Uwielbiam mądrych ludzi

Z Jerzym Bielcem, CIO w firmie PKN Orlen, rozmawia Robert Jesionek.

Z Jerzym Bielcem, CIO w firmie PKN Orlen, rozmawia Robert Jesionek.

Jak wyglądała Pańska droga zawodowa?

Jerzy Bielec CIO w firmie PKN OrlenJerzy Bielec CIO w firmie PKN OrlenZ wykształcenia jestem metalurgiem po Akademii Górniczo-Hutniczej. Gdy kończyłem studia, chciałem zostać na uczelni, ale, dzięki Bogu, pierwszą pracę podjąłem w Ursusie, gdzie zaangażowałem się także w działalność społeczną w "Solidarności". Efektem tego był dziewięciomiesięczny pobyt w ośrodku dla internowanych w Białołęce, w jednej celi z profesorem Geremkiem, po sąsiedzku z Adamem Michnikiem, a także z innymi ludźmi, których mogę określić naprawdę doborowym towarzystwem. Odkąd pamiętam, zawsze chciałem robić karierę zawodową. Oprócz działalności społecznej, pracy dla innych, miałem potrzebę pokazania, że jestem niezły w tym, co sam robię. Jednak w czasach, kiedy kończyłem studia, na początku lat osiemdziesiątych, nie miałem większej szansy na kontynuację kariery w Polsce. Na uczelni, gdzie starałem się o pracę, usłyszałem słowa: "A może by pan poszedł do ambasady amerykańskiej...?" Skorzystałem z tej delikatnej sugestii, wyjechałem do USA i znalazłem pracę w największej odkrywkowej kopalni złota, gdzie pracowałem przez 10 lat. Początkowo byłem chemikiem, później szefem laboratoriów, następnie zająłem się informatyką - od kabelka, przez konfigurację komputerów, po opiekę nad całymi systemami. Z czasem zacząłem zarządzać rozwijającym się zespołem IT. Współpracowałem wtedy z doskonałymi informatykami, od których wiele się nauczyłem, przeszedłem też dziesiątki kursów. Po 10 latach pracy, kiedy osiągnąłem już pewną stabilizację, miałem dom, rozpocząłem studia MBA, nagle stwierdziłem, że czas coś zmienić, że potrzeba mi odrobiny szaleństwa. W tamtym czasie miałem kilka ciekawych propozycji pracy w USA, ale przyjechałem do Polski na urlop, chciałem sprawdzić, czy nie byłoby możliwe, by zaplanowana zmiana wiązała się z moim powrotem do kraju. Trudno było mi dostosować się do tego, co zastałem, nie wiedziałem, jak znaleźć pracę. Kilka dni przed powrotem do Stanów odpowiedziałem na gazetowe ogłoszenie firmy Pepsi Cola International szukającej szefa IT. Doszliśmy do porozumienia, zamknąłem rozdział amerykański, sprzedałem dom i wróciłem do Polski, gdzie przez kolejne 10 lat pracowałem dla Pepsico. Był to niesamowity okres budowania niemal wszystkiego od nowa. W procesie wyboru nowego systemu informatycznego wybraliśmy SAP, który miał być rozwiązaniem międzynarodowym. Stwierdziłem wtedy, że szefem projektu wdrożenia, ciągle będąc dyrektorem informatyki, chcę być ja. Taką decyzję, przy dużym sprzeciwie wielu osób, podjąłem i zrealizowałem do końca. Dla mnie osobiście oznaczało to ogromną pracę przez 7 dni w tygodniu, ale był to niesamowity czas i niesamowite doświadczenie. Miałem wspaniały zespół, który zbudowałem od zera, osobiście zatrudniłem każdą osobę, dobrze współpracowaliśmy także z konsultantami, mieliśmy doskonałe relacje z ich firmą. Zresztą wyznaję zasadę, która mówi, że konsultanci są tak dobrzy jak ci, którzy nimi kierują. Nie dopuściłem, by to właśnie konsultanci mieli wiodącą rolę w projekcie, osobą wiodącą byłem ja, szef projektu, choć wielu uważało, że powinno być inaczej, że powinien to być człowiek biznesu, a ja, podobnie jak mój szef, uważałem, że jestem człowiekiem biznesu. W efekcie wdrożenie zakończyło się sukcesem i wszyscy byliśmy dumni z rezultatów naszej pracy. Ktoś mnie kiedyś spytał, skąd wiem, czy ta implementacja była dobra. Moją odpowiedzią był fakt, że po uruchomieniu systemu nie potrzebowaliśmy już pomocy konsultantów. Wszystko było O.K., a poza tym wiedza konsultantów pozostała w naszym zespole i własnymi siłami mogliśmy wspomagać użytkowników.

