Początek końca kryzysu

Przesilenie za nami, do normalizacji jeszcze daleko, zaś gospodarka światowa nie uniknie recesji, choć umknie wielkiej depresji.

Przesilenie za nami, do normalizacji jeszcze daleko, zaś gospodarka światowa nie uniknie recesji, choć umknie wielkiej depresji.

W październiku media i publiczność ekscytowały się jo-jo cen akcji z przewagą panicznych wyprzedaży. Ważniejsze było jednak prawie zupełne zamarcie rynków kredytowych na tle braku wzajemnego zaufania, które wywindowało stawki depozytów międzybankowych do rekordowych wysokości ponad stopy banków centralnych. Te zdarzenia wymusiły na władzach finansowych wyjątkową reakcję. U podłoża reakcji, pomijając obawy o załamanie światowego systemu finansowego, legł strach przed powtórką japońskiej "straconej dekady" albo wariantu jeszcze gorszego - Wielkiego Kryzysu lat 1930. A paraliż rynków finansowych zaczął gwałtownie przenosić się na sytuację gospodarki realnej. Zanurkowały w dół indeksy koniunktury do poziomów nienotowanych od wielu lat.

Zobacz również:



Poniewczasie okazało się, że dopuszczenie do upadku banku Lehman Brothers było tragicznym w skutkach błędem, choć wydawało się, że nie powinno doprowadzić do ryzyka systemowego, bo już wiosną był typowany na bankruta; wywołało to jednak panikę. Wahania Kongresu, czy przyjąć plan Paulsona, i chaotyczne działania ratunkowe krajów Unii Europejskiej podniosły poziom napięcia. Eskalacja kryzysu uruchomiła jednak w końcu działania na niewyobrażalną wcześniej skalę, aby odsunąć groźbę niewypłacalności banków i braku ich płynności. Postawiono na dokapitalizowanie banków, co jest szybsze niż przejęcie trefnych aktywów i natychmiast obniża ryzyko ich niewypłacalności. Inspiracją było rozwiązanie brytyjskie, kombinacja dokapitalizowania i gwarancji kredytowych, które najpierw przejęły rządy krajów strefy euro, a następnie korzystnej modyfikacji poddano plan Paulsena. Ceną dla banków jest ich częściowa nacjonalizacja. Wywołuje ona mieszane uczucia, zwłaszcza w USA. Płynność z kolei zapewniają banki centralne, które zaczęły przyjmować jako zastaw praktycznie każde aktywa bankowe. Rządy obiecały gwarancje kredytowe dla nowego długu o zapadłości do 5 lat do końca 2009 r. Ryzyko nowych pożyczek między bankami zmalało więc praktycznie do zera, oznacza to bowiem, że w przypadku upadku jakiejś instytucji finansowej jej partner za świata finansowego odzyska swoje wierzytelności. Podwyższenie poziomu gwarantowanych przez państwo depozytów ma również podnieść nadwątlony poziom zaufania do banków, aby uchronić je przed runem ze strony mocno zagubionych i poddanych presji mediów indywidualnych deponentów. Ów zabieg nie powinien nic kosztować, pod warunkiem że żaden duży bank nie upadnie. Ogłoszenie programu przyjmowania przez Fed bonów komercyjnych ma poważne znaczenie dla ponownego uruchomienia krótkoterminowego zasilenia dużych korporacji w USA.

Skoordynowana obniżka stóp procentowych również sprzyja redukcji kosztów kredytu, a dalsze są możliwe, bo inflacja zaczyna się zmniejszać z powodu obniżenia popytu na surowce, co wywołuje gwałtowny spadek ich cen. Można rzec, że pożar na rynkach finansowych został opanowany i będzie stopniowo wygasał. Świadczą o tym malejące stopniowo stawki na rynkach kredytowych, które podczas kulminacji kryzysu przewyższyły o ponad 3 punkty procentowe poziom stopy Fed; na początku roku ta marża wynosiła tylko 0,43 punktu. A od Liboru zależą stawki instrumentów ok. 360 bln USD.

Powoli akcent działań przesuwa się na gospodarkę realną, która we wrześniu i październiku doznała w dużej mierze psychologicznego szoku. Szkody spowodowane przez szczyt kryzysu finansowego są jednak realne, bo fatalne nastroje przekładają się na niższe wydatki konsumentów i zawieszenie projektów inwestycyjnych. Część rządów już zapowiada pakiety pobudzania gospodarek przez obniżki podatków lub zwiększone wydatki rządowe.

Do września Polska była obserwatorem kryzysu finansowego (z wyjątkiem giełdy). Podczas kulminacji jego fale dotarły i do nas. Wiadomo było, że osłabienie wzrostu w strefie euro przełoży się na gorsze perspektywy polskiego eksportu i ograniczy napływ inwestycji bezpośrednich; teraz w związku ze stagnacją ten wpływ będzie silniejszy. Dotarła i do nas zaraza braku zaufania, więc stawki WIBOR też skoczyły w górę, choć do niecałego punktu procentowego ponad stopę NBP (6%). Nasz kraj był jednym z nielicznych, gdzie rynek kredytowy jeszcze funkcjonował. Konsekwencją są obostrzenia standardów przyznawania kredytów i to odbije się z czasem na gospodarce realnej. Wypada więc obniżyć prognozy wzrostu PKB w 2009 do jakichś 3 - 4%. Jednak żadna recesja Polsce nie grozi.

Autor jest wykładowcą WSHiP im. R. Łazarskiego oraz ekspertem CASE i PKPP Lewiatan.