Ten straszny JMK

W Cambridge zbudował teatr. Po dwóch latach, gdy teatr zaczął przynosić zyski, otworzył obok restaurację. Sprawdzał, sporządzając wykresy, jak repertuar przekłada się na konsumpcję, gdy jego żona Lydia Keynes wzbudzała zachwyt jako primabalerina. Teatr zbierał świetne recenzje za wystawianie Szekspira.

W Cambridge zbudował teatr. Po dwóch latach, gdy teatr zaczął przynosić zyski, otworzył obok restaurację. Sprawdzał, sporządzając wykresy, jak repertuar przekłada się na konsumpcję, gdy jego żona Lydia Keynes wzbudzała zachwyt jako primabalerina. Teatr zbierał świetne recenzje za wystawianie Szekspira.

Swym stylem bycia różnił się od wszystkich wielkich ekonomistów. Nic w nim nie było ze zgorzkniałego Karola Marksa. Nie wychodził jak roztargniony Adam Smith w szlafroku na ulicę. Po zdobyciu stypendium w ekskluzywnej szkole średniej w Eton sukcesy w nauce łączył z zamiłowaniem do szampana. Po latach, po zawale, pytany o to, czego najbardziej żałuje, odpowiedział z pogodną zadumą, że tego, iż za mało szampana wypił w życiu.

Zobacz również:



W połowie XX wieku wpływ jego ekonomicznych koncepcji na gospodarki wielu państw był olbrzymi. Jednak po szczęśliwym upadku koncepcji Marksa stał się dla wielu najbardziej znienawidzonym ekonomistą. Zwłaszcza że jego pomysły są ciągle w jakimś stopniu wykorzystywane, choć lata 70. i kolejne przyniosły powrót do Adama Smitha, były bardziej czasami neoliberalizmu. W niedawno wydanej książce jej współautor (Murray Rothbard) określił go jako "człowieka nadzwyczaj złośliwego i groźnego (czarującego, ale żądnego władzy etatystę, Machiavellego, który uosabiał niektóre spośród najbardziej złowrogich trendów i instytucji XX wieku".

Anegdoty o nim są barwne, za to książki, które napisał - nużące. Przyjaźnił się z Bertrandem Russellem, wpływowym filozofem. Dlatego napisał "Traktat o prawdopodobieństwie", odnoszący się do zdefiniowanych przez Russela pięciu zasad (przesłanek) wnioskowania naukowego, dotyczących niededukcyjnego wnioskowania. Postulat analogii: Jeśli obserwując dwie klasy zdarzeń, A i B, ma się powód, by sądzić, że A wywołuje przyczynowo B, to jeśli w danym przypadku występuje A, lecz nie możemy zaobserwować, czy występuje, czy nie występuje B, jest prawdopodobne, że B występuje. Podobnie, jeśli obserwuje się występowanie B, zaś występowania A nie można obserwować, jest prawdopodobne, że A występowało. Według Russela - cytując za "Historią filozofii" Fredericka Coplestona (tom VIII) - ważną rolą tego postulatu jest uzasadnienie przekonania o istnieniu innych umysłów. Oczywiście, uproszczenie.

Pod prąd współczesności

Bywają uproszczenia, które prowadzą na manowce. Takie są konsekwencje bodaj najczęściej przytaczanej sentencji Johna Maynarda Keynesa: "money does not matter". Tylko wyrwanie jej z kontekstu pozwala brać na serio wyobrażenie, że JMK uważał, iż ilość pieniądza na rynku nie ma znaczenia, choć rzeczywiście keynsistów i monetarystów dzieli wiele. Natomiast B. Russel o książce Keynesa napisał: "nie można się jej dość nachwalić".

