Mądrość i wyrachowanie. Bez wyboru

Zawód menedżera nie ma tego naturalnego rysu szlachetności co zawód lekarza czy nauczyciela. Menedżer - zausznik właściciela i zarazem strażnik dobra społeczności firmy - wykazuje się mądrością, gdy w tym tyglu często rozbieżnych interesów potrafi odnaleźć własne przeznaczenie.

Zawód menedżera nie ma tego naturalnego rysu szlachetności co zawód lekarza czy nauczyciela. Menedżer - zausznik właściciela i zarazem strażnik dobra społeczności firmy - wykazuje się mądrością, gdy w tym tyglu często rozbieżnych interesów potrafi odnaleźć własne przeznaczenie.

Krzysztof Obłój, profesor Uniwersytetu WarszawskiegoKrzysztof Obłój, profesor Uniwersytetu WarszawskiegoPrzeznaczenie? Czy to coś ważnego w zarządzaniu i w zawodzie menedżera? Na trop tego pytania naprowadziła mnie rozmowa z prezesem jednej ze znanych polskich spółek (ale z przeważającym kapitałem zagranicznym i wyrazistym właścicielem) średniej wielkości, zajmującej się usługami szkoleniowymi. Firma dzisiaj ma kłopoty, tak naprawdę funkcjonuje siłą bezwładności kilku klientów i kilku marek, dawniej dobrych, dzisiaj blednących. Prezes niby firmę reformuje, ale tak naprawdę jedynie tnie koszty, właściwie do granic absurdu, to znaczy pozbawiając firmę kluczowych zasobów, i tym bardziej pogarszając jej sytuację. Prezes jest bardzo inteligentnym człowiekiem o wykształceniu humanistycznym, uczciwym i niezbyt chciwym. Nie ma wielkich kwalifikacji menedżerskich, ale umie się uczyć, więc nie sprawiłoby mu kłopotu uzupełnienie kompetencji. Pytał o radę, co najpierw zreformować, co potem. Odwoływał się do naszego tekstu z kwietniowego numeru CXO o priorytetach usprawnień. Rozmawialiśmy o modernizacji firmy, ale na koniec rozmowy doszliśmy oboje do wniosku, że problem nie tkwi w ustroju firmy czy w jej niezdolności do zmian. Firmę można ustawić na kilka sposobów i poprawić wyniki. Problem tkwi w samym prezesie. To prezes jest źródłem kłopotów, ten dobry, ludzki prezes. Przez kilka lat wiodło mu się znakomicie, zbudował sobie dom i zabezpieczył dalszą rodzinę, dzieci wysłał na drogie studia, żonie-artystce organizuje wystawy i wernisaże, w swoim środowisku pozyskał opinię zdolnego zarządcy i człowieka sukcesu. Wydawałoby się, że to same dobre wiadomości. Niestety, są to złe wiadomości, ów prezes nie jest już panem siebie, jest na służbie owych niesamodzielnych członków rodziny, swojego majątku (którego obsługa kosztuje), swojego wizerunku. Jest dla niego nie do pomyślenia, że mógłby radykalnie zreformować firmę, podejmując duże ryzyko, albo zmienić pracodawcę, albo założyć własną firmę, albo zamieszkać w innym domu, albo wyjechać w Bieszczady i pisać wiersze. Nie dlatego, że się nie nadaje do żadnej z tych ról, ale dlatego, że w jego życiu już się nie liczy to, do czego się nadaje, co sprawia mu radość, w czym użyteczny byłby jego talent.

Zobacz również:



Wizja własnego życia

Maciej Formanowicz, właściciel i prezes Fabryk Mebli FORTEMaciej Formanowicz, właściciel i prezes Fabryk Mebli FORTETen człowiek nie zreformuje swojej firmy właśnie dlatego, że działa pod osobistym przymusem, tracił wolność i wyobraźnię, stracił wrażliwość na znaki, które daje mu życie. Wcale nie musiałby odchodzić z firmy ani porywać się na inne wielkie rzeczy, ale praca w tej firmie powinna wynikać z jego wewnętrznego przekonania, że właśnie do niej został stworzony, tak jak i jego styl życia, mieszkania czy rodziny powinien wynikać z wolnego wyboru, a nie z uzależnienia od wytworzonego układu. Kończąc nasze spotkanie, prezes powiedział: "Jak się nie ma kilku alternatywnych wizji swojego własnego życia, różnych, choć realizujących tę samą własną misję, to jest się również niezdolnym do twórczego myślenia o firmie. Po prostu nie ma się tego rozmachu, wewnętrznego spokoju, radości. Trzeba odszukiwać swoje przeznaczenie ciągle od nowa. Nie po to, aby zaraz cokolwiek burzyć, ale żeby czuć się wolnym i być twórczym". Czy to już mądrość?

