Kultura ma znaczenie

W epoce poprzemysłowej kultura ma o wiele większe znaczenie dla rozwoju gospodarczego niż w epoce przemysłowej. Dzisiaj o wiele bardziej premiowane są różnorodność i innowacyjność niż uniwersalizm i umiejętności.

W epoce poprzemysłowej kultura ma o wiele większe znaczenie dla rozwoju gospodarczego niż w epoce przemysłowej. Dzisiaj o wiele bardziej premiowane są różnorodność i innowacyjność niż uniwersalizm i umiejętności.

W 2004 r. Nicholas Carr włożył kij w mrowisko swoją książką "Does IT matter? Information Technology and the corrosion of Competitive Advantage" (Harvard Business School Press, Cambridge, Mass). Przesłanie książki jest następujące: ewolucja IT w biznesie przebiega wedle takiego samego wzorca, jaki występował przy wcześniejszych technologiach, np. kolei czy elektryczności. Przez krótki okres technologie infrastrukturalne, jako disruptive technologies (zerwanie ciągłości technicznej), otwierały dalekowzrocznym firmom perspektywę uzyskania przewagi komparatywnej. Ponieważ jednak ich dostępność rosła, a koszty malały, stawały się one wszędobylskie. W końcu stały się niewidzialne, przestały znaczyć. Wypływa stąd niezmiernie ważny wniosek dla dzisiejszego biznesu: innowacje w dziedzinie IT dają przejściowe przewagi wytwórcom (bo wprowadzając nowość, uzyskuje się premię), ale nie korporacyjnym użytkownikom. Komputer staje się częścią infrastruktury, "cichym i niezauważalnym agentem", który jest wszędzie i nigdzie.

Rewelacje Carra wywołały dyskusje w branży. Zwracano uwagę, że jego pogląd może być prawdziwy tylko w odniesieniu do starych technologii wkomponowanych w przemysłowe systemy zarządzania. Techniki informacyjne wkomponowane jeszcze nie są - odpowiednie modele są dopiero wypracowywane. Przewagę osiągają ci, którym się to już udało. Nie jest to jednak zasługa samych technologii a refleksyjnej struktury. Ci, którym się nie powiodło, po prostu nakładają nową infrastrukturę na starą formę. To tak jakby wylewali asfalt na miękkie podłoże, czyli budowali trawiaste autostrady. To, co funkcjonalne i racjonalne w starym, fordowsko-taylorowskim systemie ekonomicznym, nie musi być takim w nowym, sieciowym ujęciu. Tu decydują ludzie, a nie mechanizm produkcji podporządkowany schematowi organizacyjnemu.

4 lata przed książką Carra ukazał się głośny zbiór studiów pod red. L. E. Harrisona i S. P. Huntingtona pt. "Culture Matters. How Values Shape Human Progress" (wyd. polskie "Kultura ma znaczenie. Jak wartości wpływają na rozwój społeczeństw", 2003). Przesłanie tej książki jest jednoznaczne: nie wystarczy wdrożyć optymalnego zestawu wymiernych parametrów (prawo, technologia, finanse i in.), aby osiągnąć wysoki poziom rozwoju społecznego i cywilizacyjnego. Jeśli się pominie niewymierny "parametr" kulturowy, to system społeczny nie "zaskoczy". Wpływ kultury ujawnia się powoli, ale jest ewidentny. Dowodzą tego doświadczenia wielu krajów, z których jednym dzięki kulturze się powiodło, a innym nie.

Powstaje pytanie, na ile wartości przydatne dla rozwoju przemysłowego są takimi w odniesieniu do rozwoju poprzemysłowego; czy technologie informacyjne napotykają podobny opór lub akceptację różnych kultur co przemysłowe i jakie zmiany kulturowe same wywołują. Słowem, na ile empiria zgromadzona przez praktyki modernizacyjne jest wystarczająca do analizy fenomenu postmodernizacji. Tej empirii w krajach słabo nasyconych nowymi technologiami jest jeszcze niewiele. Pewne przypadki skłaniają jednak do ogólnej refleksji. Na przykład Japonia, której kultura była bardzo funkcjonalna dla budowania gospodarki przemysłowej (dyscyplina społeczna i hierarchia były przydatne w organizowaniu wielkich kolektywów pracowniczych w przedsiębiorstwach-molochach), w latach 90. przeżywała poważne problemy. Wyjaśniano je m.in. słabszą funkcjonalnością kultury japońskiej dla rozwoju, w którym nowe technologie premiują raczej indywidualną twórczość i innowacyjność niż kolektywizm, dzięki czemu wygrywają kultury innowacji, a nie perfekcji, z czym kojarzona jest kultura japońska.

