Going private

Liczba wycofywanych spółek z giełdy i kierowanie ich w ręce wąskiego grona inwestorów stanowi naturalne zjawisko w następstwie bogactwa ofert publicznych.

Liczba wycofywanych spółek z giełdy i kierowanie ich w ręce wąskiego grona inwestorów stanowi naturalne zjawisko w następstwie bogactwa ofert publicznych.

Klasyczne going public i wejście spółki na giełdę samo w sobie nie rozwiązuje żadnego jej problemu, choć pozwala spokojniej myśleć o finansowaniu przyszłości. Pod warunkiem jednak, że przyszłość ta zostanie jasno zdefiniowana w strategii firmy, a inwestorzy zostaną przekonani o jej racjonalności. Kiedy spółka będzie już publiczna, łatwiej i taniej pozyska niezbędny kapitał, czyniąc go bardziej mobilnym. Do tego stopnia, że kiedy przyjdzie pora, akcje można będzie upłynnić, a problemy pozostawić nowym właścicielom.

Zobacz również:



Prawdziwy kłopot ze spółką publiczną może pojawić się jednak wtedy, kiedy jej niska wycena lub płynność akcji zaczynają przeszkadzać w finansowaniu działalności. Tak zakończył swoją giełdową historię Tonsil, notowany od początku lat 90., choć przykładów jest o wiele więcej. Kiepska cena akcji, słaby obrót na giełdzie nie pozwolą bowiem uplasować nowej emisji na rynku i efektywnie pozyskać potrzebnego kapitału. Zaczynamy się wręcz zastanawiać, po co się na ów rynek wybieraliśmy, skoro koszty wejścia niebagatelne, a pożytku nie widać. Wtedy going private i wycofanie spółki z giełdy zaczyna nabierać racjonalnych podstaw, rzecz w tym, by znaleźć jeszcze tego, kto za to zapłaci. I bynajmniej nie musi tu chodzić o skrajne sytuacje, kiedy spółkę należy wycofać z giełdy, bo nie spełnia jej wymagań bądź obowiązków. To tylko okoliczności formalne. Biznesowo potrzeba jej kapitału i restrukturyzacji. A że w sytuacji spółki trudno liczyć kapitał z giełdy, dalsze jej tam utrzymywanie przestaje mieć sens.

Odmiennym przypadkiem, kiedy z racjonalnych powodów dochodzi do wycofania spółki z giełdy, jest jej przejecie przez strategicznego inwestora. Przykładów z warszawskiego parkietu jest wiele, wspomnijmy parę głośniejszych: EFL, Polfa Kutno, Okocim, Exbud czy LG Petro. Gdy akwizycji kapitałowej dokonuje inwestor pragnący włączyć przejmowaną spółkę w układ swoich interesów. A że często jest nim spółka o znacznych zasobach kapitałowych, notowana na którejś z głównych giełd świata, bez praktycznych ograniczeń finansowania rozwoju - dalsze notowanie przejętej spółki na giełdzie traci rację bytu. Bo też ani dzielenie się własnością dla zmniejszenia swojego zaangażowania inwestycyjnego, ani pozyskanie nowego kapitału w kolejnej ofercie akcji na lokalnym rynku nie jest takiemu inwestorowi potrzebne. Wszak dostęp do kapitału przejmujący już ma, a dalsze utrzymywanie drobnych - z jego punktu widzenia - udziałów innych inwestorów bynajmniej mu nie pomoże. Wręcz przeciwnie, może podrażać koszt kapitału i utrudniać prowadzenie interesów. Poza tym efektywna integracja z firmą, która dokonała przejęcia, będzie łatwiejsza poza giełdą. Odpadną koszty funkcjonowania spółki na lokalnym rynku regulowanym, problem, jak rozliczyć efekt synergii wspólnie działających spółek, przestanie być tak drażliwy, optymalizacja wartości kreowanej dla akcjonariusza powędruje na nieco wyższy poziom, a zarządzanie będzie napotykać mniej barier formalnych.

Sama technologia wycofania spółki z giełdy - konieczność uprzedniego wezwania do sprzedaży pozostałych akcji w spółce po określonej cenie, wynikająca z wymagań prawnych - nie jest tu najważniejsza, choć istotnie wpływa na koszt całej operacji. To jedynie narzędzie, sposób regulacji ruchu na tej dwukierunkowej drodze, jaką płynie kapitał "do publiczności" i z powrotem. Ma chronić prawa mniejszościowych akcjonariuszy przed skutkami przejęcia kapitałowego bądź decyzją o wycofaniu spółki z giełdy, na które oni sami nie mają w istocie wpływu. Sam ruch w obu kierunkach jest czymś zupełnie oczywistym, a liczba wycofywanych spółek z giełdy i kierowanie ich z powrotem w prywatne ręce wąskiego grona inwestorów stanowi wręcz naturalne zjawisko w następstwie bogactwa ofert publicznych, z jakim mamy ostatnio do czynienia. W dwóch ostatnich latach więcej nowych ofert publicznych pojawiło się na warszawskim parkiecie, niż wyniosła liczba firm wycofanych z obrotu giełdowego, co odwraca wcześniejszą niekorzystną tendencję, jaka zarysowała się wraz z załamaniem indeksów giełdowych po 2000 r.

Autor jest wykładowcą Warsaw Illinois Executive MBA University of Illinois i Uniwersytetu Warszawskiego oraz pracownikiem naukowym WSPiZ im. L. Koźmińskiego.