Szczęściarze i pechowcy

Mamy zamówienia i gotówkę na koncie, nie finansujemy działalności bieżącej kredytem, a jedynie poważne inwestycje, właśnie planujemy kolejne przejęcia, bo ceny na rynku są atrakcyjne - Tadeusz Kozaczyński, CFO spółki Trakcja Polska SA.

Czy odczuwa pan kryzys?

Na własnej skórze nie odczuwam, ale wokół czuję atmosferę kryzysu. Zmiana kierunku trendów, zmiana kursów walutowych, nieustająca korekta ocen polskiej, a przede wszystkim światowej gospodarki, to zaczyna nas przytłaczać. Szczęśliwie branża, w której działa nasza spółka, budownictwo infrastrukturalne, ma dobre perspektywy. Trakcja Polska jako jedna z niewielu spółek na rynku poprawi w tym roku wyniki. Mogę to powiedzieć z całą odpowiedzialnością już na początku roku. Minister finansów zapewnił wszak, że cięcia mogą dotyczyć różnych obszarów budżetu, ale nie wydatków na infrastrukturę. I słusznie, bo inwestycje infrastrukturalne wsparte funduszami unijnymi przynoszą efekt mnożnikowy i mogą stać się kołem zamachowym gospodarki.

Ale nawet inwestycje infrastrukturalne są zagrożone, bo banki nie chcą udzielać kredytów na prefinansowanie projektów dotowanych z funduszy unijnych.

Zobacz również:



Naszym głównym kontrahentem jest spółka PKP PLK, której udało się zagospodarować fundusze unijne wcześniej, zanim jeszcze wybuchł kryzys. Ale rzeczywiście inni inwestorzy, na przykład samorządy, które także inwestują w infrastrukturę szynową, są dziś na dużo wcześniejszym etapie. Kolej ma jeszcze jedną przewagę - uzyskała również bardzo korzystne finansowanie z Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Sektory infrastrukturalne, przynajmniej niektóre, mają ułatwiony dostęp do długoterminowych kredytów z EBI. Jako firma realizująca zamówienia PKP PLK w kryzys weszliśmy więc miękko. Z takim portfelem zamówień możemy spać spokojnie, zwłaszcza że mamy również sporo gotówki na koncie.

Czy chodzi o pieniądze z oferty publicznej? Gdy wchodziliście na giełdę w ubiegłym roku, nie było już różowo.

Zadebiutowaliśmy 1 kwietnia, w prima aprilis, gdy spadki rzeczywiście były już faktem. Nie posłuchaliśmy ekspertów, którzy odradzali pośpiech. I całe szczęście, bo był to ostatni dzwonek, by sprzedać akcje. Kursy wówczas wydawały się niskie, ale dziś moglibyśmy o nich tylko pomarzyć. Zdaniem zawodowych zaklinaczy giełdy i gospodarki, spadki miały być przejściowe, potrwać kilka miesięcy. Nie uwierzyłem. Znam gospodarkę światową na tyle, że wiem, jaką potęgą jest amerykański sektor nieruchomości. Załamanie tego rynku nie mogło przejść bez echa. Pękniecie bańki internetowej spowolniło gospodarkę światową na kilka lat, a czymże jest ten sektor w porównaniu z nieruchomościami. Eksperci prognozowali, że trend za sprawą czarodziejskiej różdżki odwróci się w drugiej połowie 2008 r., teraz mówią, że nastąpi to w drugiej połowie obecnego roku. Moim zdaniem to naiwne oczekiwania, ale prognozy muszą być ułomne, gdy polegają na prostej ekstrapolacji trendu.

Są jakieś nowe fakty, które świadczą o tym, że kryzys tak szybko nie osłabnie?

