Ekonomia dla snobów

Współcześni ekonomiści nie szukają różnic pomiędzy ludzkimi potrzebami a pragnieniami, wszystko z tego powodu, że gospodarstwo domowe lub rodzinne nie jest już samowystarczalne. Dawniejsze teorie straciły przez to na kolorycie, a najbardziej znanym zwolennikiem innego podejścia pozostał już tylko... Arystoteles.

Współcześni ekonomiści nie szukają różnic pomiędzy ludzkimi potrzebami a pragnieniami, wszystko z tego powodu, że gospodarstwo domowe lub rodzinne nie jest już samowystarczalne. Dawniejsze teorie straciły przez to na kolorycie, a najbardziej znanym zwolennikiem innego podejścia pozostał już tylko... Arystoteles.

Charakterystyczne dla współczesnych gospodarstw domowych jest to, że wytwarzają niewiele dóbr konsumowanych przez siebie, ale kupują dużo usług na rynku. Reguła ta jest tym bardziej jaskrawo widoczna, im bardziej w rozwoju gospodarczym dany kraj jest zaawansowany. Z pozoru może się wydawać, że już nawet w krajach "emerging markets" o dużym znaczeniu rolnictwa (by nie wspominać o zacofanych regionach świata) nie jest to tak oczywiste, jednak gdy bliżej przyjrzeć się statystykom, potwierdzają implikacje rozwoju pogłębiające się od wieków.

Zobacz również:

Od wieków, bo przede wszystkim nie jest to konsekwencją bogactwa danego kraju, ale postępującej z dawien dawna specjalizacji oraz podziału pracy i znaczenia w wymianie towarowej tak szczególnego produktu, jakim jest pieniądz.

Dominacja ekonomistów, którzy nie szukają w pierwszej kolejności powiązań między potrzebami i pragnieniami gospodarstw domowych, jest współcześnie oczywista, ale i w tym gronie istnieje podejście skrajne: ortodoksi nowoczesnych teorii uważają nawet, że rozróżnienie pomiędzy potrzebami a pragnieniami w gospodarce rynkowej jest obiektywnie niemożliwe, a ocenę tego, czy rodzina (osoba/osoby tworzące gospodarstwo domowe) w swych potrzebach i pragnieniach postępuje moralnie, wytwarzając i kupując określone dobra, należy pozostawić każdemu z nas, każdemu gospodarstwu domowemu.

Świat bez utraconego raju

Pośród fundamentalnych myśli nowoczesnej teorii ortodoksyjnej jest ta, że więcej dóbr jest czymś lepszym niż mniej dóbr. Wcześnie, od początku XVI do połowy XVIII wieku, według merkantylistów, "bogactwo narodu i ilość złota w kraju były ściśle od siebie zależne, a główną rolą państwa było czuwanie nad tym, aby gospodarka dobrze funkcjonowała". Jednak wkrótce swymi poglądami zaczęli zaciekawiać fizjokraci, rozwinął się system analityczny, traktujący gospodarkę jako ruch okrężny, w którym kontroli nie sprawował rząd, lecz prawo naturalne, a w konsekwencji tego później jeszcze pojawiła się filozofia liberalna, względnie dobrze teraz znana, dlatego warto odbyć jeszcze odleglejszą podróż do przeszłości. To dlatego, że dawni myśliciele religijni, greccy i scholastyczni różnili się w swych rozmyślaniach bardzo dalece od tego, co rozpoczęło się przed pięciuset laty, bowiem wcześniej niemal wszyscy wielcy rozpatrywali wszelkie istotne kwestie w kontekście wieczności. Prowadzili swe rozważania nad wymianą i ceną, aby ocenić je ze względu na uczciwość, sprawiedliwość i słuszność, gdy nowoczesna teoria ekonomiczna upatruje źródło wszelkich problemów ekonomicznych w niedoborze, popadając w optymistyczne wyobrażenie o przyszłości, jak było w przypadku Adama Smitha, bądź - w pesymizm, tak szczególny w przypadku duchownego Roberta Malthusa (maltuzjańska teoria ludnościowa).