Pro domo sua

Odpowiedzi na powyższe pytania są ważne dla takiego kraju jak Polska, który zmagając się z wyzwaniami transformacji systemu musi jednocześnie adaptować się do wymogów przełomu globalnego. Kluczowe pytanie brzmi: na ile musimy przejść przez cykl klasycznej modernizacji, na ile zaś ważniejszym wyzwaniem staje się postmodernizacja? Na ile kultura społeczna Polaków jest funkcjonalna dla tych nowych wymogów? Które grupy społeczne mają większe szanse na adaptację, a które znacznie mniejsze szanse na sukces? Czy kultura niefunkcjonalna dla modernizacji przemysłowej nie okaże się przydatna dla rozwoju poprzemysłowego, dla społeczeństwa wiedzy?

Polska nie uczestniczyła w procesach modernizacji wedle zachodnioeuropejskiego wzoru; etatystyczny socjalizm był eksperymentem, który się nie powiódł. Teraz też już nie przejdzie przez cykl nowoczesności, przez jaki przeszła Europa Zachodnia: państwo narodowe i nacjonalizm jako ideologia modernizacyjna, rynek narodowy, gospodarka narodowa itp. Nie będzie również mieć szans na nowoczesne w swej naturze państwo dobrobytu. Nie ma na to warunków w erze globalizacji, Internetu i integracji transnarodowej.

W epoce wczesnej czy środkowej (klasycznej) nowoczesności, żeby być ekonomicznie nowoczesnym, wystarczyło naśladować. Zdolny imitator mógł osiągnąć sukces (kupić licencję na standardowy produkt i konkurować nie tyle myślą, co ceną). Nie wszystkim się to udawało (naśladować też trzeba umieć), ale z pewnością nie trzeba było nadzwyczajnej twórczości i innowacyjności. Wystarczyło wdrożyć wielkie masy ludzi do taśmy fabrycznej. Dziś masowa produkcja standardowych, tanich dóbr nie zapewni sukcesu. Bardziej niż cena liczy się oryginalność, walory przyrodnicze i kultura zmaterializowana w produktach lub sprzedawana jako symbole. Polsce naśladownictwo już nie pomoże. Jeśli się chce tylko dobrze naśladować, to można być jedynie podwykonawcą.

Znany amerykański specjalista od zarządzania, Michael E. Porter ("Postawy, wartości, przekonania a ekonomia dobrobytu" w: Harrison L. E, Huntington S. P., Culture Matters. cyt. wyd.), który zasadniczo nie znajduje wielu argumentów na rzecz roli kultury w gospodarce, wierząc raczej w globalną konwergencję uniwersalnej kultury produktywności, przyznaje jednak, że w epoce informatycznej głównym źródłem dobrobytu społeczeństw nie jest już przewaga komparatywna, tak jak ją opisali klasycy ekonomii (tańsze surowce i produkty dzięki specjalizacji przynoszące zyski z wymiany handlowej), a przewaga konkurencyjna, w osiąganiu której kultura odgrywa liczącą się rolę. "Państwo, które pragnie wejść na średni poziom rozwoju (podkr. - KK), musi skoncentrować swe wysiłki na podwyższaniu jakości zasobów ludzkich, zwiększaniu wymagań rodzimego popytu, na rozwoju zaplecza naukowego, umacnianiu lokalnej konkurencji oraz rozwoju zaawansowanej infrastruktury informatycznej i komunikacyjnej". Aby się wspiąć na najwyższy poziom (podkr. - KK), państwo musi m.in. wykształcić potencjał twórczy, umożliwiając tym rodzimym firmom wytwarzanie unikatowych towarów i usług". I w konkluzji: "Charakterystyczne cechy kulturowe, zamiast pogrążać niektóre ludy w gospodarczym letargu, mogą stać się źródłem specjalistycznej przewagi - czynnika niezwykle istotnego z punktu widzenia dobrobytu narodów. W dobie gospodarki globalnej, kiedy wiele zasobów można bez przeszkód pozyskiwać z różnych miejsc na świecie, szczególną troską należy otaczać właśnie różnice kulturowe, dzięki którym możemy wciąż cieszyć się szeroką paletą unikatowych towarów i usług".

