Eldorado logistyków

Lidia Bartczak jest jedynym przedstawicielem polskiego Schenkera w Chinach. Jak mówi, zdołała już przegryźć się przez zawiłości tamtejszych uwarunkowań logistycznych.

Lidia Bartczak jest jedynym przedstawicielem polskiego Schenkera w Chinach. Jak mówi, zdołała już przegryźć się przez zawiłości tamtejszych uwarunkowań logistycznych.

Moja praca jest podobna do pracy katalizatora. W większości przypadków zadania polegają na odpowiednim ukierunkowaniu przepływu informacji i pomocy w odnalezieniu wspólnego języka pomiędzy Polakami a Chińczykami - stwierdza w rozmowie z CEO Lidia Bartczak.

Zobacz również:



W jaki sposób znalazła się Pani w Chinach? Jak udało się Pani zdobyć obecną pozycję?

- Zaczęło się oczywiście od pomysłu, aby wyjechać. Kwestią otwartą pozostawał cel wyjazdu. Zastanawiając się nad tym, doszłam do wniosku, że Chiny będą krajem, w którym przez kolejne kilkadziesiąt lat na pewno będzie zapotrzebowanie na fachowców z branży logistycznej. Dość słusznie, jak się potem potwierdziło. Zatem następnym krokiem był wybór kursu języka chińskiego w Pekinie, aby opanować podstawy języka. Patrząc z perspektywy czasu, niewiele się nauczyłam na kursie trzymiesięcznym, ale dało mi to wystarczające podstawy, aby przetrwać i nie zginąć w dżungli "krzaczków". Znalezienie pracy okazało się dość łatwe. Procentowało moje doświadczenie i międzynarodowy certyfikat spedytora. Po 4 miesiącach od przyjazdu do Państwa Środka pracowałam już w globalnej firmie logistycznej i zdobywałam swoje chińskie doświadczenie.

Pierwsze tygodnie były fascynujace. Poziom angielskiego większości kolegów w pracy był mniej więcej taki sam jak moja znajomość mandaryńskiego w tym czasie. Próby rozmów z lokalnymi klientami najczęściej kończyły się odkładaniem przez nich słuchawki, bo angielski dla nich nie istniał. Bariera językowa praktycznie uniemożliwiała samodzielną pracę. Po upływie około roku było już dużo łatwiej ze względu na wszechobecne otoczenie "chińszczyzną" i codzienną konieczność używania tego języka.

A jak doszło do tego, że została Pani pierwszym polskim przedstawicielem Schenkera w Chinach?

- W Polsce równocześnie ze studiami w Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie rozpoczęłam swoją pierwszą pracę w firmie spedycyjnej na stanowisku spedytora portowego. Po 4 latach studiów w toku indywidualnym otrzymałam dyplom magistra inżyniera i pracowałam w trzeciej z kolei firmie, tym razem zajmując się spedycją drogową. Minęły kolejne 4 lata i dwie następne firmy, i poczucie, że nadszedł czas na poważne zmiany.

Wtedy wyjechałam do Pekinu, gdzie spędziłam ponad 3,5 roku, zajmując stanowisko menedżera importu morskiego. Praca była pasjonująca - brak jakiejkolwiek przewidywalności, co wydarzy się następnego dnia. Biuro w Pekinie zajmowało się kontenerami nie tylko dla odbiorców w rejonie miasta i północnych Chin, ale również w Mongolii, Kazachstanie i Kirgistanie. W roku 2005 zaczeły się zmiany organizacyjne i przeprowadzka całego działu frachtu morskiego do nowo otwartego biura w Tianjinie. Dla mnie był to sygnał, że trzeba rozejrzeć się za pracą. Zastanawiając się nad miejscem przeprowadzki, wytypowałam 3 miasta: Singapur, Kuala Lumpur i Hongkong.

W październiku 2005 r. zdecydowałam się na przeprowadzkę z Pekinu. Naturalnym wyborem był Hongkong. To miejsce szczególne - metropolia, gdzie panują europejskie obyczaje, a jednocześnie pozostaje od dziesięciu lat Specjalnym Regionem Autonomicznym Chin.

Oddziały firmy Schenker z krajów o wieloletnich tradycjach w handlu z Chinami mają od kilku lat swoich przedstawicieli w Hongkongu, gdzie znajduje się główne biuro firmy w Chinach. Mój kontakt z biurem Schenkera w Hongkongu spotkał się z natychmiastowym odzewem. Nastąpiło to bowiem wkrótce po konferencji Schenkera w Singapurze, na której spotkali się przedstawiciele krajów Europy Wschodniej i Azji, dyskutując o planach współpracy. Reprezentanci Schenkera Polska zaprezentowali się bardzo dobrze i nasz kraj został uznany za partnera o najwyższym potencjale.

