Intelektualny Hi-Tech, czyli zarządzanie myślą

Jak będzie wyglądał świat w epoce postindustrialnej? Tak jak dziś, w każdym razie w niektórych miejscach, takich jak coraz liczniejsze krzemowe doliny i inne siedliska hi-tech jako ideologii i jako praktyki. Być może tak jak na filmach z cyklu ''Matrix'', a może tak jak w piosenkach The Doors. To oznacza, że humaniści będą tęsknić za poczciwą, lecz bezpowrotnie minioną epoką industrialną.

Jak będzie wyglądał świat w epoce postindustrialnej? Tak jak dziś, w każdym razie w niektórych miejscach, takich jak coraz liczniejsze krzemowe doliny i inne siedliska hi-tech jako ideologii i jako praktyki. Być może tak jak na filmach z cyklu ''Matrix'', a może tak jak w piosenkach The Doors. To oznacza, że humaniści będą tęsknić za poczciwą, lecz bezpowrotnie minioną epoką industrialną.

Blues, z którego wywodzili się Morrison i Spółka, to rytm, który pozwalał odnaleźć się w epoce industrialnej tym, którzy marzyli. Zauważmy, że rock w dzisiejszych czasach odszedł od rozkołysanego erotycznie rytmu bluesowego na rzecz mechanicznej szatkownicy techno, kompilowanej, a właściwie zarządzanej przez didżejów w urządzeniach hi-tech. Dlaczego muzyka ma być zarządzana? Bo świat epoki hi-tech musi być w każdej dziedzinie zarządzany. Może to sprawia wrażanie, iż się nadużywa tego słowa, cóż jednak innego może robić komputer oprócz zarządzania? Zaprawdę niewiele. Tak więc zarządzamy odpadami i złomem, swoim zasobem słów i dobrami intelektualnymi. Kto nie wierzy, niech posłucha.

Zobacz również:



Ponad 10 lat temu, pracując w firmie tak nieskomplikowanej technologicznie jak życie Robina Cruzoe przed przybyciem Piętaszka, zwróciłem się na Zachód w poszukiwaniu bardziej skomplikowanego partnera. M.in. trafiłem do firmy Rust Unlimited, zajmującej się skupem, składowaniem, transportem oraz sprzedażą złomu, w której polecono mnie firmie córce o wdzięcznej nazwie Waste Management. Prosty człeczyna, nieświadom zmian zachodzących w ówczesnym świecie, wyobraziłem sobie przez chwil kilka, iż jestem bohaterem jakiejś powieści Agaty Christie lub Johna LeCarre. Jakież było moje rozczarowanie, gdy zastałem w biurze pełnym komputerów kilku młodych ludzi decydujących o losach odpadów w całej Unii. Poczekaj jeszcze rok, góra pięć lat, a i twoje śmieci, pardon, odpady będą także zarządzane. No i doczekałem się.

W firmach natomiast nie ma już działów personalnych ani kadr. Są działy zarządzania zasobami ludzkimi. I nie mam o to do nikogo pretensji, bo ja także zacząłem zarządzać. Czym? Tym, czym mogę zarządzać, czyli zasobem posiadanych słów i zwrotów oraz wiedzą. Jaki jest efekt tego zarządzania, może się przekonać każdy, kto zechce poświęcić kilka minut na przeczytanie mojego tekstu. Dochodzimy zatem do fenomenu pana Jourdain, mieszczanina francuskiego z czasów Króla Słońce, uwiecznionego przez niejakiego Moliere'a, który z talentem zarządzał swym talentem. Otóż ów pan Jourdain wbił sobie w głowę, iż ukończy specjalny kurs i zostanie szlachcicem. Aktualne? Jeszcze jak. Czy to bowiem jeden dzisiejszy menedżer wierzy święcie, że papierek jak galicyjska drabina uratuje go od wszelkiego złego? A przy okazji odkrywa, że zarządza. Otóż pan Jourdain odkrył któregoś dnia, że mówi prozą i bardzo był z tego dumny. Nie pomyślał tylko, że atrybutem prawdziwego szlachcica jest, być może, umiejętność płynnego przejścia z prozy na mowę wiązaną, czyli poezję, a tego nie uczą na żadnym kursie.

By dotrzeć na wyżyny i tam się utrzymać, oprócz kursów zarządzania, pozwalających nam odkryć, że mówimy prozą, potrzebny jest talent, a ten jako dar od Boga nie każdemu jest przez Najwyższy Rozdzielnik przyznawany, a jeśli już, to wcale nie w równych dawkach. Co z tego wynika? Banalna prawda, powszechnie jednak lekceważona - cel musi być dostosowany do umiejętności i możliwości. Bywa, że uda nam się oszukać przeznaczenie, ale zdradzi nas proza, którą uparcie mówimy tam, gdzie powinna przemawiać najczystsza poezja. Proza wystarcza mi w zupełności, gdy zarządzam swymi odpadami, natomiast gdybym chciał zarządzać czymś więcej... No coż, doniesienia codziennej prasy potwierdzają słusznośc mojej tezy. Sale sądowe zaczynają być pełne niedoszłych szlachciców Krzemowej Doliny i innego high-techu. Pieniądze, jakie tracą w ten sposób podatnicy, w przeciwieństwie do sztuk Moliere'a, do śmiechu nie skłaniają. Ale nic to. To minie. A zarządzać trzeba wszystkim. Od swych władz umysłowych zaczynając.