Nie da się ich oferować bez "wsadu kulturowego"; bez kultury można wytwarzać, ale nie można tworzyć. Coraz więcej krajów osiąga taki standard cywilizacyjny, poziom produkcji, rozwoju infrastruktury itp., że nie będzie już można dyskontować tego jako atutów rozwojowych. Wtedy będzie się liczyć coś dodatkowego - pomysł, kreatywność, specyfika. Paradoksalnie w dobie globalizacji źródła przewagi mają coraz bardziej charakter lokalny. Oznacza to, że na poziomie regionalnym i lokalnym kultura stwarza lepsze warunki adaptacji niż narody jako całości kulturowe.

Tu wracamy do pytania, które trudno rozstrzygnąć (nie wiadomo, czy w ogóle jest ono rozstrzygalne): czy jesteśmy skazani na algorytmizację, czy mamy szansę pozostać twórczy jako gatunek? Ideolodzy społeczeństwa wiedzy są optymistami, sądzą, że jesteśmy skazani na rosnącą kompetencję. W przekonaniu Petera Druckera "społeczeństwo wiedzy w nieunikniony sposób staje się bardziej konkurencyjne niż jakiekolwiek społeczeństwo znane z przeszłości. Dzieje się tak z prostego powodu: ponieważ wiedza jest powszechnie dostępna, nie ma usprawiedliwienia dla niekompetencji i nieskuteczności. Nie będzie już krajów "biednych". Będą tylko zacofane i niedouczone. To samo będzie dotyczyło poszczególnych firm i wszelkiego rodzaju organizacji. To samo będzie też prawdziwe w odniesieniu do każdego człowieka z osobna" (Drucker, Peter F. 2002. Myśli przewodnie Druckera, Wydawnictwo: MT Biznes). "Pracownicy wiedzy" są właścicielami kapitału, a instytuty badawcze i laboratoria to księstwa społeczeństwa postindustrialnego. To zmienia całą filozofię gospodarowania i zarządzania.

Twórcze grona

Teoria ekonomii już dawno opisała fenomen gron przemysłu - industrial clusters, czyli skoncentrowanego na małej przestrzeni kompleksu konkurujących ze sobą firm tej samej branży lub pokrewnych i wspomagających się nawzajem gałęzi przemysłu oraz instytucji (co-opetition - cooperation & competition). Takie kompleksy to zjawisko znane od dawna, ale w epoce high-tech wydają się nabierać jeszcze większego znaczenia. Koncentracja wielkiej liczby kooperujących i konkurujących ze sobą podmiotów bierze się stąd, że jest to forma bardziej produktywna niż ich rozproszenie utrudniające pozyskiwanie zasobów i idei z całego świata.

Powiada się, że w epoce sieci taka koncentracja nie jest już konieczna, bo sieć niszczy czas i przestrzeń, dzięki czemu mogą funkcjonować w czasie rzeczywistym global teamworks i przepływy pracy. To prawda, ale nie cała. Wytwarzanie nowych technologii i software'u także wymaga koncentracji, bowiem pozwala ona na gęstość komunikacji, w przestrzeni której rodzą się nowe idee, ludzie zarażają się pomysłami, słowem kwitnie innowacyjność. Dolina Krzemowa nie byłaby tym czym jest, gdyby była tylko wirtualną, a nie rzeczywistą przestrzenią twórczą. Najlepszy dowód, że ten model naśladowany jest w wielu krajach.

Twórcze grona są także skoncentrowane - są tam wielcy ("wieloryby") i drobni ("plankton") gracze. Ci pierwsi to globalne firmy, które mogą przeżyć tylko dzięki ławicom planktonu, ci drudzy to mikrofirmy, które karmią się innowacyjnością i projektami w nadziei, że zostaną połknięte, ale skorzystają na tym dzięki temu, że wielcy kupią od nich nowe idee. To się mieści w twórczej logice destrukcji rządzącej kapitalizmem. Choć w tym przypadku trudno mówić o destrukcji: mikrofirmy padają nie dlatego, że bankrutują, lecz dlatego, że się sprzedają i albo pracują dla "wielorybów", albo odradzają się jako nowy pokarm, "świeży plankton". To właśnie dzięki sieciowej strukturze małe zespoły kreują nowe idee.