Z Pepsico rozstałem się po prawie 10 latach. Należę do ludzi, którzy nie wykorzystują rutyny, do każdej rzeczy i do każdej osoby podchodzę bardzo indywidualnie i osobiście, ale przez te 10 lat na pewno zdarzały się zagadnienia i fakty, w których trochę sobie odpuszczałem. Być może wynikało to z tego, że miałem znakomity zespół, swoją "prawą i lewą rękę", bo uważałem i uważam nadal, że w życiu trzeba być przygotowanym na wydarzenia, w których będę musiał i mógł powiedzieć: "To jest mój następca". Z Pepsico odszedłem do Office Depot, pracowałem tam tylko dwa miesiące, ale był to dla mnie bardzo wartościowy czas. Otrzymałem wtedy propozycję pracy w Orlenie i przez tydzień biłem się z myślami, co zrobić. Z moim obecnym prezesem Wróblem pracowałem przez parę lat w Pepsico, imponował mi sposobem bycia, wiedzą, kreatywnością, nie ukrywam, że chciałem z nim pracować nadal. Należę do ludzi lojalnych, dlatego musiałem się zastanowić, musiałem rozważyć, ile mogę zrobić, ile mogę pomóc. Do decyzji przyczynił się jeden z moich przyjaciół, który powiedział mi: "Przyznaj, że się boisz". Ale nie bałem się, wiem, że mam swoje słabe strony, ale wiem też, że jestem dobry. Możliwe, że wyglądam na zadufanego faceta, ale ja wiem, co jest dobrym podejściem do biznesu, rozumiem biznes i jego sposób myślenia, wiedziałem, że dam sobie radę. I tak pojawiłem się w Orlenie, byli tacy, którzy mi odradzali, mówili, że o takich firmach nawet nie ma co myśleć. Ale nie żałuję tego, żałuję tylko tygodnia namysłów. Muszę jednak przyznać, że rozstanie z Office Depot nie przyszło mi łatwo. Przede wszystkim dlatego, że tamtejsze warunki pracy, pozycja w zarządzie, perspektywy rozwoju były wspaniałe. Co, odchodząc z firmy, można powiedzieć prezesowi po niecałych dwóch miesiącach pracy, z której było się zadowolonym?

Zobacz również:



Jaka jest Pana pozycja w Orlenie, jak się Panu pracuje z ludźmi?

W Orlenie jestem z ludźmi, którzy są na tych samych stanowiskach po kilkanaście lat, którzy mają swoje przyzwyczajenia, część z tych nawyków trzeba zmienić, ulepszyć. Ale wychodzę z założenia, że jestem facetem, który biorąc odpowiedzialność za dział IT, musi mieć w sobie coś ze zwykłego nauczyciela, który aby czegoś żądać, wcześniej musi pokazać "jak". Na to potrzeba sporo czasu, ale rezultaty są już widoczne, choć jest jeszcze sporo do zrobienia. Należę do grupy dyrektorów zarządzających, jest to więc wysokie stanowisko. Mamy w firmie pięcioosobowy zarząd i ponad dwudziestu dyrektorów zarządzających, ja należę do pionu sprzedaży. Myślę, że pewnym błędem jest to, że informatyka nie podlega bezpośrednio prezesowi firmy i nie chodzi tutaj o bycie w zarządzie ani o żaden prestiż. W większości dużych firm IT podlega pod CEO i tak powinno być. Wielcy menedżerowie mówili o doniosłości roli IT w przedsiębiorstwie, mówili, że jest sercem firmy. Mój poprzednik w Orlenie mawiał, że informatyka stwarza konkurencyjność firmy, ja jestem innego zdania. To nie rolą IT jest stwarzanie konkurencyjności, to biznes przez swoją strategię musi być konkurencyjny, a ja mam mu dać wszystkie narzędzia, które pozwolą zrealizować tę strategię. Wychodzę z założenia, że IT jest swoistym układem nerwowym firmy, bez którego nie da się dziś żyć, ale sam układ nerwowy nie istnieje przecież bez organizmu, bez ciała, one istnieją w całkowitej symbiozie. Bill Gates powiedział, że rola IT jest tak związana z biznesem, że nie można mówić o nich rozłącznie, przyznaję mu rację. Rolę CIO, czyli także moją, wyznaczają wiedza i autorytet oraz pewna "usłużność" wobec biznesu. Moim zadaniem jest dostarczać narzędzia informatyczne i wiedzę w tym obszarze, aby dyrektorzy wykonawczy mogli myśleć i działać.