Pieniądzem Keynes potrafił posługiwać się doskonale. Po sukcesach w Eton nastał czas jego triumfów w King's College Cambridge. Gdy został kwestorem w tej uczelni, powiększył jej fundusze z 30 tys. do 380 tys. funtów. Inwestował też własne oszczędności, zdobył majątek wart 2 mln dolarów (były to lata 20., realna wartość dolara wówczas była kilkakrotnie wyższa niż obecnie). Na analizę sytuacji na Wall Street przeznaczał pół godziny dziennie. "Rano, leżąc jeszcze w łóżku, czytał swoje informacje finansowe, podejmował decyzje, telefonicznie wydawał zlecenia i tyle; resztę dnia mógł poświęcić sprawom ważniejszym, na przykład teorii ekonomii" - pisze o nim Robert L. Heilbroner w książce "Wielcy ekonomiści. Czasy, życie, idee". Pośród jego rozlicznych, ulubionych zajęć przez 33 lata było redagowanie Economic Journal, najbardziej wpływowego czasopisma ekonomicznego w Wielkiej Brytanii.

Kolejna z jego książek byłaby pewnie zbagatelizowanym szybko przejawem myślenia pod prąd, gdyby nie to, że w 1919 r. bardzo już liczono się z poglądami 36-letniego JMK. Opublikował "Ekonomiczne skutki pokoju". To był jego sprzeciw wobec rozstrzygnięć Traktatu Wersalskiego. Keynes pojechał na konferencję pokojową do Paryża jako zastępca Kanclerza Skarbu, z dużymi uprawnieniami, dającymi mu jednak miejsce w drugim szeregu. Po traumie I wojny światowej zapisy traktatu postrzegane były raczej powszechnie jako triumf wolności, równości, niepodległości. JMK płynął pod prąd. Uważał, że konferencja zagubiła się w nurcie rewanżu na pokonanych, była "załatwianiem politycznych porachunków". Niejako była w klasyce rozstrzygnięć z poprzednich wieków. Ignorowała potrzebę szybkiego, gospodarczego rozwoju Europy. Niemcy miały zapłacić reparacje. Wielkość odszkodowań była dla Keynesa nierealna, stanowiła impuls do odrodzenia się niemieckiego totalitaryzmu. Podał się do dymisji na trzy tygodnie przed podpisaniem traktatu. Przygotowywał już swą książkę, pisał: "Niezwykłe było to, że fundamentalne zagadnienia głodującej i rozpadającej się na ich oczach Europy było jedyną sprawą, która nie była w stanie wzbudzić zainteresowania Czterech" (chodzi o zwycięskie mocarstwa w I wojnie światowej - przyp. red.). Była to bodaj jedyna, błyskotliwie napisana przezeń książka, zyskała dużą popularność.

Zdestabilizował wyobrażenie o świecie, o jego rozwoju gospodarczym książką, która zjednała mu największych zwolenników i wrogów. To była "Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza". W nowoczesnym świecie dominowała klasyczna ekonomia. JMK nie szukał pomysłu na nowy "Kapitał", by przebić Marksa. On jedynie znalazł najsłabsze strony klasycznej ekonomii, bez wątpienia naruszył fundamenty najbardziej optymistycznego spojrzenia na gospodarczą przyszłość, sformułowane dużo wcześniej, bo przez Adama Smitha.

W klasycznej ekonomii, wedle założeń, które dominowały, zanim Keynes opublikował "Ogólną teorię zatrudnienia, procentu i pieniądza", przyjmowano, że popyt i podaż automatycznie regulują całkowity popyt. Samoregulacja poziomu płac i cen miała gwarantować stałą równowagę pomiędzy pełnym zatrudnieniem i całkowitym popytem. Mechanizm ten miał zapewniać powroty do zdrowej równowagi. Nadmiar produkcji powinien być zachowywany na przyszłość lub spożytkowany na nowe inwestycje. Wprawdzie nie były już to czasy pełnej wiary w konieczność akumulacji, bo przedsiębiorstwo, które nie akumuluje, przegrywa wolnorynkową konkurencję, jak to optymistycznie zakładał w "Bogactwie narodów" A. Smith, znano bardziej sceptyczne zapatrywania na rynek pastora Thomasa Roberta Malthusa i jeszcze bardziej pesymistyczne Davida Ricardo (który w 1815 r. napisał, że interesy posiadaczy ziemskich zawsze były i pozostaną w sprzeczności z interesami wszystkich pozostałych klas społecznych), to jednak nadal przyjmowano, iż system stóp procentowych funkcjonuje jako koszt pieniądza. Jest mechanizmem automatycznie regulującym optymalne proporcje pomiędzy spożyciem a dążeniem do oszczędzania i inwestowania.