Zgrabną parafrazą, którą można przyjąć, jest stwierdzenie, że narodziny analizy ekonomicznej na Zachodzie były wynikiem połączenia dwóch nurtów myśli helleńskiej - zdolności do rozumowania uogólnionego i abstrakcyjnego na temat zależności społecznych i refleksji nad życiem w środowisku ekonomicznym, powstałym w czasie przypływu fali wzrostu pobudzanego eksportem. Stwierdzenie to Harry Landreth i David Colander (autorzy przetłumaczonej na język polski "Historii myśli ekonomicznej") przypisują tajemniczej postaci, którą wciąż pozostaje dla mnie ekonomista Barry Gordon. Wspominani autorzy książki nie wyjaśniają, kim był, nawet internetowe poszukiwania nie pomagają. Natomiast okres przedklasyczny podzielić można na myśl czasów Hezjoda, Ksenofonta i Arystotelesa i późniejszy, scholastyczny podokres, w którym najważniejszą rolę trzeba przypisać św. Tomaszowi z Akwinu. W ciągu 2300 lat (sic!) - pomiędzy okresem greckim a końcem dominacji scholastyki - podstawowa struktura społeczeństwa nie uległa zmianom: ludzie nie byli uzależnieni od siebie poprzez działanie rynku, oczywiście, wytwarzali dobra konsumpcyjne, jednak przede wszystkim byli samowystarczalni.

Czytający dziś Arystotelesa czy św. Tomasza z Akwinu pewnie powinni to czynić z wyrozumiałością (tolerancją), gdyż autorzy "przedklasyczni" nie interesowali się rynkami, zważywszy na niewielkie wówczas ich znaczenie. Stąd też jakże istotna z różnic między dawną a współczesną myślą ekonomiczną dotyczy alokacji zasobów. Jednak wówczas i później pojawił się już problem efektywności.

Efektywność interesowała już Hezjoda, który przecież żył w VIII wieku p.n.e. Twierdził on, że niedostatek dóbr powstaje nie z powodu ograniczoności zasobów wobec jednoczesnej nieograniczoności pragnień, ale jest jednym z nieszczęść spowodowanych otworzeniem puszki Pandory. Nie jest to powód do drwin, Hezjod skoncentrował swe zainteresowania na problemach rolnictwa, i to było w jego czasach uzasadnione, a zarazem nowatorskie. Z jego inspiracji okazało się, że efektywność można mierzyć jako maksymalizację produkcji bądź minimalizację kosztów, niezmiennie twierdząc, że większość rolników jest zainteresowana właśnie efektywnością, przeliczaną na wielkość zbiorów z porównywalnego obszaru. Nie interesowały go aspekty pieniężne. Rozważania Hezjoda ograniczają się do producenta (gospodarstwa domowego) bez poszukiwań interpretacji gospodarki choćby jednego kraju, a przecież na takim poziomie uogólnienia mierniki pieniężne stają się koniecznością.

Tym bardziej wspomnieć tu trzeba, że pojęcie "ekonomia" po raz bodaj pierwszy użyte zostało dopiero przez Ksenofonta i w swym kontekście dotyczyło tylko efektywności gospodarstwa domowego zajmującego się produkcją typowo rolniczą. Filozofowie tychże czasów nie interesowali się efektywnością w skali społeczeństwa, a to z takiego powodu, że nie mieli wiedzy o niedostatku i jego konsekwencjach. Choć przecież Ksenofont, który żył o cztery wieki później niż Hezjod, traktował zagadnienia ekonomiczne o wiele szerzej. Nie były to już rozważania dotyczące jedynie gospodarstwa domowego postrzeganego jako tylko rolnicze.

Pożegnanie z utopiami?

Choć to czasy tak odległe, Ksenofont rozróżniał efektywność gospodarstwa domowego, producenta, wojska i administratora publicznego. Tym bardziej słowa uznania należne są mu za to właśnie, bo rozważania jego prowadzą do podziału na sektor publiczny i prywatny, w dzisiejszym rozumieniu tego podziału z konsekwencjami w postaci rozważań o różnic w efektywności.

Pojawienie się czterech graczy prowadziło do rozważań o polepszaniu efektywności wskutek podziału pracy. Podziałowi pracy odtąd próbowano zaprzeczyć już tylko w utopiach. Co istotne, podziałem pracy interesowali się scholastycy. Wcześniej - Arystoteles.

Już starożytni mieli problemy z interpretacą solidaryzmu społecznego, co warto przypomnieć, by w poszukiwaniach dialogu społecznym nie cofać się aż o tak wiele wieków. Demokryt, który żył cztery wieki przed nasza erą, nie tylko akceptował istnienie podziału pracy, ale w konsekwencji tegoż opowiadał się za prywatnym prawem własności. Twierdził, że dzięki temu podążać będziemy ku gospodarczemu rozwojowi. Poglądy Platona były odmienne (co nie oznacza ich bliskości utopii), twierdził, że klasa panująca, żołnierze i filozofowie nie powinni posiadać prywatnej własności. To dlatego że mogłaby odwracać ich uwagę od ważniejszych spraw! Powinni mieć we władaniu wspólną własność, aby uniknąć konfliktów z potencjalnych korzyści. Ciekawe to przesłanie, któremu być może ulegają elektoraty współczesnych partii politycznych...