Gospodarka od strony kuchennych drzwi

Stworzył Skandynawię, z jej kapitalizmem dobrobytu. Tam jego koncepcje wizji zmienionego społeczeństwa, przez wprowadzenie wartości moralnych, zakorzeniły się najgłębiej. Jednak dziś nikt się do niego nie przyznaje, choć był najbardziej wpływowym ekonomistą swego wieku.

Stworzył Skandynawię, z jej kapitalizmem dobrobytu. Tam jego koncepcje wizji zmienionego społeczeństwa, przez wprowadzenie wartości moralnych, zakorzeniły się najgłębiej. Jednak dziś nikt się do niego nie przyznaje, choć był najbardziej wpływowym ekonomistą swego wieku.

Problem w tym, że jego pomysły pojawiają się wszędzie, bez odwoływania się do ich autora. Elegancko o Johnie Stuarcie Millu w swej książce "Wielcy ekonomiści" Robert L. Heilbroner napisał: wyproszony przez główne wejście wchodzi kuchennymi drzwiami. Powraca przez te drzwi, gdyż polityków kusi wizja stworzenia nowego społeczeństwa przez narzucenie mu wartości moralnych (dla oponentów: nie tak całkiem moralnych).

Zobacz również:



John Stuart Mill nie został aż takim dziwakiem, na jakiego się zapowiadał. Nie wędrował w szlafroku po mieście, by kontynuować rozpoczętą w domu dyskusję, jak Adam Smith. Nie zadawał się z najbardziej niemoralnym towarzystwem, jak to dziś powiedziałoby wielu, by ożenić się z primabaleriną i wybudować dla niej teatr i obok restaurację, aby sprawdzać wpływ repertuaru na menu, jak doradca prezydentów i premierów, John Maynard Keynes.

A powinno być inaczej, powinien im co najmniej dorównać, gdyby nie popadł w stan równowagi psychicznej jako czterdziestolatek. Jako trzyletnie dziecko uczył się greki, tak wynika z jego autobiografii i ponoć nie kłamał, jak wynika ze świadectwa jemu współczesnych. Zanim skończył siedem lat, znał dialogi Platona. Rok później opanował łacinę. Jego lektury to Herodot, Ksenofont, Wergiliusz, Horacy, Owidiusz, Arystoteles, Arystofanes, Sofokles, by poprzestać na tych, którzy dziś jeszcze są jakoś kojarzeni. Gdy wgryzał się w geometrię i rachunek różniczkowy, urozmaicał sobie codzienność, pisząc historię Rzymu, historię Holandii i skróconą wersję historii powszechnej starożytności. Były też i wiersze. Przedstawiając ten okres w autobiografii, przyznawał jednak szczerze, że nigdy nie pisał w języku greckim, "nawet prozą (...), a jedynie trochę po łacinie". I tłumaczył się, że nie była to wina jego ojca, który do tego nie przywiązywałby wagi, nawet wręcz przeciwnie, tyle że Johnowi brakowało wolnego czasu.

Trudno oponować, przecież jego ojciec - James Mill - był synem wiejskiego szewca. W 1790 r. rozpoczął studia na Uniwersytecie w Edynburgu, a w 1738 r. został duchownym, tyle że bez powodzenia starał się o objęcie jakiejś prezbiteriańskiej parafii. Został więc filozofem i agnostykiem, związał się ze szkołą Benthama. Stał się utylitarystą o radykalnych poglądach. Byłoby przesadą uważać go za entuzjastę demokracji, ale twierdził, że ówczesna klasa rządząca "dba nade wszystko o interes własny" (cytując za Frederickiem Coplestonem, autorem dziewięciotomowej "Historii filozofii"). Był bliski poglądom Benthama, który domagał się wprowadzenia reformy politycznej: zniesienia monarchii i Izby Lordów, likwidacji Kościoła Anglikańskiego, wprowadzenia powszechnego prawa wyborczego i corocznie wybieranego parlamentu. Jamesowi Millowi nie przeszkodziło to w uzyskaniu intratnej posady w Kompanii Wschodnioindyjskiej. Rząd JKM nie był temu przeciwny i to był ów układ trzymający władzę, system, który nie wykluczał Jamesa Milla. Ponad pieniądze James Mill cenił jednak wiedzę. Stąd ta droga edukacji syna, doprawdy wyjątkowa. A dzięki wewnątrzkorporacyjnym wpływom ojca John Stuart Mill jako siedemnastolatek został urzędnikiem Kompanii Wschodnioindyjskiej, by zostać szefem, ze znakomitą pensją. Gdy jego najsłynniejszy oponent pośród filozofów Herbert Spencer popadł w tarapaty, nie starczało mu pieniędzy na dokończenie serii książek, J. S. Mill zaproponował mu sfinansowanie przedsięwzięcia, pisząc: "Błagam, by nie traktował Pan tej propozycji jako osobistej przysługi (...) to prosta oferta dla ważnego celu publicznego". To było w jego stylu, w stylu utylitarystów, A. Smitha, a więc liberałów. A skoro w tym akapicie o ojcu i synu, wspólne dla nich było to, że żaden z nich nie został wykładowcą akademickim (bodaj nie dostali nawet takiej propozycji).