Dominował liberalizm z modyfikacjami. Nierównowaga na rynku pracy uznawana była za skutek zbyt dużej liczby chybionych inwestycji. Te wprawdzie dają zatrudnienie, są propopytowym impulsem, ale nie tworzą właściwej podaży. Wówczas pojawia się nadmiar pieniędzy. Powoduje sztuczny popyt i wtedy trzeba obniżać płace oraz zamykać nierentowne firmy. Nie zakładano już jednak nieustannego rozwoju gospodarczego (Adam Smith pewnie twierdziłby, że z powodu nadmiaru obuwia powstanie niedosyt rękawiczek, zwolnieni pracownicy zostaną zatrudnieni przez rękawiczników), zalecana terapia polegała na podrażaniu kosztów inwestycji przez wzrost bankowych stóp procentowych, aż do odzyskania równowagi.

Oczekiwania na powrót równowagi były ponawiającymi się czasami rozczarowania, trwały one zbyt długo i cykl ten słabo poddawał się próbie ujęcia w regułę. Jakże naiwne wydaje się dziś, że jeszcze w XIX wieku William Stanley Jevons cykle te uzasadniał plamami na słońcu. Ich cykliczność określano na 10,45 lat. Cykle koniunkturalne w okresie 1721-1878 wynosiły 10,46 lat. Teoria ta została podważona poprzez to, że... precyzyjniej obliczono, co ile lat wzrasta liczba plam na słońcu.

Jednak żadna poważna teoria nie znajdowała odpowiedzi na zdarzenia, którym ze swych domowych okien mógł się przypatrywać JMK. Lata 20. Zaczęły się spełnianiem marzeń. W USA każdy, kto miał nadwyżkę, mógł inwestować, błyskawicznie zwielokratniał swe bogactwo. W gospodarce rynkowej nie zdarzyło się nic podobnego wcześniej (i później). W 1929 r. rynek się załamał. W ciągu roku budownictwo mieszkaniowe zmniejszyło się o 95%. 85 tysięcy przedsiębiorstw ogłosiło niewypłacalność. Fundusz płac zmalał o 40%, a dywidendy o 56%. Przeciętne wynagrodzenie wkrótce było niższe o 60%. Dochód narodowy zmalał z 87 do 75 mld USD. W 1931 - do 59 mld, a kolejny rok okazał się jeszcze gorszy - 42 mld USD. Podążając za opowieścią Roberta L. Heilbronera ("Wielcy ekonomiści..."), ponury dowcip z tamtych czasów: portier dobrego hotelu pytał przybywających gości, czy przybywają po to, aby przenocować, czy żeby wyskoczyć przez okno i proponował darmowo rewolwer. W 1933 r. dochód narodowy USA zmalał do 39 mld USD, a bezrobocie wzrosło do 14 mln osób. Nawet "Traktat o pieniądzu" autorstwa JMK zawodził: zakładał istnienie huśtawki oszczędności i inwestycji. Gospodarka USA sprawiała wrażenie zdechłego przedsięwzięcia, pozostawała w stanie trwałego kryzysu, a nie powinna. Huśtawka nie powinna pozostawać w stanie skrajnego wychylenia. W czasach Wielkiego Kryzysu obniżano stopy procentowe i nic się nie zmieniało na lepsze.