Sztuka motywowania, czyli "Uścisk Dłoni Prezesa"

Zarządzanie zasobami ludzkimi to, bez dwóch zdań, ciężki kawałek chleba. Menedżerowie wszystkich szczebli od rana do późnej nocy prześcigają się w pomysłach, jak uszczęśliwić podległy sobie obszar zasobów ludzkich.

Zarządzanie zasobami ludzkimi to, bez dwóch zdań, ciężki kawałek chleba. Menedżerowie wszystkich szczebli od rana do późnej nocy prześcigają się w pomysłach, jak uszczęśliwić podległy sobie obszar zasobów ludzkich.

Jak na złość wszystkie podręczniki wskazują, że motywowanie pracowników jest podstawowym obowiązkiem skutecznego nowoczesnego menedżera. Te same źródła wykazują, że współczesny pracownik nie jest już w najwyższym stopniu motywowany przez wzrost wynagrodzenia. Niestety, statystyczny pracownik wspiął się już tak wysoko na piramidę Maslowa, że jego dalsze motywowanie stawia przed jego menedżerem nie lada wyzwanie. Choć jednocześnie (co warto odnotować) naukowo potwierdza zasadność od dawna już prowadzonego zwyczaju podnoszenia wymagań bez proporcjonalnego zwiększania apanaży pracownika. Nasz ulubiony podwładny Kowalski wie doskonale, że jeśli do pokoju wkracza uśmiechnięty od ucha do ucha przełożony i zaczyna wychwalać pracowitość i talent Kowalskiego to za chwilę poinformuje go o nowych wyzwaniach. Te bezdyskusyjnie nobilitujące Kowalskiego wyzwania przełożą się na nowe obowiązki. A te z kolei siłą rzeczy będą oczywiście musiały być wykonywane w ramach tej samej dniówki, która ewentualnie w wyjątkowych przypadkach z 8 wydłuży się standardowo do 10 godzin. Kowalski pracuje w firmie nie pierwszy rok. Wie dobrze, że im szef milszy, tym obowiązków więcej.

Zobacz również:

Z drugiej strony zarządzający owym Kowalskim menedżer z coraz większym trudem znajduje argumenty, jakimi można Kowalskiego do podjęcia kolejnych zadań zachęcić. Skoro bowiem za dodatkową pracę Kowalskiemu dodatkowo zapłacić nie można, bo podobno Kowalskiego twarde motywatory juz nie motywują, musimy Kowalskiego nagradzać.

I tu znów życie komplikuje nam zbyt wysoki poziom ewolucji poczciwego Kowalskiego. W świecie zwierząt nagroda wiąże się na przykład z dodatkową porcją jedzenia lub z przywilejem iskania futra wodza. Zasada, skutecznie działając w warunkach naturalnych, sprawdza się również w zastosowaniach klinicznych, czyli na przykład w tresurze. Z jednej strony kolejność jedzenia we wspólnie polujących stadach, z drugiej smakołyki rozdzielane ręką tresera. Na pierwszy rzut oka świat kształtowany przez system nagród jest prosty i sprawdzony. Jednak przeniesienie tego wynalazku natury na grunt systemu motywacyjnego firmy napotyka pewne przeszkody.

Co uszczęśliwia personel?

