Miecz Damoklesa

Nad Polską - podobnie jak nad wieloma innymi krajami świata - wisi na cienkim włosku miecz. Włosek ten prędzej czy później się urwie, bo nie może dźwigać na sobie w nieskończoność ciężaru miecza. Jeśli włosek się urwie, grozi nam katastrofa. A katastrofie tej na imię: emerytury.

Nad Polską - podobnie jak nad wieloma innymi krajami świata - wisi na cienkim włosku miecz. Włosek ten prędzej czy później się urwie, bo nie może dźwigać na sobie w nieskończoność ciężaru miecza. Jeśli włosek się urwie, grozi nam katastrofa. A katastrofie tej na imię: emerytury.

Kliknij, aby powiększyćGłówny problem Polski jest niemal dokładnie taki sam, jak problem Francji, Niemiec czy Hiszpanii. Ludzie żyją coraz dłużej, a chcą pracować tak długo jak dawniej. Proszę bardzo - to się da zrobić. Problem jednak w tym, że krótko pracując, odkładają również mało środków na swoje emerytury. A że chcą z tych środków korzystać przez coraz większą liczbę lat, wysokość możliwych do sfinansowania emerytur - w relacji do płac - będzie się systematycznie obniżać.

Zobacz również:



A jeśli będziemy oszczędzać jeszcze więcej? Jeśli zwiększymy składki emerytalne? Czy to nie jest wyjściem z sytuacji? Na papierze, tak... Oszczędności, które mają tworzyć nasze przyszłe emerytury, nie da się odłożyć na kupkę i spokojnie zachować na przyszłość. Bo choć zapisy księgowe mogą sugerować coś innego, tak naprawdę nasze przyszłe emerytury będą po prostu płacone z przyszłego PKB. Będzie wypłacanych tyle emerytur, na ile kraj będzie mógł sobie pozwolić. Z punktu widzenia pojedynczej osoby, zabezpieczenie jej emerytury stanowią środki zgromadzone na koncie (i pomnażane przez fundusze emerytalne, których przedstawiciele zawsze każą nam się zastanowić nad tym, jak dużą emeryturę uzyskamy, jeśli stopa zwrotu wyniesie "zaledwie 6% rocznie") albo uprawnienia obiecane przez rząd (na podstawie przepisów emerytalnych). Jednak w przyszłości łączna wielkość emerytur wypłacanych w kraju będzie ograniczona tym, jak wielką część PKB uda się zebrać w formie podatków oraz zysków kapitałowych wypracowanych przez fundusze emerytalne. Jeśli będzie to kwota mniejsza od tej, którą sobie dziś wyliczamy, to rynek znajdzie sposób, aby ją dostosować do możliwości finansowych kraju. W przypadku funduszy emerytalnych obniżając ich długookresową stopę zwrotu (nawet do ujemnej), w przypadku świadczeń obiecanych przez rząd - zmuszając do modyfikacji przepisów, pod groźbą załamania finansów państwa.

To, że w przyszłości relacja emerytur do pensji będzie znacznie niższa niż obecnie, jest pewne. Po pierwsze, żyjemy i będziemy żyć coraz dłużej. Już teraz przechodzący na emeryturę 65-latek ma przed sobą przeciętnie o kilka lat życia dłużej niż ćwierć wieku temu. A proces wydłużania się życia będzie trwał, wraz z postępem medycyny. Po drugie, coraz mniej rodzi się dzieci. Innymi słowy, liczba osób w wieku produkcyjnym w relacji do liczby osób w wieku emerytalnym będzie w najbliższych dziesięcioleciach gwałtownie spadała. Utrzymanie na stałym poziomie relacji przeciętnych emerytur do płac wymagałoby stałego, silnego wzrostu udziału wydatków emerytalnych w PKB, kosztem udziału płac (musiałyby rosnąć albo podatki, albo zyski - w znacznej mierze służące finansowaniu wydatków funduszy emerytalnych, już obecnie największych kapitalistów kraju). Tyle, że pracujący na to nie pozwolą, zwłaszcza ci wysoko wykwalifikowani. Jeśli próbowalibyśmy wymusić na nich wzrost podatków albo wzrost zysków znacznie szybszy od wzrostu płac - po prostu uciekną do krajów, w których podatki będą niższe, a płace na rękę wyższe. Zjawisko to dziś nie jest jeszcze zbyt mocno widoczne, ale za lat 10 - 20 będzie zapewne standardem. Im mocniej będziemy usiłowali opodatkować płace, tym mniej będzie pozostawało w naszych rękach. Polska reforma emerytalna jest oczywiście dobrym pomysłem, bowiem w miejsce niemożliwych do zrealizowania obietnic dotyczących relacji emerytur do płac (takich, jakie wciąż formalnie składa np. rząd niemiecki) wprowadza mechanizm rynkowego dostosowania tej relacji do możliwości gospodarki (poprzez zmiany długookresowej stopy zwrotu oszczędności funduszy emerytalnych). Ma jednak zasadniczą wadę - jest systemem zapisanym jedynie na papierze. Przykład dali już górnicy: gdy ludziom zaczną grozić zbyt niskie emerytury, wyjdą na ulice i zmuszą rząd do dopłacenia. A dopłacać nie będzie z czego.

Jedynym prawdziwym sposobem rozwiązania problemu relatywnie spadających emerytur jest wydłużenie czasu pracy - równolegle z rosnącą długością życia. Można to osiągnąć na dwa sposoby - albo formalnie stopniowo przesuwając wiek przejścia na emeryturę (najpierw dla kobiet do równego z mężczyznami wieku 65 lat, potem dla wszystkich - zapewne do 70 lat). Albo pogodzić się z niskimi emeryturami, pozwalając firmom na oferowanie finansowych zachęt dla emerytów do pozostania w pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego. Jedno jest pewne - wcześniejsze emerytury, o których marzą setki tysięcy Polaków, są nie do utrzymania.

Autor jest profesorem Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, głównym doradcą ekonomicznym PricewaterhouseCoopers.