Psychologia podejmowania decyzji inwestycyjnych

Koncepcja, że człowiek zawsze podejmie racjonalne decyzje ekonomiczne na podstawie dostępnych informacji, dla każdego, kto dokonał zakupu pod własnym impulsem, jest co najmniej wątpliwa. Doświadczenaia ostatnich lat pokazują, że nawet menedżerowie najwyższego szczebla podejmują decyzje pod wpływem emocji.

Koncepcja, że człowiek zawsze podejmie racjonalne decyzje ekonomiczne na podstawie dostępnych informacji, dla każdego, kto dokonał zakupu pod własnym impulsem, jest co najmniej wątpliwa. Doświadczenaia ostatnich lat pokazują, że nawet menedżerowie najwyższego szczebla podejmują decyzje pod wpływem emocji.

Jakie są na to dowody? Choćby ceny płacone za spółki nowoczesnych technologii w czasie szczytu hossy internetowej w 2000 r. lub kwota 100 mld euro zapłacona w Europie przez spółki telekomunikacyjne za licencje UMTS. Czy decyzje o tych inwestycjach były uzasadnione ekonomicznie i podjęte w spokoju po analizie opłacalności? A może rządy krajów wystawiających na sprzedaż licencje wykorzystały strach menedżerów, że nie wezmą udziału w projektach (jak pisał jeden z analityków w rekomendacji kupna dla Deutsche Telekom) o "nieskończonej stopie zwrotu"?

Zobacz również:



Kiedy przyjrzymy się każdej decyzji inwestycyjnej przez pryzmat podstawowych emocji wpływających na ten proces, z jednej strony mamy chciwość, a z drugiej - strach. Bez względu na to, czy mówimy o inwestycjach giełdowych, przejęciach firm czy kupnie nowych maszyn, siłą napędzającą jest chęć zysku. Czynnikiem powstrzymującym inwestorów przed działaniem jest obawa poniesienia strat, a w przypadku przedsiębiorstw - możliwe bankructwo.

Psychologia tłumu

Już ponad 100 lat temu Gustaw le Bon, analizując zachowania ludzi w czasie rewolucji francuskiej, doszedł do wniosku, że zachowanie zbiorowości ludzkich podlega regułom, które nie zmieniają się od tysiącleci. Kiedy analizujemy zachowania dzisiejszych inwestorów, z łatwością możemy dostrzec, że chcąc nie chcąc, są częścią zbiorowości i podlegają tym samym prawom, które opisał le Bon

Po pierwsze ludzie chcą przyłączać się do większych grup. Potrzeba przyłączania się jest jednym z atawizmów wyniesionych jeszcze z czasów, gdy homo sapiens zamieszkiwał jaskinie. Wówczas ludzie skazani na wykluczenie ze społeczności po prostu ginęli i dziś ten lęk bardzo często skłania nas do podążania za większością. W ten sposób, gdy wszyscy inwestują w nieruchomości, ktoś, kto tego nie robi, odczuwa niepokój. Dlatego też rośnie grono inwestorów podejmujących decyzje kupna, aż do momentu zmiany koniunktury gospodarczej, która przynosi bankructwa i z kolei skłania ludzi do wyprzedawania aktywów. Wtedy większość chce sprzedawać i rynek się załamuje - doświadczają tego obecnie Stany Zjednoczone.

Po drugie osoba dołączająca do grupy staje się częścią tłumu i oddaje część swojej świadomości, a raczej rozsądku, we władanie umysłu zbiorowości. W ten sposób w czasie rewolucji francuskiej spokojni, szanowani obywatele dopuszczali się zbrodni mrożących krew w żyłach, a dziś inwestorzy są w stanie kupować obietnice bez pokrycia, tak jak to miało miejsce w szczycie hossy na rynku nowoczesnych technologii, gdy rosły kursy spółek, które zadeklarowały, że rozważą rozpoczęcie działalności na tym rynku lub spółki wchodzące teraz na rynek nieruchomości.