Każdy podręcznik początkującego menedżera nakazuje nagradzać podwładnych. Żaden jednak nie zwraca uwagi czytelnika na fakt, że nagroda ma nie tylko być pracownikowi przydzielona, ale również musi być przez niego odbierana w kategorii pozytywnego wyróżnienia i nobilitacji. Tylko wtedy nagradzanie pracownika odniesie zamierzony skutek. Niestety, w sytuacji, gdy z prostego szablonu smakołyków przechodzimy w obszar nagród niematerialnych, ustalenie zbioru zdarzeń odbieranych przez pracownika w kategoriach nagrody nie jest proste. Trzeba w tym miejscu szczerze powiedzieć, że każdy ambitny menedżer poczuwa się do "obowiązku wiedzenia", co jego personel uszczęśliwia i ani myśli w tym względzie pytać personel o zdanie. Tak właśnie powstają systemy motywacyjne. A gdy nastaje pora motywowania, kadra zarządzająca w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku przydziela pracownikom zdefiniowane nagrody, a obdarowani nagrodami pracownicy (zwłaszcza ci bardziej przystosowani do pracy zespołowej) z dobroduszną wyrozumiałością udają, że są nimi zmotywowani i nagrodzeni. Udają, gdyż jako ludzie świadomi sytuacji doceniają starania swoich przełożonych i nie chcą robić im przykrości. Wprawdzie sama nagroda nie ma dla nich najmniejszego znaczenia, ale wypada docenić, że szef się starał...

Ponieważ jak już wcześniej zaznaczyłam, omawiany system nagród operuje w sferze pozamaterialnej (w najbardziej banalnym tego słowa znaczeniu!), ma on charakter szeroko rozumianego pojęcia "Uścisku Dłoni Prezesa".

Fizyczny kontakt z przełożonym

I tu dochodzimy do sedna sprawy. "Uścisk Dłoni Prezesa" ma bowiem taką wartość, jaką prezentuje sam prezes w oczach nagrodzonego w ten sposób pracownika. Nieuwzględniany w dotychczasowych rozważaniach relatywizm wartości tej nagrody wiąże się zatem ze śmiałym założeniem, że pracownik podziwia i szanuje swojego przełożonego, i wszelki nieco bliższy fizyczny z nim kontakt odbiera jako szczególne wyróżnienie, powód do euforii i dalszej równie wydajnej pracy. Nawiasem mówiąc, nie spotkałam się nigdy z nagrodą dla prezesa w postaci "Uścisku Dłoni Pracownika"...

W praktyce decyzja o tym, kto komu w nagrodę ściska rękę, wynika jedynie z wzajemnego umiejscowienia obu "zainteresowanych" osób w hierarchii firmy. Stąd z pozoru nobilitujące zaproszenie na dyrektorskie pokoje niekoniecznie musi zostać odebrane przez pracownika jako nagroda. W sprzyjających okolicznościach może ono stać się wyrafinowaną szykaną, skutkującą długotrwałymi drwinami współpracowników. "Siadajcie, Kowalski, mam dla was wspaniałą wiadomość! W nagrodę pojedziecie do centrali w Warszawie na Spotkanie z Prezesem. O dziesiątej Pan Prezes Osobiście Uściśnie waszą dłoń w sekretariacie firmy, następnie Sekretarka Prezesa wręczy wam Dyplom. Na 17. zaplanowany został krótki biznesowy lunch Prezesa z przedstawicielami dziesięciu najlepszych oddziałów, na który również jesteście zaproszeni. Ponieważ Pan Prezes jeszcze tego samego dnia wylatuje do Rio, część oficjalna zakończy się o 17.15. To zresztą świetnie się składa, bo o 21.05 macie, Kowalski, bezpośredni pociąg do Suwałk, gdzie od rana rozpoczniecie nadzwyczajny spis inwentarzowy. Nie zapomnijcie przed wyjazdem skończyć to kwartalne sprawozdanie i, no wiecie... ubierzcie się jakoś... elegancko". Po powrocie Kowalski przez miesiąc będzie nagabywany przez kolegów, aby pokazał ową szczęśliwą niemytą od pamiętnego dnia rękę oraz zagadywany, kiedy nad jego biurkiem zawiśnie ów okupiony kilkunastogodzinną podróżą w drugiej klasie PKP dyplom. Podróż ta, nawiasem mówiąc, tylko dzięki interwencji pracowników SOK zakończyła się jedynie utratą portfela i prywatnej komórki.

O ile prostszy byłby świat ludzi najemnie pracujących z niskiej chęci zysku?!