiedział, że rodzice nie będą w stanie mu go kupić, poszedł do miejscowego kioskarza i zaoferował mu rozwożenie gazet po okolicy pod warunkiem, że właściciel zapewni mu środek transportu. Kioskarz na to przystał, zażyczył sobie jednak, żeby młody Duncan wcześniej zgromadził listę 100 osób, które będą chciały otrzymywać poranną prasę. Bannatyne chodził od domu do domu w małym szkockim miasteczku Clydebank, gdzie się urodził 60 lat temu, i z bólem uzbierał setkę chętnych, po czym otrzymał upragniony rower. Potem dopiero przed trzydziestką dorobił się samochodu dostawczego, który kupił za 450 funtów, by rozkręcić własny biznes. W miejscowej książce telefonicznej znalazł producenta lodów, podpisał z nim umowę i zaczął je sprzedawać, objeżdżając samochodem okolice Stockton-on-Tees. Pięć lat później miał już sześć furgonetek. Biznes sprzedał ostatecznie za 28 tys. funtów po to, by przerzucić się na inną sferę działalności - domy seniora.