Kryzysy walutowe

W różnych krajach scenariusze thrillerów gospodarczych zaczynają się podobnie. Do gwałtownej ucieczki rzucają się krótkoterminowi inwestorzy. W ślad za nimi, ulegając instynktowi stadnemu, podążają inni przedsiębiorcy, którzy pośpiesznie wycofują swe pieniądze. Ucieczka inwestorów to dopiero początek dramatu. Szybko zmniejszają się rezerwy walutowe. Broniący kursu bank centralny staje się bezradny.

W różnych krajach scenariusze thrillerów gospodarczych zaczynają się podobnie. Do gwałtownej ucieczki rzucają się krótkoterminowi inwestorzy. W ślad za nimi, ulegając instynktowi stadnemu, podążają inni przedsiębiorcy, którzy pośpiesznie wycofują swe pieniądze. Ucieczka inwestorów to dopiero początek dramatu. Szybko zmniejszają się rezerwy walutowe. Broniący kursu bank centralny staje się bezradny.

Spadają ceny akcji i nieruchomości. Banki komercyjne sięgają po typową metodę samoobrony: wysokie stopy procentowe. Druga sekwencja thrillera: kryzys systemu bankowego. Teraz drobni ciułacze w panice wycofują oszczędności z banków (jak na początku sierpnia 2002 r. w Urugwaju). Pojawia się recesja. Spada produkcja, gwałtownie maleją zarobki. Inflacja dobija się do drzwi każdego domu, gdzie sięgnięto po kredyty, koszty ich spłaty rosną każdego dnia.

Zobacz również:



Sejsmiczny wybuch grozi Polsce, gdy wprowadzać będziemy euro.

Gospodarcze upadki tygrysów

Kryzys walutowy jest jak wybuch wulkanu. Takiego porównania używa prof. Andrzej Sławiński z SGH, współautor książki (o takim samym tytule, jak tytuł tego artykułu) poświęconej tematyce makroekonomicznej, jakże ciekawej, bo opisującej najbardziej spektakularne gospodarcze porażki różnych państw, a obecnie członek Rady Polityki Pieniężnej: "Można obserwować zwiastuny niebezpieczeństwa, ale nie sposób przewidzieć, kiedy i czy w ogóle wybuch nastąpi".

Wiadomo, że szczególnie podatne na zagrożenia, a zarazem trudne do obrony są rynki krajów wschodzących. To, że tygrysy mają siłę dachowego kota, okazało się w latach 90. Bank centralny Tajlandii chwalił się wysokimi rezerwami. Jednak w lipcu 1997 r. inwestorzy dowiedzieli się, że dolary sprzedano w transakcjach terminowych. Cóż z tego, że nadal były w sejfach narodowego banku. Kapitał rzucił się do ucieczki, dolarowe rezerwy spadły gwałtownie i już nie było czym bronić tamtejszej waluty (baha).

Meksykański tygrys zbagatelizował potrzebę zwiększania rezerw walutowych, gdy rósł deficyt budżetowy finansowany przez zaciągane za granicą długi. Gdy rząd miał wykupić wyemitowane (denominowane w dolarach) bony skarbowe o wartości 30 mld dolarów, okazało się, że jego rezerwy dewizowe to jedynie 10 mld dol. Rząd potrafił to ukrywać przed obywatelami, ale inwestorzy odzyskali czujność. Doszło do dewaluacji peso o 40 proc. Ceną był gospodarczy chaos.

Pierwszy thriller argentyński zaczął się w 1995 r. Zredukowany do roli izby walutowej (system stałego powiązania waluty lokalnej z inną silną walutą) bank centralny nie mógł udzielać kredytów refinansowych, i to kiedy takie pożyczki były najbardziej potrzebne bankom komercyjnym. Odpływał kapitał zagraniczny, malały płynne rezerwy banków, rosły stopy procentowe. Właśnie brak ryzyka kursowego powoduje gwałtowne reakcje inwestorów na choćby niewielkie zmiany notowań różnych papierów wartościowych - na co w swych publikacjach zwracał kilkakrotnie uwagę prof. Karol Lutkowski z SGH (b. minister finansów). Zwłaszcza w krajach, gdzie jest recesja i duże bezrobocie.

Argentyńskie porażki dowiodły, że jak się psuje gospodarkę, to przed skutkami tego nie sposób uciec. Nie pomagają manewry polegające na obniżaniu rynkowego znaczenia rodzimej waluty. Masowy odpływ kapitału z krajów Ameryki Łacińskiej (zwany wówczas efektem tequili), szczególnie silny we wspominanym kraju ze względu na jednostronną dolaryzację, spowodował, że bank centralny Argentyny stracił 5 mld dol.

