Biznes z klasą jest trendy

Nie proponuję, by przedsiębiorcy zostali świętymi Franciszkami, a jeśli chodzi o klasę w interesach, to liczyłbym na więcej kobiet w zarządach - mówi założyciel Instytutu Psychologii Biznesu Jacek Santorski.

Nie proponuję, by przedsiębiorcy zostali świętymi Franciszkami, a jeśli chodzi o klasę w interesach, to liczyłbym na więcej kobiet w zarządach - mówi założyciel Instytutu Psychologii Biznesu Jacek Santorski.

Czy Pańska najnowsza książka pt. "Skutecznie i z klasą", w której zachęca Pan do praktykowania biznesu w sposób emocjonalnie inteligentny i społecznie odpowiedzialny, nie jest trochę wołaniem proroka na puszczy?

Zobacz również:



Odpowiem, nawiązując do innej książki, pt. "Tipping Point" Malcolma Gladwella, którą planuję już niedługo wydać w prezentowanej przeze mnie serii wydawnictwa Świat Książki. W Stanach Zjednoczonych stała się ona hitem dzięki temu, że pokazuje nieodkryte dotąd mechanizmy powstawania trendów. Okazuje się, że aby powstała jakaś moda, wystarczy w odpowiednim miejscu i czasie sekwencja konkretnych zachowań kilku lub najwyżej kilkudziesięciu osób. Mokasyny niemodne od lat, włożone na nogi właściwych ludzi, przemierzających właściwe ulice we właściwym mieście, nagle znów stają się trendy. Nigdy nie można być pewnym, czy pokazując odmienny od powszechnego punkt widzenia, jest się tym, który woła na puszczy, czy też kreuje się w ten sposób nowy standard. Wiem, że wydając książkę o biznesie z klasą, podejmuję ryzyko, ale też mam pewne przesłanki intuicyjne i obiektywne, by mówić, iż klasa w biznesie już niedługo stanie się trendy, że skończy się czas poparcia dla ściemy i cwaniactwa. Oczywiście te zjawiska będą nadal funkcjonowały, powstanie jednak moda idąca pod prąd tych zjawisk. Ludzie w przedsiębiorstwach dokonają czegoś, co jeden z konsultantów McKinsey&CO nazwał twórczą dekonstrukcją - sami zakwestionują swoje sposoby działania.

Tymczasem w naszym kraju na światło dzienne wychodzą kolejne afery.

Jacek SantorskiJacek Santorski- I rozczarowanie autorytetami. W zeszłym roku analizowałem rynek wydawniczy w Londynie i na wystawach księgarń rzucały się w oczy okładki bestsellerów z twarzami słynnych ludzi: był Colin Powell, Rudolph Giuliani, Hillary Clinton i cały panteon gwiazd biznesu. Gdy pojechałem tam ponownie we wrześniu tego roku, zniknęły twarze idoli z okładek. Okazało się, że na wszelki wypadek bestsellerami stały się książki o diecie. Owszem, w Polsce przeżywamy kryzys przywództwa, ale świat boryka się z tym samym. Gdy mamy do czynienia z takim stanem, że całe środowiska na własne życzenie pozbawiają się swoich autorytetów, które kiedyś same wykreowały, to powstaje wielka luka, w którą ktoś lub coś musi wejść. Być może będzie to autorytet według jakiegoś nowego modelu. Przeczuwam, jaki on będzie: prostota, determinacja i pokora...

Czy pisząc książkę o kwestiach bliskich etyce, Autorowi nie zadrżała ręka?

- Drżało mi głównie serce, bo bez przerwy zadawałem sobie pytanie, jak ja sam mam się do tych standardów, na ile ja jestem wewnętrznie spójny. Ostatnie pół roku to dla mnie czas ciężkiej pracy nad sobą, żeby dorównać tym wymaganiom, które opisuję. Sedno sprawy to szacunek dla ludzi.

Czy spotkał Pan w swoim życiu kogoś, o kim może Pan powiedzieć, że był menedżerem z klasą?

- Oczywiście. W większości wypadków były to kobiety...

A kim są ludzie bez klasy? Ich także Pan spotyka?

- Wolę mówić, że to ludzie zagubieni lub ci, którzy nie odkryli jeszcze tego, czego naprawdę w życiu szukają. A szukają miłości i wartości, czyli tego, czego szuka każdy człowiek. Ich błądzenie polega na przekonaniu, że wartości te uzyskuje się dzięki pieniądzom, władzy i sławie. Spotykając takich ludzi, trzeba jednak zająć odpowiednią postawę, bo bycie człowiekiem z klasą wymaga niekiedy wybrania ścieżki wojownika, który jak powszechnie wiadomo, musi sprostać przeciwnikom w wielu potyczkach, także przy pomocy oręża, technik walki czy pułapek, a czasem po prostu musi być skromny i pokorny. Szczerze mówiąc, nie chcę proponować, by przedsiębiorcy zostali świętymi Franciszkami czy Myszkinami biznesu. To nadal muszą być ludzie przebiegli, umiejący rozpoznać manipulację i zastosować kontrmanipulację, to muszą być ludzie wiedzący, czym jest sztuka perswazji, czy nawet machiawelizm. Ale z drugiej strony muszą potrafić stwarzać sobie możliwość dla głębokiego oddechu i budowania przestrzeni, w której znajdą miejsce na refleksję i powiedzą: "widzę, że on w to gra, dlatego postawię mu barierę, a gdy przyjdzie czas postaram się mu pomóc, by wyciągnął wnioski". Nie ma tu nic z idealizmu, przeciwnie - jest konieczność zachowania całego, bogatego uzbrojenia. Komunikując się z ludźmi, o których jeszcze nie można powiedzieć, że mają klasę, spróbujemy pozostawić możliwość wyjścia z twarzą z sytuacji, która ich demaskuje.