Po trzecie w zbiorowości następuje wymiana informacji, która utwierdza uczestników w słuszności ich postępowania, a dowodem na to w przypadku inwestycji giełdowych lub inwestycji w nieruchomości są rosnące ceny aktywów. W przypadku nowych inwestycji w majątek trwały dowodem potwierdzającym słuszność działania jest rosnący popyt na wyroby firmy i coraz większa sprzedaż. Inwestorzy ekstrapolują obecną koniunkturę i każdy kolejny miesiąc utrzymywania się korzystnego trendu utwierdza ich w przekonaniu o jego trwałości. Można powiedzieć, że paradoksalnie im wyższe ceny akcji, im bardziej przegrzana gospodarka, tym przekonanie tłumu o bezpieczeństwie inwestycji jest wyższe. Jeżeli popatrzymy na dane o poziomie inwestycji w gospodarce w Polsce, to pomimo że dno recesji przypadło na lata 2002 - 2003, dopiero w 2006 r. zaczęły rosnąć nakłady inwestycyjne przedsiębiorstw. Przekonanie o trwałości dobrej koniunktury było budowane przez ponad trzy lata, aż w końcu niedostatek mocy produkcyjnych wymusił podjęcie odkładanych decyzji.

Cykle koniunkturalne

Psychologia jest jednym z głównych czynników powodujących powstawanie w gospodarce cykli koniunkturalnych, drugim jest czas, a w zasadzie bezwładność procesów inwestycyjnych. Od momentu podjęcia decyzji do realizacji, w przypadku budowania nowych mieszkań, fabryk czy biurowców mijają miesiące, czasem lata. Każdy cykl koniunkturalny zaczyna się w momencie zwątpienia w przyszłość gospodarki, nastroje są tak złe, że ceny aktywów spadają poniżej ich wartości, prawie nikt nie myśli o kupnie akcji czy inwestowaniu w nowe moce produkcyjne, przedsiębiorstwa restrukturyzują się i ograniczają koszty, następują redukcje zatrudnienia. Pierwsze sygnały ożywienia wydają się tak niepewne, że nadal dominuje przekonanie o braku możliwości szybkiego wyjścia z recesji. Stopniowo jednak coraz więcej wskaźników poprawia się, rosną dane o sprzedaży, poprawiają się wyniki przedsiębiorstw, jednak nadal firmy nie inwestują w majątek trwały ani nie zatrudniają nowych pracowników. W Polsce z tą fazą mieliśmy do czynienia w latach 2003 - 2004 i jeszcze w pierwszej połowie 2005 r. Inwestycje przedsiębiorstw mające na celu zwiększenie mocy produkcyjnych rozpoczęły się dopiero w drugiej połowie 2005 r. Te inwestycje i zwiększanie konsumpcji przez finalnych odbiorców doprowadzą w końcu do przegrzania koniunktury i wejścia gospodarki w fazę spowolnienia lub nawet recesji.

To, co stało się w ciągu ostatnich trzech lat na rynku nieruchomości, jest przykładem, z jakim opóźnieniem przedsiębiorstwa reagują na informacje rynkowe, a z drugiej strony, jak wielka jest siła tłumu przekonanego o możliwości zarobku bez ryzyka. W ciągu kilku lat w Polsce przeszliśmy trzy etapy wzrostu rynku mieszkaniowego. Rok 2003 to czas idealny na kupno mieszkania, deweloperzy mieli poważny kłopot ze znalezieniem nabywców, rynek wydawał się zasypany ofertami sprzedaży mieszkań. Lata 2004 - 2005 to coraz szybszy wzrost cen i rosnąca liczba nabywców. Rok 2006 to szał zakupów i windowanie cen oraz kolejni przedsiębiorcy angażujący się w budowanie mieszkań i domów. Co się wydarzyło w ciągu tych czterech lat, że na rynku mieszkaniowym zapanował pełny optymizm? Jak to możliwe, że nabywcy są skłonni płacić dwa razy wyższe ceny i uważają to za dobry interes, a firmy koncentrujące swą działalność w zupełnie innych sektorach gospodarki rozpoczynają projekty deweloperskie?