Tyle zysku, ile ryzyka

Relacja ta ewoluuje w czasie, co więcej, w krótkim i długim okresie wielkości te mogą podlegać rozbieżnym fluktuacjom.

Relacja ta ewoluuje w czasie, co więcej, w krótkim i długim okresie wielkości te mogą podlegać rozbieżnym fluktuacjom.

Kreowanie wartości spółki to nie gra w kasynie. Tam proste reguły gry, jeśli nawet ubrano je w wyrafinowaną strategię, owocują zwielokrotnieniem lub utratą postawionego kapitału. Jeśli nie od razu, to po pewnym czasie. Rezultat jest niejako wpisany w kalendarz, a swoiste balansowanie na krawędzi wielokrotnych zysków bądź utraty angażowanego kapitału w niczym nie przypomina sytuacji typowej dla działalności gospodarczej, gdzie podejmowane ryzyko nie musi mieć wyłącznie losowego charakteru. Z drugiej strony "zysk bez ryzyka" zdarza się w modelowym świecie teorii finansowych, czasem w reklamie, ale rzadko w normalnym życiu. Niewiele zarabia ten, kto nie podejmuje ryzyka, natomiast akceptacja jego wysokiego poziomu wymaga rekompensaty, którą zwykle stanowi odpowiednio duży zarobek w stosunku do inwestowanego kapitału. Problem jednak w tym, jak owa relacja zysku do ryzyka powinna wyglądać, jak ją mierzyć, co uznać za normę, a co za wynaturzenie.

Zobacz również:



Pięknej ilustracji w tym względzie dostarczył ostatnio Próchnik notowany na warszawskim parkiecie. Prowadząc spekulacje na kontraktach terminowych na WIG-20, wprawił w osłupienie niemałą część uczestników rynku. Wprawdzie operacja finansowa jak inne, ale ryzyko bardzo wysokie. W tym kontekście nabycie 300 kontraktów terminowych może robić wrażenie. Nie przesądza jednak o skali ryzyka podejmowanego przez inwestora! To zależy również od tego, co zrobił z resztą kapitału. A bez znajomości wszystkich inwestycji i ich wzajemnych proporcji nie sposób powiedzieć nic rozsądnego o łącznym ryzyku inwestora.

Mieczysław GrudzińskiMieczysław GrudzińskiNie twierdzę, że tak akurat było w przypadku Próchnika, ale spośród wielu możliwych sytuacji rozważmy dwie modelowe, które pomogą nam w zrozumieniu szerszego problemu. Jeśli założyć, że inwestor większość swoich środków lokuje w futures na WIG-20, to mamy do czynienia z sytuacją jak z kasyna, zakładając oczywiście losowy charakter zdarzeń. Postawiona kwota na kontrakty terminowe wielokrotnie pomnaża się bądź topnieje w oczach w rezultacie zmian na rynku akcji. Lokując większość środków quasi-bezpiecznie, a tylko małą ich część (rzędu kilku procent) angażując w owe futures - mamy dużą szansę powielić efekt zbliżony do inwestycji w portfel największych i najbardziej płynnych spółek o strukturze indeksu WIG-20. I próżno by oczekiwać, że efekt ten nie wpłynie na zysk i wartość spółki, która dokonała takiej inwestycji.

Wypada zapytać, jakiego ryzyka i jakiego zwrotu na kapitale oczekują akcjonariusze spółki odzieżowej? Gdyby chcieli pograć w gry losowe, pewnie udaliby się do kasyna bądź punktu lotto. Gdyby chcieli zdywersyfikować swoje inwestycje, kupiliby reprezentatywny zestaw akcji, np. z WIG-20, albo syntetycznie zbudowali podobny efekt, nabywając w odpowiedniej proporcji obligacje skarbowe i futures. Skoro zaś zdecydowali się na inwestycję Próchnika, to pewnie nie o to im chodziło. Teoretycznie mieli prawo oczekiwać zupełnie innego ryzyka podejmowanych operacji gospodarczych - mniej lub bardziej, ale jednak typowych dla przedmiotu działania tej firmy - i spodziewać się odpowiedniej skali zwrotu z dokonanej inwestycji.

Godząc się na paradygmat "tyle zysku, ile ryzyka", zauważamy, że relacja ta ewoluuje w czasie, co więcej, w krótkim i długim okresie wielkości te mogą podlegać rozbieżnym fluktuacjom. Stąd niełatwo określić benchmark dla spółki, a kształtowanie tych relacji stanowi prawdziwe wyzwanie dla jej władz. To zaś, czy budują one ową relację w sposób zadowalający, podlega ocenie nie tylko jej własnych akcjonariuszy, ale wszystkich uczestników gry rynkowej, również i tych, którzy dokonują analiz porównawczych bądź potencjalnie zainteresowanych inwestycją. Kreowanie wartości spółki to w istocie kształtowanie najlepszych relacji między ryzykiem a zwrotem z kapitału i permanentne odnoszenie tego do sytuacji na rynku kapitałowym. Bez gruntownej wiedzy w tym zakresie ocena i podejmowanie decyzji inwestycyjnych przypomina grę w trzy karty na bazarze.

Autor jest wykładowcą Warsaw Illinois Executive MBA University Of Illinois i Uniwersytetu Warszawskiego oraz pracownikiem naukowym WSPiZ im. L. Koźmińskiego