Czy podział na klasę w biznesie i w życiu rodzinnym jest słuszny? Czy tak naprawdę nie chodzi o ten sam rodzaj klasy?

- W biznesie łatwiejsze są decyzje o rozstaniach... Ale życie rodzinne też jest po części grą, tyle że grą, której celem jest miłość i intymność, przetrwanie rodziny i jej rozwój. Gra miłosna jest przecież tak naprawdę formą manipulacji i kontrmanipulacji. Gdy w jakimś momencie partnerzy sygnalizują, że przestają grać, wtedy pojawia się miejsce na intymność, na prawdę o sobie. Ta prawda zacieśnia wzajemne relacje, i dotyczy to zarówno kochanków, jak i relacji między rodzicami a dziećmi. To przełączenie nie jest jednak konieczne w biznesie, w nim intymność nie jest niezbędna. Najczęściej wręcz nie chcemy sytuacji, w której "ty znasz całą prawdę o mnie, a ja znam całą prawdę o tobie". Zawsze może pozostać jakiś element gry, blefu czy idealizacji i nie będzie to przekreśleniem dobrych relacji biznesowych. Z drugiej strony można sobie wyobrazić taką korporację czy zespół projektowy, gdzie są ludzie dojrzali, między którymi zamiast gry może być dialog. To, co jest ekwiwalentem intymności w miłości i życiu rodzinnym, w życiu korporacyjnym nazywa się właśnie dialogiem, współpracą.

Gdy mówimy o zachowaniu klasy w sensie ogólnoludzkim, często pomaga nam odniesienie do wartości transcendentnych, do Boga, do miłości. Jaki punkt odniesienia może być wartościowy dla menedżera?

- Kilka lat temu wspólnie z Krzysztofem Piesiewiczem i Hanną Smoktunowicz prowadziłem w telewizji program "Twój Dekalog". Oglądaliśmy wspólnie filmy Kieślowskiego i Piesiewicza z ich słynnego cyklu, po czym w studiu razem z gośćmi rozmawialiśmy. Po filmie "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną" przykład dobrej rady z klasą w zakresie odniesienia do transcendencji dał nam obecny w studiu przedstawiciel tybetańskiego rządu na wygnaniu, a zarazem osoba głęboko uduchowiona. Najpierw długo milczał, przysłuchując się dyskusji, w końcu zapytaliśmy go, co myśli na temat transcendentnego odniesienia dla nas, żyjących nad Wisłą. Interesowała nas opinia z punktu widzenia przedstawiciela kultury, która ma chyba największy dorobek w zakresie technik modlitwy, medytacji, wyrzeczenia się przemocy. Człowiek ten powiedział nam: "Read Bible, go to Church". Dla mnie to była prawdziwa lekcja, bo spodziewałem się wtedy, że powie coś np. o medytacji tybetańskiej, on tymczasem odniósł się do wartości, które są najbardziej dostępne nam w naszej kulturze. Po tej dłuższej dygresji odpowiem na pana pytanie krótko: dobrze by było, gdyby każdy przedsiębiorca i menedżer szukał swojego źródła transcedentnych wartości, spójnego z własnym doświadczeniem, drzewem genealogicznym i życiorysem.

Co musi się stać, by człowiek któremu brak klasy przekonał się, że tak właśnie jest?

- To może dotyczyć dwóch wymiarów, na początku jednak jest kwestia formy. Ktoś może się zorientować, że brzydko mu pachnie z ust, że się kiczowato ubiera albo nieadekwatnie zachowuje. Ale tak naprawdę człowiek z prawdziwą klasą nie musi być za wszelką cenę elegancki. Inna sytuacja jest wtedy, gdy człowiek nagle przekonuje się, że jego życie przez długi czas było oparte na manipulacji, na fałszu, wtedy się budzi nagle samotny i dociera do niego, że ludzie tak naprawdę przez cały czas nie szanowali go za to, jaki był naprawdę, ale dlatego, że byli od niego zależni, może nawet bali się go. Podobna refleksja może mieć miejsce w obliczu jakiegoś kryzysu, choroby albo wobec zachwytu kimś wartościowym, kimś, kto zasługuje na prawdziwy szacunek i kto po prostu budzi naszą zazdrość z tego powodu.

Czasy, w których żyjemy, raczej nie sprzyjają zachowaniom pełnym klasy, niekiedy chyba brak nam zwykłej cierpliwości.

- W tym wszystkim potrzebne jest jakieś inspirujące hasło, "zasada strategiczna", słowo - klucz i ja je znalazłem: pomóż sąsiadom. To mogą być sąsiedzi z open space, to mogą być sąsiedzi z drugiego projektu lub departamentu, który czeka na dane od nas, to także mogą być sąsiedzi z osiedla, na którym mieszkam. A może czasem uznasz za sąsiada Innego, do czego namawia Polak z klasą Ryszard Kapuściński.