Zarządcze substancje

Wydawałoby się, że podstawowa substancja zarządcza musi być szara. Ale to przesąd wywodzący się jeszcze z czasów egipskich i podtrzymywany przez szarlatanów przez całe stulecia, ba, tysiąclecia nawet.

Wydawałoby się, że podstawowa substancja zarządcza musi być szara. Ale to przesąd wywodzący się jeszcze z czasów egipskich i podtrzymywany przez szarlatanów przez całe stulecia, ba, tysiąclecia nawet.

A wszystko wzięło się stąd, że jakiś egipski nieuk, balsamując jednego z władców (takiego, który już zdecydowanie nie żył), wydobył tę tajemniczą substancję z jego głowy przez nos. Już Arystoteles ostrzegał przed mieliznami z zasadzkami myślenia zarówno dedukcyjnego, jak i indukcyjnego, dając pierwszeństwo empirii. Tak więc zakładając, że jeśli to szare wypełnia czaszkę jednego zarządzającego, to musi wypełniać wszystkie czaszki zarządzające, popełniamy dużą nieostrożność, by nie powiedzieć nadużycie metodologiczne.

Zobacz również:



Jeśli to stwierdzenie poprzemy cytatem jednego z klasyków komunistycznego zarządztwa (A bo ja wiem, jak to nazwać? Bo przecież nie zarządzaniem), że będzie mówił z głowy, czyli z niczego, to już docieramy do własciwości drugiej substancji zarządczej, czyli powietrza. No, bo wiadomo, że idealnej próżni nie ma nawet w kosmosie i jeśli zarządzającemu brak w głowie tego szarego, to musi tam mieć choćby trochę powietrza. Ale najlepiej, żeby miał olej.

A z tym olejem to jest cała heca. Niejaki Zagłoba, postać nieco literacka, utrzymywał, że olej, za jego czasu z siemienia lnianego uzyskiwany, musi się dopiero dostać na swoje miejsce podczas każdego procesu myślowego. "Ale jak to zrobić!?" - zakrzyknęli Sarmaci, którzy już wtedy mieli niejasne przeczucie, że z zarządzaniem coś jest nie w porządku. "To proste" - odparł Zagłoba. I opowiedział, jak to owo oleum, czyli olej, jako lżejszy, w miarę picia okowity, gorzały lub węgrzyna podnosi się w człowieku coraz wyżej, aż osiągnie poziom mózgownicy, co może nastapić tym łatwiej, iż pijący trochę jest skłonny wtedy zmienić pozycję i głowa wcale nie musi być tak wysoko. Paradoks jednak polega na tym, że pozornie gotów do czynności zarządczych Sarmata miał problemy z interpretacją bodźców doń docierających ze świata zewnętrznego.

Inna substancja zarządcza to odkryty przez rabina Ben Cwi z Jasła mysi olej. Olej ten, co do którego nie było wiadomo przez co najmniej dwieście lat, skąd pochodzi i jak się go produkuje, ponieważ uczniowie rabiego zazdrośnie strzegli sekretu tej niezwykle cennej substancji, służył i nadal służy do łagodzenia skutków złego zarządzania. Dziś już mniej więcej wiadomo, jaką technologią należy się posłużyć, by go otrzymać w wystarczającej ilości, i mniej więcej wiadomo, kiedy go użyć. Technologię produkcji możemy sobie podarować, bo na nic nam ona, ale warto wiedzieć, że mysi olej stosujemy, gdy wokół zrobi się "trochu śmieszno, trochu straszno", jak mawiała babcia mojego kolegi ze studiów, urodzona w Petersburgu, gdy pytaliśmy ją o pierwsze lata władzy rad, która odjęta od komunizmu powinna dać elektryfikację, ale nie dała. Natomiast babcia na widok bolszewickich prominentów wpadała w szał i krzyczała, że powinni ich wsadzić wszystkich do mysiego oleju i byłby spokój. Jednego już wsadzono, niejakiego Lenina, i tylko dobrze mu to zrobiło. Na dowód pokazała nam zbiornik na Placu Czerwonym, kanciasty co prawda i mało śliczny, ale z trybuną na dachu i z napisem nad wejściem "Maus Oleum". Mysi olej. I to jest rozwiązanie. Jak zarządający zaczyna knocić swoją robotę, to budujemy zbiornik i do mysiego oleju z nim. Z zarzadzającym, znaczy się.

Tak więc po ulotnej szarej substancji, mysi olej jest najcenniejszy, ale nie lekceważyłbym papieru. Mówimy o nim, że wszystko zniesie: rzeczy mądre, głupie i takie sobie. Myślę ponadto, że każdy z moich Czcigodnych Czytelnikow ma swoje substancje ulubione, z którymi na co dzień jest za pan brat. Dla jednych będzie to wazelina, dla innych miód, a jeszcze dla innych ślina, która przynosząc różne różności na język, pozwala nam improwizować, co w procesie zarządzania jest niedzowne. Baczmy tylko, by od tej improwizacji nie zrobiło się "trochu straszno, trochu smieszno", bo następny etap to już tylko mysi olej.