Licencja na zarabianie

Z licencjami na oprogramowanie jest jak z opłatami za połączenia komórkowe. Nie sposób wskazać najtańszą lub najbardziej korzystną taryfę. Obraz zamydlają dziesiątki parametrów, wykluczeń i zastrzeżeń ukrytych w umowach. Zewsząd słychać, że tradycyjny model licencjonowania oprogramowania dobiega kresu.

Z licencjami na oprogramowanie jest jak z opłatami za połączenia komórkowe. Nie sposób wskazać najtańszą lub najbardziej korzystną taryfę. Obraz zamydlają dziesiątki parametrów, wykluczeń i zastrzeżeń ukrytych w umowach. Zewsząd słychać, że tradycyjny model licencjonowania oprogramowania dobiega kresu.

Gdański Urząd Miejski to jedna z najlepiej zinformatyzowanych placówek samorządowych, wyróżniona tytułem Lidera Informatyki w 2000 r. O referencje zabiegało tu wielu dostawców oprogramowania, ale nie wszyscy dobrze zapisali się w pamięci Wiesława Patrzka, pełnomocnika prezydenta miasta Gdańska ds. informatyki. Głównym problemem są niespodzianki w sposobie naliczania opłat licencyjnych, które raz na jakiś czas funduje magistratowi ten czy inny producent. "W efekcie za licencje płacimy coraz więcej. Dostawcy bezlitośnie wykorzystują monopolistyczną pozycję" - mówi Wiesław Patrzek. Ubolewa nad tym, że w Polsce nie ma silnych organizacji użytkowników, które potrafiłyby wywrzeć na producentach presję w kwestii warunków licencjonowania.

Rosnące koszty oprogramowania nie są problemem wyłącznie gdańskiego urzędu. Nie znajduje potwierdzenia teza, że z opłat licencyjnych wiecznie niezadowolone są tylko polskie biedne urzędy, które chciałyby wszystko dostać za darmo. Na pewno w polskich realiach koszty oprogramowania bardziej obciążają budżety, ale na ceny i warunki sprzedaży skarżą się klienci na całym świecie. Z badań przeprowadzonych w tym roku w Stanach Zjednoczonych przez IDC wynika, że mniej niż 30% użytkowników ocenia, iż dostawcy software'u postępują uczciwie w stosunku do klientów w kwestii umów licencyjnych. Pozostali ankietowani odpowiedzieli, że umowy nadmiernie faworyzują producentów. Branża software'owa znalazła się na cenzurowanym.

Bez prawnika ani rusz

Ewa Czyżewska, MicrosoftEwa Czyżewska, MicrosoftRozmowy z zaledwie kilkoma producentami oprogramowania wystarczą, by zorientować się, iż wkroczyliśmy na teren, na którym nie sposób obejść się bez doświadczonego przewodnika. Niby każdy producent przekonuje o prostocie i logice swojego systemu licencyjnego, ale już krótka wymiana zdań demaskuje licencyjny galimatias.

"To nie cena aplikacji przeraża nas najbardziej. O prawdziwy ból głowy przyprawiają mgliste algorytmy naliczania opłat licencyjnych" - mówi Stefan Batory, prezes firmy eo Networks, która w krótkim czasie wyrosła na jednego z liderów polskiego rynku systemów do zarządzania treścią serwisów internetowych. W przeszłości Stefan Batory uczestniczył wielokrotnie w negocjacjach przy zakupie oprogramowania jako szef IT w portalu internetowym Ahoj.pl.

Producenci proponują rozliczenia na wiele sposobów. Niektórzy pobierają opłaty za każdego użytkownika korzystającego z systemu, inni uzależniają cenę od liczby procesorów obsługujących aplikację. Jeszcze inne zasady obowiązują w przypadku aplikacji serwowanych w trybie ASP. "Od początku kariery działam w biznesie internetowym. Do dziś nikt mi przekonywująco nie wytłumaczył zakresu uprawnień licencjobiorcy" - twierdzi Stefan Batory. "Niestety, nawet nasi prawnicy mają problemy z rozszyfrowaniem poszczególnych paragrafów umów, które przynoszą nam do podpisania dostawcy oprogramowania" - przyznaje amerykański menedżer IT, cytowany w ubiegłorocznym raporcie firmy Yankee Group poświęconym licencjom.

Eksperci są zdania, że na skutek współistnienia niezliczonej ilości programów licencyjnych i bałaganu pojęciowego, większość klientów firm programistycznych nie wykorzystuje w pełni kupionego oprogramowania, czyli zwyczajnie przepłaca. "Żaden producent nie zwróci pieniędzy za shelfware - oprogramowanie zalegające na półkach w dziale informatyki. Zresztą dlaczego miałby to robić, skoro klient popełnił błąd w oszacowaniu swoich potrzeb? Naszym klientom radzimy nigdy nie kupować więcej licencji niż wynika to z zapotrzebowania na najbliższy rok" - mówi Frank DeSalvo z Gartnera.

Trudne targi

Tomasz Domański, SAP PolskaTomasz Domański, SAP PolskaW ostatnich latach działy informatyki znalazły się pod dużą presją ze strony zarządów domagających się redukcji kosztów. "Niestety, nie otrzymaliśmy wsparcia ze strony dostawców oprogramowania, którzy sztywno trzymają się najkorzystniejszych dla siebie pozycji w cennikach" - mówi Andrzej Galik, menedżer regionalnego oddziału informatyki w podwarszawskim Thomson multimedia. Dodaje, że przekonał się o tym, iż producenci oprogramowania nie ułatwiają klientom przechodzenia na bardziej atrakcyjne dla tych pierwszych sposoby rozliczania licencji.

Producenci zaprzeczają. SAP szczyci się tym, że tylko raz w historii dokonał poważnej modyfikacji w systemie licencjonowania. Przed 2003 r. obowiązywał model, w którym klienci kupowali prawo do korzystania z poszczególnych modułów - finansowego, dystrybucyjnego, kadrowego itd. Jeśli przedsiębiorstwo kupiło 50 licencji dla użytkowników modułu finansowego i 20 dla kadr, to już nie można było elastycznie żonglować nimi w miarę zmieniających się potrzeb. Zmiana tego modelu uwolniła dostawcę i klientów od myślenia "modułowego". Obecnie licencje oferowane przez SAP obejmują wszystkie składniki systemu ERP, ewentualnie całego SAP Business Suite (ERP wzbogacony o dodatkowe elementy, m.in. CRM).

Nie wszyscy klienci SAP Polska potrzebują dobrodziejstw nowego modelu licencyjnego. Producent namawia ich na konwersję licencji, ale jak zapewnia Tomasz Domański, nie jest prawdą, jakoby firma dążyła w ten sposób do poprawy wyników finansowych. "Żyjemy ze sprzedaży nowych licencji, a nie z konwersji" - zapewnia.