Na czym dokładnie polega Pani praca i czy w jakiś znaczący sposób Pani zadania odbiegają od tego, co zna Pani ze swojego doświadczenia?

- Moja praca jest podobna do pracy katalizatora. W większości przypadków moje zadanie polega na odpowiednim ukierunkowaniu przepływu informacji i pomocy w odnalezieniu wspólnego języka pomiędzy Polakami a Chińczykami.

Jednym z moich głównych zajęć jest opieka nad eksporterami. Firmy chińskie wysyłające towary do Polski są dla nas równie ważnymi klientami jak odbiorcy w Polsce. Od czasu mojej obecności w Hongkongu udało nam się w dużym stopniu poprawić komunikacje i nawiązać bardzo dobre relacje z lokalnymi firmami.

Europejski logistyk w Chinach

Jak zaadaptowała się Pani do chińskiej kultury? Czy warto - angażując się w pracę - odnaleźć w sobie chińską osobowość, czy może lepiej pozostać sobą?

- Nie ma spójnej kultury chińskiej jako takiej, główną przyczyną jest wielka różnorodność mniejszości narodowych zamieszkujących Państwo Środka. Praktycznie każda prowincja wyróżnia się czymś szczególnym, nie wspominając o języku lokalnym, który egzystuje na równi z putonghua, czyli dialektem mandaryńskim, narodowym językiem Chin. Trzeba zdawać sobie sprawę z tych różnic.

Myślę też, że choćby z powodu tej różnorodności nie warto się zbyt mocno integrować kulturowo. Oczywiście, pomaga znajomość obyczajów i języka, ale Chińczyków tak naprawdę ciekawi nasza cudzoziemskość. Chcą wiedzieć, jak żyje się w Polsce, co się jada, jak spędza czas wolny itp.

To podbudowa kulturowo-psychologiczna. A jak w Chinach sprawdza się wiedza logistyczna z Europy? Czy można ją przetransponować na stosunki chińskie, czy lepiej zaakceptować lokalną specyfikę?

- Jeśli chodzi o światowe firmy logistyczne, standardy europejskie mają zastosowanie w praktyce w Chinach. Konieczne jest po prostu zachowanie ogólnych standardów w ramach całej firmy. Logistyka ma wieloletnie tradycje w Europie i stąd też do Chin sprowadzone zostały sprawdzone metody. Schenker istnieje w Hongkongu ponad czterdzieści lat, a pierwsze biuro na terenie Chin kontynentalnych otworzono w 1979 r. Obecnie nasza sieć obejmuje ponad 70 biur, w których stosowane są procedury i standardy europejskie, adaptowane do lokalnych przepisów rządowych, celnych itp.

Specyfiką chińską jest instytucja agentów. Przy jednej wysyłce może być zaangażowanych kilku agentów: agent dostawcy aranżujący usługi lokalne, agent armatora zajmujący się obsługą portowa, agent spedytora, jeśli firma nie ma wymaganej licencji klasy A i nie może oferować usług lokalnych...

Zawsze się zastanawiałem, czy pracując w Chinach i na Dalekim Wschodzie, można obecnie odnaleźć romantyczny klimat z powieści Conrada? Klimat, ale i tradycje, zakorzenione obyczaje, związane z kontaktami handlowymi Zachodu i Wschodu?

- Klimat w Hongkongu jest przede wszystkim bardzo wilgotny, z wysokimi temperaturami w miesiącach letnich (śmiech). A jeśli chodzi o klimaty romantyczne, to jak najbardziej odnajdzie je w Państwie Środka, choć z coraz większym trudem. Chiny, zwłaszcza duże miasta, bardzo szybko się europeizują bądź amerykanizują. Stojąc w centrum Pekinu czy w Szanghaju, gdyby nie widok reklam i nazw ulic w języku chińskim, trudno byłoby powiedzieć, że to Azja. Dopiero podróże w głąb Chin, z dala od szlaków turystycznych i zurbanizowanych terenów na wybrzeżu, pozwalają zobaczyć, jak Państwo Środka wygląda od środka.

Obyczaje związane z dawnymi kontaktami handlowymi wydają mi się skazane na naturalną śmierć. Główna przyczyna to bariera językowa i kulturowa. Niemożliwe jest tak naprawdę zrozumienie kultury Chińczyków bez próby poznania ich języka i historii. Tymczasem osoby przyjeżdżające do Chin w interesach mają zwykle napięte terminarze spotkań i jedyną możliwością doświadczenia tradycji są posiłki, na które zapraszają ich kontrahenci. Istnieje zresztą cały ceremoniał z tym związany, ale to temat na książkę.