Kalejdoskop: Twarz ma się jedną

Whistleblowers to często ostatni sprawiedliwi, idealiści i straceńcy. Na przekór otoczeniu, doświadczeniu oraz przeznaczeniu dmą co sił na alarm, kiedy naruszane są normy przyzwoitości i sprawiedliwości, którym chcą pozostać wierni.

Whistleblowers to często ostatni sprawiedliwi, idealiści i straceńcy. Na przekór otoczeniu, doświadczeniu oraz przeznaczeniu dmą co sił na alarm, kiedy naruszane są normy przyzwoitości i sprawiedliwości, którym chcą pozostać wierni.

Termin whistleblower wywodzi się od "bobbies", angielskich stójkowych, którzy głośną dmą w gwizdek, kiedy dostrzegą zagrożenie porządku. Powstał w latach 90., które przyniosły wysyp afer korporacyjnych. Wiele z nich ujawniono albo wyjaśniono dzięki informacjom pracowników firm. Termin stosuje się zresztą z powodzeniem wstecz, dlatego Deep Throat, informator dziennikarzy Washington Post, który w 1972 r. ujawnił udział w administracji prezydenta Nixona w aferze Watergate, także wciągany jest na listy najsłynniejszych whistleblowers.

Zobacz również:



Whistleblowers działają w warunkach wyjątkowo nieprzyjaznych i raczej z niewielkimi szansami na powodzenie, zwłaszcza osobiste. Bezpośrednio po ujawnieniu niewygodnej prawdy ok. 70% pracowników firm, którzy do tego się przyczynili, jest zwalnianych.

Nadal jednak to oni najczęściej dmą w gwizdek, kiedy dzieje się coś złego. Badacze z Chicago Graduate School of Business oraz uniwersytetów Toronto i Michigan po przeanalizowaniu 230 przypadków domniemanych oszustw popełnionych przez firmy amerykańskie w latach 1996-2004, przedstawili czołową dziesiątkę wykrywaczy przestępstw korporacyjnych. Przestępstwa nagłaśniali najczęściej właśnie pracownicy, a dopiero w następnej kolejności ludzie spoza firmy: media, urzędnicy z instytucji kontrolnych, analitycy, audytorzy, Komisja Giełdy (SEC), udziałowcy, przedstawiciele firm usług profesjonalnych i giełdowi spekulanci. Układ tej listy to oczywisty paradoks, ponieważ, jak już wspomniano, wewnętrzni whistleblowers ryzykują ostracyzm, utratę pracy a nawet psychiczne znęcanie się. I odwrotnie - ci, którzy mają najwięcej zachęt dla wykazywania się skutecznością w wykrywaniu defraudacji, m.in. przedstawiciele komercyjnych banków i ubezpieczycieli, są na tyle nieaktywni, że nawet nie znaleźli się w pierwszej dziesiątce rankingu.

Badacze wykazują, że niekoniecznie potrzebne są heroiczne czyny, które powodują, że postać whistleblowera ulega pewnej mitologizacji. Tymczasem często splot różnych ujawniających nieprawidłowości relacji, a nie jeden czyn porusza lawinę. Tama zakrywająca ponurą prawdę pęka, kiedy pojawi się w niej wiele szczelin. Działo się tak również w przypadku Enronu: najpierw pojawił się niewielki artykuł w teksańskiej edycji The Wall Street Journal, który przeczytał pewien menedżer funduszu hedgingowego. Podsunął go dziennikarce z Fortune, która opublikowała tekst "Czy Enron jest przeszacowany?". Anonimowy informator zaś naprowadził na trop dziennikarza Street.com.

Zastanawiając się nad podstawowym zagadnieniem, kto najskuteczniej stoi na straży sprawiedliwości i dlaczego nie są to mianowani "szeryfowie" z urzędów kontrolnych, autorzy ww. publikacji doszli do wniosku, że o wiele bardziej sprawdzają się "rynkowe" metody, które polegają na nagradzaniu informatorów. Wystarczy jednak, aby nie było istotnych przeciwności. Decyduje także pozostawanie w samym centrum wydarzeń. Uchwycenie z zewnątrz niektórych analizowanych przypadków defraudacji wydaje się niemal niemożliwe albo, jak wykazali autorzy, może być żmudne i kosztowne. Tymczasem od wewnątrz schemat przekrętów rysował się dość jasno. Warto zatem mieć pracowników z moralnym kręgosłupem i uchronić ich przed kancerogennym otoczeniem, zapewniając dobrą atmosferę w firmie.

Czy sprawiedliwość w końcu wygrywa? Bywa, że tak. Bywa też, że bohaterowie odchodzą z nagrodą. Tak stało się ostatnio w przypadku dwójki doświadczonych i wysokich rangą pracowników British Telecom, którzy jako whistleblowers ujawnili nielegalne praktyki swoich szefów. W 2002 r. swoim bezpośrednim przełożonym przekazali informacje, że planowana inwestycja na kwotę 1,5 mln funtów to oczywisty przekręt. Ich historia to klasyka. Informatorzy najpierw poddani zostali nieprzyjemnej presji, szykanom. Ani wewnętrzne mechanizmy audytu i corporate governance, ani procedury giełdowe, ani wreszcie stojący za tymi procedurami ludzie ich nie ochronili. W końcu zmuszono ich do odejścia z firmy. W sierpniu br. wygrali jednak założoną w sądzie pracy sprawę i dawny pracodawca zmuszony jest zapłacić im sześciocyfrowe odszkodowanie.

To przykład z Europy, ale jak wykazało badanie Ernst & Young, na Starym Kontynencie pracownicy są bardziej ostrożni w ujawnianiu nieprawidłowości w firmie. To kolejny paradoks, bo badania potwierdzają (np. te opublikowane ostatnio w Journal of Management Studies), że atmosfera i kultura pracy w firmach w Europie o wiele mniej sprzyjają znęcaniu się nad pracownikami (co jest zwykle pierwszą karą za whistleblowing). Wiele zależy zatem od nas samych.

Liczby, liczby
364 razy więcej niż przeciętny pracownik zarabia przeciętny CEO w spółce z listy 500 największych amerykańskich przedsiębiorstw - obliczyli analitycy z Institute for Policy Studies oraz bostońskiego United for a Fair Economy. Przeciętne roczne wynagrodzenie szefa takiej firmy wynosiło w 2006 r. 10,8 mln dolarów wobec 29,5 tys. dolarów średniej płacy pracownika. Poziom tej dysproporcji nabiera rozpędu od początku lat 90.

18 miliardów funtów rocznie kosztuje brytyjską gospodarkę zjawisko znęcania się nad pracownikami - oszacowali autorzy Ban Bullying at Work Campaign.