Załamanie na rynku nieruchomości wywołało megaeksplozję w sektorze finansowym, której skali nikt nie przewidział. Zadziałała broń masowego rażenia - tak instrumenty pochodne nazwał Warren Buffet. Innowacje produktowe poszły tak daleko, że nawet wytrawni analitycy nie potrafili ocenić ryzyka z nimi związanego. Gdy ta bomba wybuchła, światowy system finansowy pogrążył się w głębokim kryzysie, a inwestorzy zaczęli uciekać z rynków wschodzących, w tym również z Polski. Nastąpił gwałtowny spadek złotego, który doprowadził do kryzysu na rynku opcji walutowych. Obecnie złoty spada dalej, nawet wobec słabych walut, a przecież polskie obligacje są chętnie kupowane. W globalnym kryzysie mamy więc własny kryzys lokalny.

Kryzys na rynku opcji walutowych jest aż tak poważny?

Wygląda na to, że tak. Wiele firm, które mają kontrakty w euro lub w innych walutach obcych i muszą zabezpieczać się przed ryzykiem kursowym, wpadło na pomysł albo ktoś im podpowiedział, że można pójść krok dalej i trochę pospekulować. Na przykład zabezpieczając przychody na kilka lat do przodu albo korzystając z wyrafinowanych struktur opcyjnych. Tymczasem przyszedł kryzys, trendy się odwróciły i za zamknięcie tych pozycji trzeba słono płacić. Broń masowego rażenia znów zadziałała.

A jak pan zabezpiecza firmę przed ryzykiem kursowym?

Wybieram najprostsze, najtańsze i najbardziej transparentne instrumenty, mimo że niejednokrotnie kuszono mnie czymś bardziej wyrafinowanym. Uważam, że firma działająca w sferze gospodarki realnej powinna zarabiać na swoim core biznesie, a nie na instrumentach finansowych, które bywają zwodnicze.

Pan wie, że instrumenty finansowe są zwodnicze, bo w przeszłości pracował pan w londyńskim City, ale nie wszyscy dyrektorzy finansowi mają takie doświadczenia. Od czego są doradcy, opiekunowie klienta?

Moja ścieżka zawodowa rzeczywiście nie jest typowa. Większość CFO awansowało z funkcji kontrolera finansowego. Trudno więc dziwić się, że nie mając doświadczeń w sferze finansów, wpadają w pułapki zastawione przez przedstawicieli instytucji finansowych, którzy chętnie oferują skomplikowane produkty wysokomarżowe, nie wyjaśniając dobrze ich sensu. Ale są i tacy dyrektorzy finansowi, którzy doskonale wiedzieli, o co chodzi, a mimo to ryzykowali. Górę wzięła żyłka spekulacyjna. Wygląda na to, że winne są obie strony. Bankowcy oferowali firmom ryzykowne opcje lewarowane, a firmy je brały albo też na przykład korzystały z "hedgingu" w kilku bankach równocześnie, o czym bankowcy wiedzieć nie musieli.

Kto tu jest więc sprawcą, a kto ofiarą? Wiadomo, że firmy zapłacą słony rachunek za kryzys na rynku opcji, a banki?

Banki także stracą, bo przecież firmy to ich klienci. Wyniki czwartego kwartału już to potwierdzają. Banki muszą zawiązywać rezerwy na potencjalne straty z tytułu opcji walutowych i z tytułu utraty płynności swoich klientów. Chciałbym jednak zaznaczyć, że nagonka na spekulantów zaciemnia prawdziwy obraz. Owszem, spekulacje były i należy je ocenić negatywnie, ale są również firmy, która zwyczajnie, bez fajerwerków zabezpieczały podpisane kontrakty i teraz znalazły się w trudnej sytuacji. Nie przewidziały bowiem, że złoty tak gwałtownie straci na wartości. Wcześniej czy później bank zamknie takiej firmie limit na transakcje walutowe. By zamknąć pozycję, firma musi wpłacić gotówkę. Jeśli ma wolną gotówkę, może zwiększyć depozyt zabezpieczający i dalej trzymać tę pozycję. Ale jeśli gotówki nie ma, a takich przypadków jest wiele, do drzwi zapuka komornik. Ofiarami kryzysu są właśnie takie firmy. Zdarzają się również przypadki, w których w grę nie wchodziły żadne zabezpieczenia, a mimo to firma znalazła się w tarapatach. Znam taki: firma wzięła kredyt w euro, bo przychody miała w euro. W umowie zawarto klauzulę, że jeśli kurs euro przekroczy 4,30, następuje konwersja zobowiązania i znaczna jego część musi zostać natychmiast spłacona. Trzeba mieć morze wolnej gotówki, żeby się z tego wywiązać.

