Poławiacze pereł

Strategie debiutu na giełdzie wyznacza to, do jakiej grupy odbiorców kierowana jest oferta. Stąd też tak duże różnice w kosztach kapitału. Rozmowa z prezesem i współwłaścielem Internetowego Domu Maklerskiego SA, spółki, która w lipcu zadebiutowała na giełdzie. W 2004 r. IDMSA.PL miał 5,6 mln zł zysku netto. Dwaj najwięksi akcjonariusze to Grzegorz Leszczyński i Ryszard Abratyński (wiceprezes spółki).

Strategie debiutu na giełdzie wyznacza to, do jakiej grupy odbiorców kierowana jest oferta. Stąd też tak duże różnice w kosztach kapitału. Rozmowa z prezesem i współwłaścielem Internetowego Domu Maklerskiego SA, spółki, która w lipcu zadebiutowała na giełdzie. W 2004 r. IDMSA.PL miał 5,6 mln zł zysku netto. Dwaj najwięksi akcjonariusze to Grzegorz Leszczyński i Ryszard Abratyński (wiceprezes spółki).

Czy miał Pan dylemat: debiutować na polskiej czy jakiejś innej giełdzie, zwłaszcza na londyńskim parkiecie dla małych spółek?

Zobacz również:



- Rozmawialiśmy z kilkoma polskimi spółkami, które mają za sobą takie doświadczenia, a także z firmami doradczymi. Koszty wejścia byłyby znacznie wyższe, przekraczałyby 10 proc. wartości emisji, zważywszy tylko na koszty doradztwa, zwłaszcza prawnego, także biegłych rewidentów czy tłumaczy przysięgłych. W porównaniu z tym drugorzędna staje się kwestia opłat za debiut na rzecz samej giełdy. Musielibyśmy przeprowadzić kilkakrotnie większą emisję, aby to miało sens. Szacować można, że powinna wynosić ponad 10 mln euro.

Weszły niedawno nowe regulacje, z nowym prospektem można już zadebiutować na giełdach UE. Koszty debiutu stają się więc niższe.

Grzegorz LeszczyńskiGrzegorz Leszczyński- Debiut będzie szybszy i tańszy, jeżeli chodzi o procedury prowadzone przez daną giełdę. Ale nie zmieni to wydatków na potrzebnych wówczas doradców zagranicznych, wprowadzających na parkiet. Nie jest to więc takie obniżenie kosztów, które byłoby istotne dla spółki i przesądzało o wyborze miejsca giełdowego debiutu.

Czy jest jakaś granica, wyznaczona na przykład wielkością przychodów ze sprzedaży czy też wielkością emisji, poniżej której nie warto myśleć o debiucie na GPW?

- Większe znaczenie ma kapitalizacja, 50 mln zł to minimum, aby wchodzić na parkiet. Przy firmach technologicznych granicę można przesunąć do 40 mln zł. Przy bardzo ciekawym biznesie w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw tę granicę wielkości emisji można szacować na 8-10 mln zł.

Zgromadziliśmy dane o kosztach kapitału kilkudziesięciu spółek, które ostatnio debiutowały w Warszawie, dysproporcje są zaskakujące. Może Pan je skomentować, skoro Internetowy Dom Maklerski wprowadził na GPW kilkanaście firm?

- Ooo... interesujące zestawienie! Muszę zapewnić, że koszty wejścia na zagraniczną giełdę są znacznie wyższe. Zwłaszcza przy małych emisjach. To widać od razu w tych zestawieniach.

Nie widać jednak takiej prawidłowości, że im większa emisja, tym procentowo koszt kapitału niższy. Pomiędzy spółkami o dużych emisjach są istotne rozbieżności. Jak to wytłumaczyć?

- Emitenci powinni być bardziej ostrożni. Widziałem takie sytuacje, gdy spółka wybierała kilku doradców, których praca dublowała się, co w efekcie podnosiło koszty.

Z drugiej strony nie da się uniknąć takich kosztów stałych jak choćby druk miniprospektu i prospektu. Stąd prawidłowość, że im mniejsza emisja, tym większe jej koszty procentowe w relacji do pozyskanego kapitału.

Jeżeli próbujemy interpretować dysproporcje w kosztach przy podobnych wielkościach emisji, to szczególnie warto zwrócić uwagę na to, czy emisja wykorzystywana jest do budowania wizerunku firmy. Wtedy wysokie są koszty PR. Przykładem nasz debiut. Zrobiliśmy reklamę telewizyjną. U nas koszty pozyskania kapitału stanowiły 6 proc., z tego większość przypadała na PR (także z tego względu, że nie ponosiliśmy nakładów na zatrudnienie domu maklerskiego). Gdybyśmy nie wchodzili na GPW, też powinniśmy wydać duże pieniądze na budowanie wizerunku. Znam firmy, które debiut łączyły z promocją swych produktów. Czyli księgowo przesuwają część budżetu reklamowego w koszty emisji, co jest dla nich wygodne, bo nie obciąża wyniku, a jednorazowo odpisuje się od kapitału zapasowego.

Dla nas czy dla Travelplanet, którą jako dom maklerski wprowadzaliśmy na GPW, nakłady na reklamę dały wzmocnienie biznesu. Podobnie z wymienioną na tej liście spółką o profilu handlowym, której zależy na detalicznych klientach; dotarcie do nich - poprzez promocję - dało niemal dwukrotną poprawę wyników. Jeżeli natomiast jest firma, która nie chce iść tak szeroko, ofertę kieruję do wąskiej grupy inwestorów, to nakłady na PR są tam o wiele mniejsze.

Lotos miał koszty prospektu 1,9 mln zł. Nieporównywalne z innymi spółkami. Akcjonariusze powinni być zirytowani?

- Przy emisjach potężnych grup kapitałowych pracuje wielu doradców. Takie oferty są międzynarodowe, do ich przygotowania trzeba brać graczy międzynarodowych, koszty są nieporównywalne. Firmy pośredniczące składają swój podpis, jeżeli popełnią błąd - a muszą takie ryzyko brać pod uwagę - poniosą jego finansowe konsekwencje. Przy Lotosie koszty ryzyka są więc większe niż przy małej spółce. Podpis też kosztuje.

Czy jest tendencja malejących kosztów, bo więcej jest firm zajmujących się doradztwem prawnym, finansowym i domów maklerskich?

- Przeciwnie. Po tym boomie debiutów z zeszłego roku koszty zaczęły rosnąć. To nie są łatwe pieniądze np. dla domu maklerskiego. Przygotowania trwają co najmniej pół roku, wiele osób musi się nimi zajmować. Akcje sprzedaje się trudniej, debiut musi być lepiej przygotowany. W tej chwili stawki rosną. My je właśnie podnosimy, bo mamy coraz więcej klientów, a projekty są coraz trudniejsze. To nie jest proste przekonać inwestorów do zakupu akcji, gdy debiutuje tak wiele spółek. Jest też trend, aby wybrać dobrych doradców, choć są drożsi, ale uwiarygodniają ofertę adresowaną do inwestorów.