Melancholia, ale pokonana

Gdyby J. S. Mill żył nieco później, pewnie można by go spotkać na wiedeńskich ulicach i w gabinecie Freuda. Bo gdy porzucił kanon swych lektur, pochłonęły go dzieła Goethego. Stał się romantykiem, popadł w melancholię, poznał Harriet Taylor i jak to z wdziękiem ujął R. L. Heilbroner (który nawet w zgorzkniałym charakterze Marksa potrafi odnaleźć subtelne cechy): "niestety był też pan Taylor". Przez dwadzieścia lat trwała ukrywana eksplozja uczuć, jeśli bezkrytycznie ufać "Autobiografii", eksplozja, która nawet przy wspólnych wyjazdach kończyła się wyznaniami wyjawianymi tylko w korespondencji. Gdy Mr. Taylor rozstał się z naszym nędznym światem, zostali niezwykle dobranym małżeństwem. Czterdziestolatek Mill stał się zrównoważonym, szczęśliwym dżentelmenem, piewcą stanu małżeńskiego, który w płomiennych mowach parlamentarnych bronił praw człowieka. Napisał też książki, które w jego dorobku pozostały najważniejsze, ze szczególnym miejscem dla "Zasad ekonomii politycznej". Dzieło napisał po trzydziestu latach zajmowania się tymi zagadnieniami (zaczął, mając lat trzynaście).

O ironio historii, stało się to w 1848 r. To wtedy też ukazał się "Kapitał" Karola Marksa, który wówczas nie spotkał się z takim zainteresowaniem jak "Zasady ekonomii politycznej", których ekskluzywna dwutomowa edycja miała siedem wydań za życia Milla. Jedno wydanie w wersji taniej, by udostępnić je pracownikom najemnym, zostało sfinansowane przez autora. Za spisane przemyślenia atakowany był z lewa i z prawa, bywało, że dopisywano go do listy utopijnych socjalistów albo nawet lokowano go jeszcze bardziej po lewej stronie. Jednak o ideach z obszaru marksowskiego "Kapitału" pisał: "Jeśli (...) miałoby się wybierać między komunizmem z całym jego ryzykiem a obecnym stanem społeczeństwa ze wszystkimi jego cierpieniami i niesprawiedliwościami; jeśliby instytucja prywatnej własności z konieczności prowadziła do takiego podziału efektów pracy, jak widzimy obecnie, niemal odwrotnie proporcjonalnie do jej nakładów - gdy największa część przypada tym, którzy nigdy nie pracowali, następna tym, których praca ma charakter jedynie symboliczny i tak dalej w malejącej skali, tak, że wynagrodzenie maleje w miarę narastania uciążliwości i trudów pracy, aż dochodzi do tego, że najbardziej męcząca i wyczerpująca praca mięśni nie zapewnia zarobków, wystarczających nawet na rzeczy niezbędne do życia; jeśli alternatywą jest to albo komunizm, to wszystkie efekty komunizmu, wielkie czy małe, byłyby w gruncie rzeczy drobiazgiem" (cytat za R. L. Heilbronerem).