Czy w takim razie winne są tylko banki?

Banki mają swoje grzechy, firmy też, ale kryzys związany ze zmianą trendu na rynku walutowym i tak by nas nie ominął. Dziś firmy mają kłopot, ale banki również, bo utrzymywanie przez dłuższy czas pozycji "w stracie" jest ryzykowne. Może więc lepiej dziś stracić 10 mln zł niż za pół roku 20 mln. Z drugiej strony, banki powinny pójść po rozum do głowy i bez względu na to, kto zawinił, rozkładać firmom płatności na raty, a może nawet częściowo umarzać. Straty z tego tytułu będą, nie sądzę, by można od nich uciec, ale alternatywą jest komornik - rozwiązanie trudne i mało komfortowe dla każdej ze stron.

Można więc zrozumieć, dlaczego banki zakręciły kurek z kredytami dla firm. Ryzyko rośnie, trzeba tworzyć rezerwy...

A do tego bankom zaczęło brakować pieniędzy. Na globalnym rynku międzybankowym zastój, a u nas kredyty przerosły depozyty. Większość firm działa jeszcze na starych kredytach, ale z nowymi są problemy. Przede wszystkim wzrósł koszt kredytu. Jego dostępność także się pogorszyła, bo banki jeszcze do końca nie wiedzą, co kryje się w bilansach spółek. Myślę, że ich ostrożność jest do pewnego stopnia uzasadniona.

Czy pańska firma jest zadłużona w bankach?

W naszej branży większość firm nie lewaruje działalności operacyjnej kredytem. Trakcja Polska korzysta z unijnych zaliczek na rozpoczęcie kontraktu oraz posiada środki własne. Bez lewarowania mamy wskaźnik ROE na poziomie 25%, więc i z tego powodu nie potrzebujemy finansowania zewnętrznego. Kredyty zaciągaliśmy jedynie pod przejęcia, jakich dokonaliśmy. Teraz zresztą również planujemy podobne inwestycje.

Planujecie ekspansję w czasach kryzysu?

Kryzys to szansa dla firm, które mają zamówienia i gotówkę. Można przejmować inne przedsiębiorstwa po atrakcyjnych cenach i szybko uzyskiwać wzrost wartości dla akcjonariuszy. Spadek wartości aktywów stwarza niepowtarzalną okazję, z której zamierzamy skorzystać. Kryzys zawsze ma dwie strony: jednych osłabia, innych wzmacnia, jedni bankrutują, a inni się bogacą. Po kryzysie zmieni się struktura rynku.

Negocjuje pan kredyt na to przejęcie?

Planujemy tylko w niewielkiej części finansować przejęcia kredytem. Negocjujemy z bankami i stąd wiem, że koszt finansowania znacznie wzrósł. Dlatego chcemy płacić gotówką i akcjami - to dodatkowy oręż spółki giełdowej.

Ale ceny akcji idą w dół.

Są gorsze i lepsze okresy. Myślę, że po opublikowaniu bilansów, czyli już niedługo, wiele rzeczy się wyjaśni. Inwestorzy giełdowi otrzymają informacje, których teraz im brakuje, i zaczną bardziej selektywnie podchodzić do spółek. A my nie mamy żadnego trupa w szafie, żadnych struktur opcyjnych, za to możemy się pochwalić długoterminowymi zamówieniami, stabilnym partnerem i gotówką na koncie.