Było i drugie wydarzenie, które spowodowało, że podjęłam temat mądrości i przeznaczenia w kontekście pracy menedżera. Na jednym z naszych śniadań prasowych, w którym uczestniczył m.in. profesor Andrzej Blikle, prezes firmy A.Blikle, a także Amir Fazlagić, ekspert od zarządzania wiedzą (a raczej kapitałem intelektualnym), i Ryszard Jaskólski, doradca z Openavigator, człowiek z bogatym doświadczeniem menedżerskim i konsultingowym, podjęto bardzo ożywioną dyskusję o tym, czy przedsiębiorcy i menedżerowie pracują tylko dla zysku, czy może w jakimś innym celu. Nie doszliśmy do konkretnych ustaleń, ale szalenie interesujące było obserwowanie, jaką dysharmonię w gronie gości naszego śniadania - menedżerów wysokiego szczebla i właścicieli firm - wywołuje temat "pracy dla zysku". Niby wszyscy zgadzali się, że przecież nie ma w tym nic niegodnego, że przecież ta praca i taki cel nie deprecjonują człowieka, że przecież wszyscy muszą zarabiać, ale... jakoś nikt z zabierających głos nie czuł się z tym tematem komfortowo. Widać było, że w głębi duszy nie uważają swojej pracy za jakąś nadzwyczajnie godną szacunku, mimo że nie ma ku temu racjonalnych powodów. Coś jest takiego w człowieku z dużą klasą, że do szczęścia potrzebny jest mu nie tylko dokument menedżerskiej sprawności w postaci finansowego wyniku firmy, ale i poczucie uczestniczenia w tworzeniu wartości niematerialnych. Nie ma pewności, czy on - i inni menedżerowie, właściciele - w ogóle jakąś wartość niematerialną tworzą.

Bolesław Rok, współwłaściciel Qchni Artystycznej i wiceprezes Forum Odpowiedzialnego BiznesuBolesław Rok, współwłaściciel Qchni Artystycznej i wiceprezes Forum Odpowiedzialnego BiznesuTrafnie uchwycił problem profesor Krzysztof Obłój z Uniwersytetu Warszawskiego, polski guru zarządzania: "To prawda, że ani zawód menedżera, ani bycie właścicielem firmy nie ma tego rysu szlachetności, którą ma niemal naturalnie zawód lekarza czy nauczyciela. Bardzo łatwo się w biznesie zagubić, myśląc, że najważniejszą rzeczą jest produkowanie pieniędzy. Znam wielu menedżerów i właścicieli powtarzających w nieskończoność wypromowaną na początku lat 90. bzdurę, że sensem biznesu i firmy jest zysk. Sensem biznesu jest kreowanie rynku i klienta, a pieniądze są niezbędnym smarem tego procesu. Są potrzebne, ale nie nadają firmie sensu. Zarządzanie firmą to walka o klienta i pieniądze, ale jeśli ograniczymy się tylko do tego, to okaże się, że najlepszy biznes to narkotyki i prostytucja. Dlatego warto nadać działaniu firmy moralny wymiar, jakąś społeczną wartość. Można to czynić przez dofinansowanie np. szpitala albo przez tworzenie marek i produktów. Nowa, ciekawa marka potrafi być piękna jak stary obraz holenderskiego mistrza, choć może jej żywot nie będzie tak długi".

Milcząca niechęć do autorytetów i system motywacji
Bez autorytetów...

"W zeszłym roku robiłem z Michałem Zdziarskim badanie CEO Challenge dla fundacji The Conference Board. Pytaliśmy o autorytety. Rezultaty mnie zaskoczyły. Polscy menedżerowie - przeciwnie niż na przykład amerykańscy - nie mają żadnych autorytetów. W ogóle mało kto im imponuje, nawet w ich własnym środowisku. Nie potrafię rozumnie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak jest. Może winne są media, które interesują się właścicielami, menedżerami i politykami tylko wtedy, gdy ci lądują w więzieniach lub mają kłopoty. Trudno rzeczywiście w takiej sytuacji o tworzenie autorytetów" - stwierdza Krzysztof Obłój.

...ale z motywacją

Właściciele mówią o menedżerach dosyć cynicznie, że tak zarządzają firmami, jak są wynagradzani. Jednocześnie ci sami właściciele uważają, że pieniądze to nie jedyny system motywacyjny w życiu człowieka. Ważniejsza jest chęć realizacji ważnej wartości czy misji. Właściciele, z którymi rozmawiałam, nie są skłonni szybko zrezygnować z pełnienia roli prezesów w swoich firmach. Mam nieodparte wrażenie, że oni - i tysiące innych właścicieli - czekają, aż w menedżerach narodzi się pragnienie czynienia rzeczy wielkich, pracy nie tylko dla zysku. Czy to jest mądrość właścicieli, czy to czekanie na mądrość menedżerów, którzy kwalifikacje fachowe już mają?