W twórczych gronach powstaje wartość dodana, gdy twórczość (także artystyczna) spotyka się z innowacjami technologicznymi i przedsiębiorczością, tworząc wspólnie i dystrybuując nowy produkt kultury. Firmy wytwarzające zawartość muszą szybko reagować na zmiany w technologii, modach itp. Ich walory są niewidzialne i ulotne: tkwią w reputacji, umiejętnościach, markach. Operują one na rynkach niszowych, ale w skali globalnej. Rozwijają się nie tyle dzięki temu, że są większe, ile temu, że są lepsze i szybsze. Bo dziś nie tyle wielcy połykają wolnych, co szybsi - tak jak w przyrodzie. Kluczowi gracze na tym rynku są nagradzani nie tylko przypływem pieniądza, ale także tym, że zyskują na renomie i udaje im się kreować nowe style życia. Jedno, drugie i trzecie idą ze sobą w parze. Większa część kluczowej infrastruktury twórczych przedsiębiorstw jest ulokowana poza nimi. Taki profil biznesowy jest jeszcze ciągle trudny do pojęcia dla inwestorów, banków i rządów.

Produkcja zawartości pochodzi w dużej części od małych innowacyjnych firm, ale kanały dystrybucji są kontrolowane przez wielkie korporacje: Fox, AoL-Time Warner, Disney, Sony, Reuters. Z powodu tej dysproporcji skali między twórcami i dystrybutorami wytwórcy zawartości są w gorszej sytuacji, m.in. wskutek ich rozproszenia oraz słabej komunikacji i współpracy.

Dywidendy z twórczych przemysłów mogą być znaczne nie tylko w wymiarze finansowym, bezpośrednio, ale także pośrednio, długofalowo, w postaci kumulującego się kapitału kulturowego, w tym wizerunkowego. Są one bardzo zróżnicowane, dlatego jakaś wspólna strategia biznesowa nie musi im wyjść na dobre. Mogą rozkwitać dzięki co-opetition, a także temu, co się określa jako pooling (wspólna pula zasobów) oraz sieciom, gronom, koncentracji w twórczych dzielnicach i różnego rodzaju partnerstwom.

Chciałoby się powiedzieć, że rozkwitają one bez planu strategicznego, autopoietycznie. Pojęcie autopoiesis wprowadzone przez niemieckiego filozofa Niklasa Luhmana, odnosi się do samokreującego się podmiotu ludzkiego, ale w słowniku cybernetycznym Klausa Krippendorfa odniesione zostało także do organizacji. Organizacja autopoietyczna to taka, która reprodukuje się sama, jak komórka organizmu żywego, jest autonomiczna i samopodtrzymująca się, dzięki czemu generuje te same ciągi procesów, które ją ukształtowały.

To pozwala zrozumieć imperatyw refleksyjności twórczych przemysłów: rodzi się idea, ludzie to przetwarzają, nadają kształt, po wytworzeniu produktu cykl się odnawia (jak w przypadku filmu, który po sprzedaniu wywołuje echo twórcze w postaci sequeli, czy tzw. apparel industry - produkcji strojów noszonych przez Batmanów i innych bohaterów filmowych oraz mnóstwo podobnych gadżetów). Oczywiście, tę twórczość generuje rynek.

W przeciwieństwie do autopoietycznej organizacja allopoietyczna to taka, która sama się nie odtwarza. Taką organizacją jest np. fabryka samochodów z taśmą produkcyjną w systemie fordowsko-taylorowskim. Ona jest zależna - produkuje samochody, ale sama nie odtwarza urządzeń do produkcji samochodów (np. tłoczni blach).

Aby zrozumieć fenomen twórczych gron, trzeba bliżej przedstawić przemysły kultury i wiedzy, o czym w następnym artykule.

<HR>Prof. Kazimierz Krzysztofek jest wykładowcą w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.