Ostatnimi laty thrillery o podobnym scenariuszu dotknęły Brazylię, Koreę Południową, Rosję. Także i Czechy, choć ten przykład przywoływany jest niewspółmiernie rzadko w porównaniu z przestrogami zeń wynikającymi. Wszak dotyczył kraju Europy Środkowo-Wschodniej, gdy zaawansowany był w transformacji z gospodarki utopijnej (komunistycznej) do kapitalistycznej. Przed rynkowymi rozwiązaniami zbyt długo chroniono przedsiębiorstwa, opóźniono ich prywatyzację, która w końcu została zdominowana przez wariant "kuponowki". Ta popularna idea fix w Polsce zrealizowana została w o wiele skromniejszym wymiarze, jakim był program powszechnej prywatyzacji, który też miał mroczne zakończenie, charakterystyczne dla tego rodzaju twórczości. Nie wynikały z niej tak silne implikacje jak w Czechach. W Czechach kryzys walutowy miał swe podłoże w problemach mikro, kłopoty skali makro tylko go nasiliły, a zwłaszcza deficyt w obrotach bieżących. Od maja 1997 r. przez pięć kolejnych kwartałów spadał PKB, zwiększyło się bezrobocie, a czeski bank centralny stracił 4 mld dol. na minimalizowanie skutków wcześniejszych błędów mikro i makro.

Thrillery w polskiej wersji

Takie thrillery jak kryzysy walutowe nie były dotąd specjalnością naszych reżyserów, zasiadających w parlamencie i ministerialnych gabinetach. A jednak po 1995 r. zdarzenia układały się już w nielubiany przez inwestorów scenariusz. Szybko pogarszał się bilans obrotów bieżących. Nadwyżka 5 mld dolarów zamieniła się w deficyt - 12 mld dol. w 1999 r. W latach 1996-97 imponująco rósł PKB, a akcja kredytowa banków zwiększała się w tempie nawet ponad 40 proc. średniorocznie. Popyt nie mógł być zaspokojony przez krajowy rynek (dotyczyło to szczególnie popytu inwestycyjnego), stąd też rósł import i deficyt bilansu handlowego. "Byliśmy już na ścieżce kryzysu walutowego, ale sytuację uratował następca Grzegorza Kołodki - Marek Belka, który jako minister finansów zaostrzył politykę fiskalną, tnąc rządowe wydatki" - mówił prof. Sławiński (rozmawialiśmy, zanim został członkiem RPP). Po wybuchu kryzysu walutowego w Czechach w maju 1997 r. profilaktycznie zareagował NBP: w lipcu znacznie podwyższył stopy procentowe, tempo akcji kredytowej wyraźnie zmalało. Inwestorzy zmiany te ocenili pozytywnie.

Gdy kolejnym ministrem finansów został (ponownie) Leszek Balcerowicz, podczas konferencji prasowej czterech niezależnych instytutów prezes IBnGR Jan Szomburg powiedział, że polska gospodarka przypomina rozpędzoną lokomotywę, dla której nie wybudowano jeszcze torowiska. Ta wypowiedź stała się symbolem schładzania gospodarki. Z negatywnym kontekstem.

Niebezpieczna jest rozpędzona lokomotywa, gdy kończą się tory. Dlatego gospodarkę schładzali Marek Belka, Leszek Balcerowicz, także Hanna Gronkiewicz-Waltz (wówczas prezes NBP). Żaden z ministrów finansów nie przekroczył granicy rozsądku, mieliśmy szczęście w wyborze właśnie tych ministrów. Uniknęliśmy kryzysu walutowego, takiego jak w Czechach czy na Węgrzech, gdzie na kilka lat spadły nawet wynagrodzenia realne w gospodarce. Nie powieliliśmy też schematów z Azji, gdzie władze monetarne upojone wcześniejszymi sukcesami nie reagowały na czas, choć zagrożenia nawarstwiały się.

Wybuchom sejsmicznym przeciwdziałała wymienialność złotego, do której dochodziliśmy przez kilka lat. Przyniosła wiele korzyści. Umożliwiała dostosowanie się kursu do zmian w bilansie płatniczym, co jest szczególnie istotne, gdy są to zmiany na gorsze.

Zyskaliśmy zaufanie - ten sukces dostrzeżono. Gdy Jarosław Bauc zastąpił Balcerowicza i ogłosił, że w budżecie państwa brakować może nie 17, ale 90 mld zł, rynek zareagował spokojnie, nie doszło do wielotygodniowego, dużego osłabienia złotego. Do końca 2001 r. ceny obligacji rządowych wędrowały w górę (nawet przed wyborami parlamentarnymi, gdy szybowały notowania nie tylko SLD, ale też Samoobrony). A Marek Belka, gdy ponownie został ministrem finansów, zapewnił lepsze wykonanie budżetu, niż spodziewało się wielu analityków.

Grono tygrysów gospodarczych lat 90. było już bardzo przerzedzone. Dzisiaj Belka jest premierem, Balcerowicz prezesem banku centralnego i nadal jesteśmy wśród tygrysów, jednak ze zbyt wysokim długiem publicznym.